Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 marca 2015

spaghetti z pulpecikami - szałowe bo szałwiowe, z winem na dodatek!






Ja, mała w gęstym, starym sadzie, wokół niemal wszystko zielone - dom, soczysta poprzetykana tu i ówdzie mniszkami wysoka trawa, kształtne liście owocowych drzewek tworzące gęstą girlandę niewiele ponad moją głową, drewniany domek pomalowany jest także na zielono. W oddali kontrastuje z otoczeniem jedynie biała sukienka innej dziewczynki, która wspina się wysoko na palcach by dosięgnąć najdorodniejszej czereśniowej parki. Chodzimy po soczystej trawie na bosaka. Zrywamy najczerwieńsze okazy, zawieszamy je sobie na uszach, a potem porównujemy czyje kolczyki są ładniejsze. 
Najprostsza chwila szczęścia utrwalona i zachowana na później.

Wspomnienie to przyszło do mnie nagle i od kilku tygodni nie daje o sobie zapomnieć, za sprawą narady rodzinnej udało się ustalić tożsamość sadu oraz jego właścicieli, wiadomo także, że wszystkie pękate od czerwieni czereśnie były pełne lokatorów i że pestkami pluło się dalej niż sięga wzrok. Nieznana jest natomiast przyczyna dla której sad wrócił do mnie akurat teraz, może jest to element mojej ulubionej koloroterapii? Pewnie tak, wiosna dopiero się budzi do życia, a u mnie zielono już od jakiegoś czasu, w soczystych wspomnieniach z wczesnego dzieciństwa. Czuję się świetnie, marzec to mój czas! Na dowód przedstawiam jedno z moich dokonań, a jest ich sporo ostatnio, uwierzcie, choć niestety nie wszystkie mają szansę być utrwalone. Dla tych, których martwi moja rzadsza aktywność w naszej blogosferze - pocieszam, mój blog nie umiera, zapału nie brakuje, tylko czasu na utrwalanie i pozbieranie myśli trochę mniej. Niniejszy makaron to klasyk gatunku, u mnie musi być mocno szałwiowy i podlany czerwonym winem, dzieci za nim przepadają, dorośli również. Wspaniałe danie na rodzinny obiad.





składniki na obiad dla czterech osób na dwa dni, tj 8 solidnych porcji:

0,5 kg mielonego mięsa wołowego,
0,5 kg mielonego mięsa wieprzowego,
4 ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę,
kilka dorodnych listków szałwii 
garść świeżej bazylii, 
sól

dwie puszki pomidorów krojonych (znakomicie sprawdzi się także dobrej jakości passata),
dwie duże cebule,
4 gałązki selera naciowego, 
1 duża marchew,
3 ząbki czosnku pokrojone w talarki,
pół butelki czerwonego wytrawnego wina,
sól, 
pieprz, 
łyżka cukru,
świeża szałwia i bazylia

+ do podania
spaghetti i parmezan


Mięso wyrabiamy wraz z przyprawami w sporej misce, niechaj nam się wszystkie mięsa ładnie wymieszają z ziołami i solą. Następnie formujemy malutkie pulpety, które obsmażyć należy ze wszystkich stron na niewielkiej ilości oleju. Gotowe kulki wkładamy do żeliwnego garnka, zalewamy winem pozostawiając bez przykrycia by alkohol odparował. Na patelni w tym czasie podsmażamy drobno pokrojoną cebulę, seler naciowy, marchew startą na grubej tarce i czosnek, gdy zmiękną dorzucamy je do wina, odbezpieczamy dwie puszki z pomidorami, zawartość także umieszczamy w żeliwnym garnku. Mieszamy, solimy, pieprzymy i przykrywamy pokrywką. Po 30-40 minutach jest czas by dosypać świeże zioła - drobno posiekaną szałwię i bazylię.
Szałwia w połączeniu z winem potrafi zdziałać cuda, dzięki niej to proste danie zyskuje finezję i zaciekawia wielością aromatów. Polecam :)



środa, 25 lutego 2015

wołowina po burgundzku





Siwiuteńka, z włosami upiętymi w kształtny koczek, lekko zgarbiona, ubrana w milutki sweter, spódnicę za kolano i przyciasne, karmelowe podkolanówki, w oprawkach pamiętających początki minionego wieku, z laską lub bez, zawsze za to w moherowym berecie. Podobna do tej z ilustracji w Czerwonym Kapturku. Pod puchową pierzyną otoczona nieskończoną ilością krzyżówek i gazet z programem, albo w kuchni, nad parującym garem gołąbków tuląca do swej obfitej piersi ukochane wnuki. Karmiąca gołębie w parku, z upodobaniem upychająca naftalinowe kulki między kolejnymi warstwami wykrochmalonych obrusów… archetypowa babunia - taką nigdy nie będę, niestety. Żadne z moich wnucząt nie będzie zasypiać w sztywnej od krochmalu pościeli, ani nie pozna zapachu naftalinowych pastylek, nie wtuli się ani razu w moherowy sweter, nie poczuje jak smakuje jajecznica jedzona srebrną, wiekową łyżeczką, nie wypije herbaty ze szklanki z koszyczkiem. Nie będzie koszyczka, nie będzie koczka, nie będzie pewnie też siwizny, babcia pójdzie z duchem czasu, będzie przedsiębiorcza i bardziej skupiona na sobie, zamieni moher na modne ciuchy dla pań dojrzałych, wsmaruje w twarz serum przeciwzmarszczkowe, wieczorem wyjdzie na spacer z kijkami, być może nawet osiedlowe gołębie będą musiały się usamodzielnić. Babcia nie będzie wyglądać jak babcia mojego dzieciństwa. Wielu rzeczy nie będzie, będzie za to obiad z deserem - spuścizna po archetypowych babuniach, ten wspaniały punkt zaczepienia, który mimo upływu czasu, mimo zmian smakował będzie wybornie - tak jak tylko u babci smakować może.

Dziś na obiad wołowina po burgundzku, kiedyś nakarmię nią wnuki, to pewne!


składniki:

1 kg udźca albo ligawy wołowej,
6 wąskich marchewek,
3 ząbki czosnku,
8 szalotek,
8 pieczarek pokrojonych na ćwiartki, lub więcej drobnych łebków, których kroić nie trzeba
flasza czerwonego wytrawnego wina ( nadmieniam, że do brytfanny wlewamy pół litra, resztę zaś w siebie, gotując…  )
puszka pomidorów bez skórki,
bulion wołowy,
pieprz świeżo mielony,
tymianek świeży i suszony - nie żałować!
2 łyżki masła,
2 łyżki mąki,




Całą procedurę rozpoczynamy od pokrojenia mięsa w centymetrową kostkę, gdy już to uczynimy, należy niezwłocznie przerzucić je na patelnię z rozgrzanym olejem. Zrumienione mięso przerzucamy do brytfanki - przy czym żeliwna będzie tu najlepszym rozwiązaniem. Marcheweczki obieramy i kroimy w kształtne talarki, dorzucamy do mięsa, zalewamy winem i bulionem - tak by przykrył wszystkie składniki. Doprawiamy pieprzem, solą i dwoma rodzajami tymianku, wrzucamy ząbki czosnku. Brytfankę przykryć trzeba pokrywką i wstawić do piekarnika nagrzanego do 160 stopni. Po 2,5 - 3 godzinach oddzielamy płyn od reszty i zagęszczamy zasmażką, w tym momencie dodajemy także pomidory (o tej porze roku zdecydowanie winny być to pomidory z puszki). Zagęszczony sos o pięknej, ceglastej barwie wlewamy z powrotem do brytfanki, dodajemy podduszone szalotki i pieczarki, a potem pieczemy całość jeszcze jakąś godzinę.

Jeść tę potrawę można i z chlebem i z kartoflami i, jak my dzisiaj, z kopytkami. Wołowina tak przygotowana malowniczo rozlewa się na powierzchni talerza, sos należy bezwzględnie zjeść do ostatniej kropelki i choć podczas tych czynności nie będziemy zachowywać się jak państwo z wyższych sfer (zlizując resztki, przechylając talerz by strużka sosu spłynęła wprost do naszej paszczy, wycierając za pomocą palca wskazującego ostatnie kropelki sosu z talerza współtowarzysza, odrywając kolejną porcję bagietki, by talerz wytrzeć do czysta itp). Nie mogę opędzić się od wspomnień z urokliwej Prowansji, gdzie w oberży Lilas, boeuf bourguignon to jedna ze specjalności, talerz wycierało się, a jakże, pajdą chleba i było to jak najbardziej w dobrym tonie.



środa, 4 lutego 2015

krem ziemniaczany z prawdziwkami - to mnie grzeje!


Samochód toczy się z zawrotną prędkością 10 km/h, toczy się i buja we wszystkie świata strony, najintensywniejszy jest ruch góra-dół, gliniaste podłoże z każdym bujnięciem wymalowuje rudawe ornamenty na szybach i żółtej karoserii. Droga jest dziurawa, z każdym nowo przebytym centymetrem czeka na nas przygoda, nigdy nie wiadomo na ile głęboka jest kałuża, której nijak ominąć się nie da. Bujanie więc nie jest jednostajne, czasem przechodzi w intensywne szarpnięcia. Kawka wylewa się z termo-kubka - nic to jednak, bo doświadczony kierowca ma na tę okoliczność przyszykowany stos arcychłonnych ręczników papierowych. Na wysokości starego dębu szarpnięcie wbija głowę w sufit. Próbując ominąć wyrwę z prawej strony wpadamy oponą w dziurę z lewej, na środku natomiast, przyjezdni z pewnością tego nie wiedzą, kałuża jest najbardziej głęboka, trzeba więc tak manewrować by do niej nie wjechać. Kłopot jest wtedy, gdy na trasie pojawi się inny uczestnik ruchu, zmotoryzowany, lub nie daj Bóg, pieszy, wówczas należy zwolnić do 5 km/h  ryzykując, że auto może ugrzęznąć tu na wieki. W tych uroczych okolicznościach przyrody nie trudno sobie wyobrazić jak auto topi się w glinie. Wyobraźnia podsuwa najczarniejsze obrazy - chcemy jak najszybciej się stąd wydostać. Wycieraczki nie nadążają ze zmywaniem błotnistej substancji z tylnej szyby ale jest światełko w tunelu - widać już zakręt, a za nim przecież czeka nas błogosławiony asfalt! 

Nie jest to bynajmniej opis trasy wiodącej przez środek kolumbijskiej dżungli, to droga miejska, nie mieszkają tu kapibary, małpy, agamy błotne jest za to sporo mieszkańców z gatunku homo sapiens, którzy o tej porze roku dzień w dzień przechodzą przez to samo. 
To także element mojej codzienności. 
W moją codzienność zimą, poza błotem, wpisana jest także zupa. Tym razem serwuję rewelacyjny krem ziemniaczany (przywiozłam go sobie z Austrii, gdzie na stoku rozgrzewał pierwszorzędnie). Zupa ziemniaczana brzmi banalnie, jednak ta podkręcona jest prawdziwkami, więc jest intensywnie grzybowa, bardzo aromatyczna.




składniki:

6 dużych ziemniaków (około 1 kg)
łyżka oleju rzepakowego,
250 -300 g pieczarek, 
4 l wywaru warzywnego, 
4 ząbki czosnku,
dwie łyżki masła,
200 g grzybów - u mnie mrożone borowiki, 
pęczek natki pietruszki, 
kilka gałązek tymianku,
pieprz, 
sól, 
bita śmietana 36% lub małe opakowanie serka mascarpone
do podania podsmażone na maśle grzanki z białego pieczywa

Zakładając że mamy już bulion warzywny, zabawę zaczynamy od obrania i podsmażenia pieczarek - nie jestem zwolenniczką ich mycia, bo absorbują wodę, wolę obierać. Smażymy na niewielkiej ilości oleju aż delikatnie się 'zbursztynią'. Ziemniaki obieramy i drobno kroimy, wrzucamy razem z pieczarkami do jednego garnka i zalewamy bulionem. Gdy kartofle będą miękkie, ręcznym blenderem miksujemy wszystko na jednolity krem, doprawiamy go natką, drobno posiekanym tymiankiem i zgniecionym czosnkiem. Główny punkt programu czyli prawdziwki smażymy na maśle - warto pozostawić je w dość dużych kawałkach. Gdy dorzucimy zrumienione prawdziwki do kremu, doprawmy zupę solą i pieprzem, ewentualnie mascarpone, o ile zrezygnujemy ze śmietany.

Zupa potrzebuje czasu by prawdziwek doaromatyzował całość, dlatego zostawmy ją w spokoju na co najmniej 2 godziny. Po tym czasie możemy przygotować grzanki z białego pieczywa, ubić śmietanę, ewentualnie pokroić dodatkową porcję natki.

Coś pysznego i wspaniale rozgrzewa w chłodne dni!


niedziela, 11 stycznia 2015

Lazania ze szpinakiem, gorgonzolą i orzeszkami piniowymi


Orkan Feliks stuka do drzwi i z uporem maniaka wyważyć chce szyby w oknach, pamiętam gdy w zeszłym roku po Polsce pałętał się imć Ksawery i szkód narobił co niemiara. Marudyzm nie ima się mnie ostatnio, ale wiatru nie znoszę nawet wówczas gdy tryskam optymizmem. Nie cieszy mnie bałtycka bryza nawiewająca do oczu nieskończone ilości mikro-ziarenek, nie cieszy kochany przez windsurferów wiatr w Zatoce Puckiej, nie korcą wyjazdy na wyspy omiatane solidnym wichrem przez rok cały, halny mnie nie cieszy, a już wietrzysko w pakiecie z marznącą mżawką jest kwintesencją całego pogodowego zła. 
Co począć? 
Boję się wychylić nos poza bezpieczne domowe ramy, gotuję a przy tym niebezpiecznie wybiegam myślami w przód. Widzę siebie rozpartą przy stole ogrodowym, z nogami bezwstydnie opartymi o blat. Wiosenne słońce rzuca światło zza mojej ulubionej brzozy tworząc impresjonistyczny rysunek na trawniku, siedzę, suszę paznokcie, słucham poćwierkiwania wróbli, piję kawkę, albo kręcę kieliszkiem - w zależności od nastroju, czasem przejedzie samochód, czasem przejdzie ktoś z sąsiedztwa, a ja siedzę, milczę i jest mi dobrze. Otula mnie ciepły, wiosenny zefirek i zapach zieleni. 

Zdecydowanie za wcześnie na takie marzenia, ale jestem bezradna wobec tego, co widzę za szybą.   Sądzę zresztą, biorąc pod uwagę okoliczności, że nie jestem osamotniona w tej tęsknocie. :) Wspomagam się wizją kolejnego sezonu i serwuję lazanię pachnącą Italią.
Na śnieg się nie obrażę, w końcu to jego czas, ale wiatr niech idzie precz skąd przyszedł!




składniki dla 4 osób:

8 płatów lazanii,
paczka mrożonego szpinaku w liściach,
opakowanie gorgonzoli,
1 duża cebula, 
4 ząbki czosnku, 
sól

beszamel:
0,5 l mleka
50 g masła,
50 g mąki,
gałka muszkatołowa, 
sól,
parmezan utarty na wierzch,
garść orzechów pinii

Lazania to danie banalne, powstaje raz dwa i można ją faszerować na milion sposobów. Niespecjalnie przepadam za klasyczną mięsno-pomidorową wersją, wolę warzywne z serowymi dodatkami. Nie trzeba płatów makaronu obgotowywać, wszak zmiękną pod wpływem beszamelu i sosu, jednak, ja lubię je zanurzyć we wrzątku na 2 minuty by stały się plastyczne. Dzięki temu gotowa lazania w przekroju wygląda ciekawiej, jest mniej regularna.

Zaczynamy od sosu szpinakowo-serowego. Drobno posiekaną cebulę delikatnie dusimy, gdy jest miękka dorzucamy czosnek w plasterkach a następnie szpinak. Przykrywamy pokrywką na 10 minut. Po tym czasie jeśli na patelni pozostał płyn, warto go odparować. W końcowej fazie dodajemy rozdrobnioną w palcach gorgonzolę i nieco soli. Beszamel przygotowujemy na drugiej patelni. Połowa sukcesu to zasmażka z masła i mąki, potem stopniowo należy ją mieszać za pomocą trzepaczki z mlekiem. Gdy sos będzie jednolity - konsystencję powinien mieć nieco bardziej gęstą niż ciasto naleśnikowe - dodajemy sporo gałki i soli. Dno naczynia żaroodpornego smarujemy warstewką masła, wykładamy pierwsze dwa lekko obgotowane płaty ciasta, na nie kolejno szpinak i beszamel. Nie trzeba się silić by szpinak ułożony był równo, szpinakowe góry i doliny fajnie zadziałają na stronę wizualną dania. Ostatni płat makaronu przykryjemy tylko beszamelem, na wierzch pójdzie już tylko tarty parmezan i orzeszki piniowe. Tak przygotowaną lazanię pieczemy 25-30 minut w 180 stopniach. 




Mimo całego mojego uwielbienia dla dań miejscowych jestem zdania, że gotowanie śródziemnomorskich specjałów zimą wpływa korzystnie na psychikę, dlatego aplikuję sobie tę przyjemność gdy tylko najdzie mnie ochota. 





poniedziałek, 5 stycznia 2015

kalafiorowe risotto i miłość w słoiku


Gdyby Stwórca poskąpił mi miłości do garów, gdybym nie była stąd, a chciałabym w Warszawie osiąść na dłużej, z pewnością byłabym słoikiem. Z lubością napełniałabym szklane i plastykowe pojemniki pysznościami przygotowanymi przez mamę, ciocię i babcię, a potem odgrzewając dobra z rodzinnych stron czułabym się kochana w nieznanym mieście. W największym słoju byłoby leczo albo gołąbki do odgrzania, w mniejszych pojemnikach pyszniłaby się sałatka jarzynowa, w ogromnym plastykowym pudełku z przegródką upakowane by były kopytka i sos mięsno-grzybowy, w półtoralitrowych zapasteryzowanych słoikach kusiłaby krwistą czerwienią najlepsza pomidorówka na świecie. Miałabym też zapas maminych przetworów zarezerwowanych na okoliczności śniadaniowe. W słoiku kryje się nie tylko strawa, ale przede wszystkim miłość, czułość i troska. Dla dzieci, które postanowiły wyfrunąć z gniazda daleko, mamy przyprawiają dania nieprawdopodobną porcją miłości. Obiad ze słoika musi smakować nieziemsko i niezaprzeczalnie służy zdrowiu. Umiem to sobie wyobrazić, bo dawniej, gdy niedomagałam, albo miałam dużo nauki, Babcia przynosiła mi obiady do odgrzania. Każdy człowiek przy zdrowych zmysłach powinien domową kuchnię cenić bardziej niż miejski, tani fastfood, a ten, który musi odnaleźć się w nowym miejscu intuicyjnie wspiera się dawką miłości ze słoika.  
W kontekście minionych świątecznych chwil i lekkiego kuchennego wypalenia, którego doświadczam życzyłabym sobie kilku słoiczków od serca.



Jeżeli jesteś słoikiem doświadczasz przywileju, którego miejscowi zaznają z rzadka, lub wcale. Niejeden patrząc tęskno na zawartość Twojej wałówki będzie wyklinał marnotę słoikowej egzystencji. Wszystko z zazdrości. Jeżeli właśnie dostrzegłeś dno zapełnionych przed kilkoma dniami pojemników  - zrób sobie risotto, będzie miłą odmianą po swojskiej, polskiej kuchni w której specjalizuje się mama.
Jeśli nie jesteś słoikiem - musisz gotować sam, nie ma wyjścia. Ugotuj sobie z tej okazji risotto i kategorycznie nie dawaj go nikomu na wynos, danie to ma rację bytu wyłącznie jedzone natychmiast.

Wpis powstawał inspirowany książką, jedną z wielu, które łyknęłam na przełomie starego i nowego roku "Zachłanni" Magdaleny Żelazowskiej to bardzo wciągająca powieść o pokoleniu słoików właśnie. Przepis natomiast podpatrzyłam u Jamiego (Włoska wyprawa Jamiego) i dostroiłam do własnych potrzeb.


składniki dla 6-8 osób (w zależności od pojemności):

jeden nieduży kalafior - ja dałam pół białego pół Romanesco
1 litr bulionu warzywnego lub z kurczaka, w sytuacjach awaryjnych nada się też woda - sprawdziłam
1/4 kostki masła,
2 ząbki czosnku, 
1 duża cebula, 
kilka łodyg selera naciowego, 
0,5 l białego wina wytrawnego (ja zawsze mam na stanie kilka win z niższej półki, ale wciąż pijalnych, specjalnie po to by doprawiać nimi sosy i risotto)
400 g ryżu Arborio
120 g parmezanu,
rozgniecione w moździerzu suszone papryczki, każdy musi sypnąć tyle ile zdoła znieść

Przy risotto trzeba być. Nie można go stracić z oczu, należy czule mieszać, doprawiać, polewać, gdy tego wymaga. Jeżeli zatem dysponujesz dwoma kwadransami i głeboką patelnią. Zaczynamy!
Rzecz rozpoczynamy przygotowując bazę pod risotto bianco na którą składa się seler naciowy, cebula i czosnek, jednak w tym przypadku czynność tę poprzedzimy podsmażeniem na łyżce masła drobno posiekanych kalafiorowych różyczek. Gdy aromaty się uwolnią, a kalafior z lekka zarumieni możemy, wrzucić wspomniane składniki bazy. Wszystko razem pozostawimy na małym ogniu na 15 minut. Po tym czasie dodajemy resztę masła i wsypujemy ryż. Gdy po chwili stanie się szklisty należy zalać go winem i mieszać by każde ziarnko zaabsorbowało odpowiednią ilość płynu, do pełnego wchłonięcia, potem czynimy to samo z bulionem, który podlewamy chochlą pozwalając na stopniowe wchłanianie go przez ryż. Przy okazji możemy delikatnie uciskać kalafiora by smaki się połączyły. Po około kwadransie ryż powinien mieć właściwą konsystencję, wówczas doprawiamy całość solą i ostrą papryczką, zdejmujemy z ognia. Kropką nad 'i'jest dodanie łyżki  masła i tartego parmezanu. Niezwłocznie po postawieniu tejże kropki i wymieszaniu wszystkiego szybciuteńko nakładamy risotto na głębokie talerze, posypujemy raz jeszcze parmezanem by było jeszcze ładniej i jemy z rozkoszą.






poniedziałek, 8 grudnia 2014

piróg biłgorajski - pyszny czy niezjadliwy ? * niepotrzebne skreslić


Mąż wgryzł się w kształtną porcyjkę upieczonego przeze mnie piroga biłgorajskiego, piroga tak kształtnego, tak równiuśkiego i tak pysznego, że cała chodziłam z poczucia dumy.  Pierwszy raz piekłam, a wyszedł jak z obrazka. Nie znoszę kaszy gryczanej, ale w nim mnie ujęła, była absolutnie czarująca, zgrabnie wtopiła się w ziemniaczano-serowe tło. Czekałam więc na jęk zachwytu nad tą nowinką kulinarną, która choć tradycyjnie polska, to zupełnie nam do tej pory nieznana… Piróg mężowi musiał przypaść do gustu, wszak on za kaszą gryczaną przepada. Wraz z pierwszym kęsem twarz mojej drugiej połowy wykrzywiła się w grymasie nie do opisania, oczy zdawały się krzyczeć - "Dlaczego mi to zrobiłaś?! i Ty przeciwko mnie?!" Jakbym oto dokonała skutecznego zamachu na subtelny, wysublimowany gust smakowy męża. Nie mogłam uwierzyć w ten zupełnie bezpodstawny sprzeciw wobec smaku pysznego, faszerowanego kaszą, serem i kartoflami placka, zdołałam więc     namówić ślubnego na drugie podejście, było tylko gorzej. Poczucie krzywdy przybrało na sile, a ja zgłupiałam. Po raz kolejny przekonałam się jak odmienne mogą być smaki. Syn nie odważył się nowego spróbować, córka zjadła, ale nie okrzyknęła dania hitem sezonu.



Piróg biłgorajski zjadłam w całości więc sama, bo smakował mi ogromnie, było to zgubne w skutkach dla mojej figury, ale trudno. Ze swojej strony mogłabym go polecić, jednak onieśmiela mnie nieco opinia bliskich. Przedstawię więc pewne sugestie, a czy piróg pyszny czy wręcz przeciwnie niech każdy kto się po moim wstępie nie boi, oceni sam we własnej kuchni.
- niechaj ci, którzy kaszy gryczanej nie lubią nie żywią zbytniej obawy przed pirogiem, nie gra tu ona pierwszych skrzypiec
- jeśli nie lubią tej kaszy wybitnie niech zamienią, tak jak ja, gryczaną paloną na niepaloną, która jest łagodniejsza
- jeśli za piróg wziąć się chcą bezglutenowcy nic nie stoi na przeszkodzie, można go zrobić bez spodniej i wierzchniej warstwy ciasta, jeżeli natomiast pirogiem zainteresuje się wegetarianin niechaj pominie dodatek boczku i zastąpi go tą samą ilością masła. Weganom nie po drodze z pirogiem, bo bez jajek i masła nie ma on racji bytu...
- piróg może nie smakować tym, którzy nie lubią tart wytrawnych i ruskich pierogów. Mój mąż szczerze nie znosi jednego i drugiego, a piróg  takie właśnie przywołał w nim skojarzenia.



Korzystałam z przepisu na najpiękniejszy piróg w internetowej przestrzeni z bloga Kamarki Every cake you bake. Wprowadziłam pewne modyfikacje - uszczupliłam ilość jaj, użyłam kaszy niepalonej i zamiast zwykłego sera białego zastosowałam resztkowe sery maści rozmaitej. Ricotta i polskie dania tradycyjne niewiele mają ze sobą wspólnego jednak, jako że kulinarny recykling cenię sobie niezwykle, połączyłam jedno z drugim - według mnie z sukcesem.



składniki:

na ciasto:

3 szklanki mąki,
200 g masła,
20 g drożdży,
szczypta proszku do pieczenia,
1 łyżeczka cukru,
1/2 łyżeczki soli,
2 łyżki kwaśnej śmietany

na farsz:

700 g ziemniaków,
500 g kaszy gryczanej - u mnie niepalona
350 g sera twarogowego - u mnie resztki przywiezionych z ekologicznego gospodarstwa twarogu i ricotty,
1 szklanka śmietany,
3 jajka,

100 g boczku pokrojonego drobno, podsmażonego wraz z wytopionym tłuszczem,
sól, 
pieprz, 


+ na wierzch 
odrobina jajka
czarnuszka

Składniki ciasta połączyłam w malakserze, bo nie lubię zabawy z wyrabianiem. Jedyne co wymieszałam oddzielnie to mieszanina śmietany, cukru i drożdży. Ciasto wyszło świetne! Kaszę miałam ugotowaną od poprzedniego dnia, odmierzyłam jej odpowiednią ilość, połączyłam z gniecionymi ziemniakami i mieszanką białych świeżych serów, na koniec wbiłam jajka, dodałam boczek, sól i pieprz. Nie dodawałam sugerowanej przez Kamarkę mięty, bo podejrzewałam niepokój (który i tak mnie nie ominął) innych potencjalnych konsumentów. Ciastem wyłożyłam dno prostokątnej blaszki, wyłożyłam na nie farsz, który przykryłam drugą warstwą rozwałkowanego uprzednio ciasta. Całość wysmarowałam jajem i posypałam czarnuszką. Piekłam 1,5 h w temperaturze 180 stopni.


W związku z tym, że niemal cały piróg zjadłam w pojedynkę przybyło mi tu i ówdzie, mając na uwadze rychłego Sylwestra i konieczność zmieszczenia się w jakąkolwiek z dostępnych w szafie sukienek, powinnam, do świąt włącznie, rzucić jedzenie. Mimo trzech dni z pirogiem sam na sam, podtrzymuję opinię, że pyszny. Wiem, że istnieją na świecie tacy, którzy się ze mną zgodzą, w moim domu innych ode mnie amatorów piróg niestety nie znalazł.


poniedziałek, 1 grudnia 2014

zielone ruskie - wyrwane z kontekstu


Chomiś po nocnym maratonie zakopuje się głęboko pod ściółką w swojej klatce, nad łebkiem tworzy nasyp z trocin, a potem godzinami odpoczywa, wychodzi tylko po to aby coś przekąsić albo dać się wyprzytulać dwunożnym domownikom. Latem i wczesną jesienią zasypiał w pozycjach dowolnych na stanowiskach nieosłoniętych, eksponowanych, a teraz kuli się w gnieździe, przykrywa ze wszystkich stron. Patrzę na to maleństwo i muszę przyznać, że nieźle to sobie wykombinowało - z miłą chęcią bym poszła w jego ślady (wyłączając maraton).
...Wymościć sobie łóżko nieskończoną ilością puchowych poduszek, obwarować stosami książek, zaparzyć Earl Greya w wiadrze najlepiej, spod kołdry wyłazić tylko na okoliczność przygotowanego przez innych posiłku i tak przeczekać chłody, ale by było cudnie! Na tydzień przed Gwiazdką obudziłby mnie z tego zimowego półsnu Michael Bolton  albo George Michael - byłabym wypoczęta, nasycona lekturą, błogo połechtana nicnierobieniem i chętna do roboty. Nie wiem jak będzie w istocie, bo zamiast zainspirowana chomisiem okopać się w sypialni robię wprawkę przed grudniowym wyrabianiem pierogów i uszek. Już chce mi się lepić więc lepię, czasu na nicnierobienie jakoś znaleźć nie mogę, a może raczej nie potrafię…
Poniższe pierogi jedynie kolor mają rewolucyjny, wnętrze jest banalne, bo ruskie. Gdy powiedziałam dzieciom, że dziś serwuję wiosenne pierogi postukały się w czoło, że matka przypuszczalnie straciła resztki rozumu  "okej, okej - pierogi nie są wiosenne wcale, jedynie kolor mają zielony" - sprostowałam.
Dobrze im ze śmietaną i koperkiem, polecam jako element jesienno-zimowej chromoterapii.



Przepis na szpinakowe ciasto pierogowe pochodzi z książki Magdy Gessler "Smaczna Polska"



składniki dla 4-5 osób:

dwie solidne garści szpinaku świeżego,
1/2 kg mąki,
2 jajka szczęśliwe,
kilka łyżek ciepłej wody do uzyskania właściwej konsystencji ciasta,
odrobina soli,

200 g sera białego półtłustego, 
200 g ugotowanych w mundurkach ziemniaków (sypkie będą lepsze od kleistych),
duża cebula, 
łyżka masła,
sól, 
pieprz,
kwaśna śmietana, 
koperek 

Zaczynamy od zmiksowania w malakserze umytego szpinaku, potem dorzucamy resztę składników, wodę pozostawiając na koniec. Gdy malakser pracuje przez górny otwór dolewamy jej tyle by ciasto miało jednolitą, dość zwartą konsystencję. Nie trzeba by odpoczęło, z miejsca można uformować z niego kulę, następnie placek i zacząć wykrawanie kółek.

Farsz do ruskich każdy robi wedle uznania. Ja mieszam ugotowane ziemniaki i ser 1:1, zwyczajowo dodaję także majeranek, którego w zielonych pierogach poskąpiłam bo kłóciłby mi się z wierzchnim koperkiem. Wystarczyły sól i pieprz, no i nieodzowna, delikatnie podduszona cebulka. Szpinak wchodzący w skład ciasta nie miał niemal żadnego wpływu na smak, za to na uciechy wizualne jak najbardziej. Pierogi gotowałam w  osolonej wodzie przez 2 minuty od wypłynięcia, po wyłożeniu na talerz polałam kwaśną śmietaną i posypałam koperkiem. 

wtorek, 18 listopada 2014

Kremowa zupa serowo-brokułowa z ranczo w Oklahomie




W epoce przedinternetowej, w dobie pierwszych fast foodów i hipermarketów odradzała się kulinarna ciekawość Polaka. Kuchnia na nowo stawała się przygodą. W ogromnych, wielobranżowych sklepach znajdował on rarytasy wcześniej nieznane - bakłażany, awokado, torty serowe z orzechami, chleby tostowe, soję czy soczewicę. Kupował, targał to do domu w nieskończonych ilościach toreb, a potem dumał, co z tym wszystkim uczynić. Inspiracji było jak na lekarstwo, knajp z dobrą kuchnią ze świecą można było szukać, zresztą wszystkie drogi i tak prowadziły do osiedlowej pizzerii albo do otwartego niedawno Mc Donalda. Zdarzało się jednak, że inspiracje przychodziły do nas same. Wobec niezwykłego urodzaju spożywczego pojawiały się nowe możliwości, do domów zapraszano prezenterów z garnkami, patelniami, wielofunkcyjnymi robotami. Prezenterzy targali ze sobą nie tylko inwentarz mechaniczny, ale również pokaźne zapasy jedzenia, które w trakcie pokazu miały zmienić się nie do poznania i nasycić gremium potencjalnych nabywców. Podczas prezentacji okazywało się jak nieświadomymi konsumentami byliśmy do tej pory, jakie zło drzemie w naszych wiekowych garnkach, jak marnotrawimy czas, który moglibyśmy miast na krojeniu marchewki spędzić czytając dziecku bajkę...
...bo przecież blender w okamgnieniu zmieli na papkę marchew i jabłko, dzięki czemu nasze niemowlę będzie szczęśliwsze, a my mniej styrane.
Od dziś za sprawą sokowirówki nasze zdrowie się polepszy, jeśli tylko zdecydujemy się na jej zakup, będziemy codziennie przygotowywać świeże soki z buraków, a one fantastycznie usuną toksyny z naszego organizmu.
Gotowanie na parze pozwala warzywom zmięknąć bez uszczerbku na zawartości witamin więc nigdy już, przenigdy nie zechcemy gotować w wodzie, nawet kartofli!
Patelnia nieprzywierająca pozwoli nam usmażyć rybę bez tłuszczu, a kosmicznie drogi mikser wart jest swej ceny, wszak nie tylko mieli i miesza ale także gotuje!
Gdy już zakupimy któryś z gadżetów, brudny sprzęt z łatwością umyjemy dzieki hiper skutecznym środkom myjącym, które pozostawią naczynia czystsze niż przed użyciem… Żyć nie umierać! We wszystkie obietnice - wiadomo - wierzyło się bezgranicznie. Mam zresztą wrażenie, że wiele z nich nie było obietnicami bez pokrycia - gotowanie na parze zrewolucjonizowało domowe menu i do dzisiaj nie wyobrażam sobie pewnych rzeczy ugotować w wodzie ( m.in.: kalafiora, brokułów, bobu, marchewki) że gotuję je przy użyciu wkładki za całe 10 zł to już inna sprawa - dawniej kompromisów nie było, albo gary o grubym dnie ze szlachetnej stali, albo jedzenie odparowane ze wszystkiego co najlepsze i kropka. Wielozadaniowy mikser, który wyniosłam z domu służy mi do dzisiaj - mąż robi w nim najpyszniejszy ajerkoniak świata, a ja regularnie, używając magicznego przycisku TURBO mielę w nim suche pieczywo na bułkę tartą, sok z buraka się nie przyjął za to z jabłek jak najbardziej (w następstwie prezentacji sokowirówka innej - 10 razy tańszej marki pojawiła się w domu). Dawniej dziedziczyło sie zastawy po babciach, ciociach i wujkach - ja otrzymałam w posagu wielofunkcyjny robot kuchenny i nieskończoną ilość wspomnień z przezabawnych i niezwykle odkrywczych jak na tamten czas produktowych prezentacji. Jedno i drugie bezcenne, na dodatek z dożywotnią gwarancją :)




Dziś mój wysłużony mikser dał radę po raz kolejny, nie miał wiele roboty, płynna zupa nie stawiała dużego oporu. Przedstawiam fantastyczny, prosty sposób na zupę - jedną z ulubionych zup boskiej Ree z Oklahomy (przepis oryginalny tutaj), od dziś niewątpliwie także jedną z moich ulubionych, konkretną, kremową zupę z cheddarem i brokułem. U Ree spadł już pierwszy śnieg w tym roku, u nas też zima u bram, więc ta propozycja będzie jak znalazł na chłody!  Polecam serwować ją w małych miseczkach lub w filiżankach - po zjedzeniu małej porcji będziemy nasyceni po uszy.


składniki:

2 spore cebule, 
50 g masła,  
1/3 szklanka mąki,
litr mleka 3,2 %,
1 duży brokuł (bez głąba, same różyczki),
gałka muszkatołowa, 
pieprz, 
sól ostrożnie,
ser cheddar 200 g,
+ ewentualnie bulion lub odrobina wody do rozcieńczenia


W ulubionym mikserze rozdrobnić cheddar. W sporym garnku zrumienić na maśle pokrojoną w drobną kosteczkę cebulę, następnie zmieszać ją z mąką i zalać mlekiem. W tym momencie zacząć intensywnie mieszać by nie porobiły się grudki. Zetrzeć gałkę i pieprz, delikatnie dosolić i wrzucić posiekane drobno brokuły. Pod przykryciem gotować zupę przez ok 20 minut, aż brokuły zmiękną. Zupa ma tendencję do przywierania zatem należy ją gotować na wolnym ogniu i małym palniku. Gdy brokuły będą miękkie zawartość garnka przelewamy do ulubionego - odpornego na wysoką temperaturę miksera, lub miksujemy blenderem ręcznym. Na sam koniec dorzucamy zmiksowany na wstępie cheddar, który pięknie doprawi całość. 
Jeśli czujesz niedobór którejś z nut smakowych, to jest moment by go wyrównać - dosól, dopieprz, dodaj gałkę… przelej zupę do filiżanek i racz się, na zdrowie!




czwartek, 2 października 2014

ciasto marchewkowe i o intruzach w kuchni


Gdyby ktoś sfilmował mnie ukradkiem, najlepszym podkładem do tego, co utrwalone by zostało byłaby muzyczka z Benny Hilla…




Wojownicy Jedi dysponowali w walce mieczem świetlnym, rzymscy legioniści używali krótkiego gladiusa, barbarzyńcy stosowali włócznie i sztylety, Mel Gibson miał berettę, moją bronią jest od kilku dni rura od odkurzacza. Jest bronią tyleż niespotykaną, co skuteczną. Włączam maszynę na najwyższy poziom ssania i odkurzam nią powietrze, szczególnie precyzyjnie traktując kuchnię i przestrzenie ponad paterami na owoce ustawionymi w jadalni.  Intruz, mimo niewielkich rozmiarów jest nader kłopotliwy, mnoży się w zastraszającym tempie, z lubością anektuje zawartość kieliszka - im wino bukiet ma bogatszy, tym większe zainteresowanie wzbudza, siada na wszystkim, co do jedzenia się nadaje, przeszkadza w posiłkach, jest najpaskudniejszym przejawem wczesnej jesieni i co roku, zjawia się nieproszony.  Dzięki Magdzie odkryłam rewolucyjną metodę zwalczania owocówek za pomocą odkurzacza, nic nie szkodzi, że czynność odkurzania powietrza wydaje się idiotyczna - małe muszki wciągają się co do jednej, potem wystarczy jedynie zatkać rurę odkurzacza i…. pozamiatane! Gdy jakieś istoty cudem ocaleją ( niewciągnięte ) czynność należy powtórzyć za dwa dni. Metodę polecam wszystkim tym, którzy muszek owocówek nie znoszą równie mocno jak ja.

A teraz, w przyjaznej, całkowicie wolnej od muszek atmosferze pragnę polecić ciasto, które wykonywałam już kilkakrotnie bazując na przepisie z Moich Wypieków . Tę zmodyfikowaną nieco wersję przedstawiam z lubością, bo łatwa, przyjemna i smakowita. W sam raz na jesień, a wierzchnie okrycie z serka mascarpone potęguje przyjemne doznania. Zapraszam!




składniki ciasta:

2/3 szklanki mąki pszennej,
1/2 szklanki drobnego cukru,
2 jajka, 
łyżeczka proszku do pieczenia, 
łyżeczka sody oczyszczonej, 
1/3 szklanki oleju rzepakowego, 
3 średniej wielkości marchewki starte na grubej tarce albo by było szybciej w malakserze, 
łyżeczka cynamonu, 
spora szczypta mielonych goździków,
spora szczypta gałki muszkatołowej,
garść orzechów włoskich,
 garść pistacji - najlepiej siekanych

na wierzch: 
serek mascarpone - duże opakowanie
połówka cytryny, dwie łyżki cukru, 
posiekane pistacje


To jest ciasto bez filozofii. Nie da się go zepsuć, lekkie zachwianie proporcji nie zrobi mu krzywdy. Wszystko należy wymieszać w misce i przelać do okrągłej formy o średnicy 20-23 cm. Pieczenie odbywa się w temperaturze 175 stopni przez 45 minut.  Po wystudzeniu ciasta - nie wcześniej!!!! można je przybrać i jest to jak najbardziej wskazane pokryciem z serka mascarpone. W tym celu serek mieszamy z sokiem z cytryny i skórką z niej otartą oraz cukrem. Gdy tak powstały krem rozsmarujemy na wierzchu ciasta, można je dodatkowo ozdobić skórką z cytryny/pomarańczy lub siekanymi orzechami. Jak kto lubi. Cisto ekspresowe i banalne. Warte by podać dalej, a do jesieni pasuje wybitnie!



wtorek, 23 września 2014

lekcja polskiego - gumiklyjzy



Dziś po raz kolejny udowodniłam, że czynność tłuczenia bitek wołowych ma zbawienny wpływ na ludzką psychikę. 

Zanim przystąpiłam do wyżej zaanonsowanej czynności, nerwy miałam zszargane, a zęby zaciśnięte, wcale, a wcale nie pomogła mi poranna sesja jogi relaksacyjnej, wciąż wszystko we mnie wrzało, ba! kipiało nawet i wylewało się na świat niepohamowaną kaskadą złości, wyrzutów i niezadowolenia. Często jestem boginią mojego domowego ogniska i z uśmiechem, a'la Martha Stewart wykonuję wszelkie czynności codzienne. Dziś czułam się nie boginią lecz kurą jakąś, wściekłą kurą dziobiącą, której uśmiech jest obcy i zadowolenie z okalającego przybytku przez myśl jej nie przechodzi. Potrzebowałam mięsa, rzucanie mięsem niewiele daje - to wiem, za to jego ubijanie jak najbardziej kojący ma wpływ na samopoczucie. Nie bacząc więc na pierwsze wichry jesieni pognałam co tchu po udziec wołowy, reszta, wiedziałam, że przyjdzie sama, gdy utłukę mięso na bitki cieńsze niż pergamin. Skoro rozprawiłam się z ostatnim kawałkiem wszystko złe ze mnie zeszło i tak jak sądziłam zrodził się pomysł na to co dalej… - pomysł na gumiklyjzy!!! W moim domu ich nigdy nie było, nawet moja Babcia, która z lubością adaptowała na potrzeby rodzinnego stołu smakołyki podpatrywane u innych nigdy nie zaserwowała mi klusek śląskich. Ja robiłam je zaledwie kilka razy w życiu, ale jako, że moje dzieci miłością zapałały do nich ogromną podczas naszej czerwcowej wizyty w Katowicach postanowiłam gumiklyjzy przysposobić na stałe.
Dziś mi wyszły perfekcyjne! Zrazów zawijać mi się nie chciało, choć one byłyby tu najbardziej na miejscu, zrobiłam bitki a'la zrazy, bez owijania - boczek, ogórka i cebulę wrzuciłam luzem do sosu.   Modrej kapusty nie robiłam, bo tę celebrować będę zimą, dziś mięsu i gumoklejzom asystowała fasolka szparagowa od Państwa Majlertów.


składniki na kluski:

1 kg polskich ziemniaków - u mnie odmiana Lord, nie powinny być to odmiany nazbyt kleiste, 
mąka ziemniaczana, 
1 jajko od zadowolonej z życia kurki,
sól 


składniki na bitki:

0,8 kg udźca wołowego,
3 łyżki mąki,
ziele angielskie - kilka ziaren, 
50 g boczku wędzonego,
3 suszone grzybki,
1 duża cebula,
dwa listki laurowe,
4 małe korniszonki, 
sól, 
pieprz, 
świeży majeranek opcjonalnie

Ziemniaki po ugotowaniu należy ostudzić i ugnieść dokładnie, albo przecisnąć przez maszynkę. Przygotowane puree rozpłaszczyć w naczyniu, i wyjąć jedną z czterech jego części. Pozostałą pustą ćwiartkę uzupełnić należy mąką ziemniaczaną.  Do całości wbić jajo i wyrabiać, aż masa będzie jednolita i ładnie odchodząca od rąk. Potem wystarczy już jedynie uformować kuleczki wielkości orzecha włoskiego i w każdej zrobić wgłębienie a kluski ugotować w osolonej wodzie przez 2 minuty od wypłynięcia.

Udziec wołowy kroimy na plastry o szerokości mniej więcej 1 cm, po skumulowaniu całej mocy w przedramionach należy uderzać w nie za pomocą tłuczka tak długo, aż ujdzie z nas cała zła energia. Gdy doświadczymy już katharsis, trzeba osolić mięso, obtoczyć w mące i przełożyć na rozgrzany na patelni olej. Smażyć trzeba będzie partiami, bo mięsa jest sporo. Na sam koniec, gdy już wszystkie mięsne kąski będą zrumienione na tę samą patelnię wrzucamy drobno posiekaną cebulę, pokrojony boczek, listki laurowe oraz grzyby. Po podsmażeniu wkładamy tu wszystkie bitki, zalewamy wodą, doprawiamy solą i pieprzem i czekamy blisko godzinę, aż na wolnym ogniu mięso zmięknie. Na sam koniec dosypujemy pokrojone drobno korniszony i nieco świeżego majeranku.


Aż dziw bierze, że nie mam nic ze Ślązaczki bo danie mi wyszło pierwszorzędne.





czwartek, 18 września 2014

wężymord po polsku - przepyszny brzydal


Skorzonera to dziwne zjawisko - wygląda zupełnie niepozornie, powiedziałabym nawet, że zniechęcająco - niczym korzeń jakiejś rabatowej byliny, ciemna skórka sprawia wrażenie umorusanej w ziemi. Jest brzydka i imię ma zupełnie dziwaczne S-K-O-R-Z-O-N-E-R-A, gdzie 'rz' czyta się rozłącznie, wiedząc to z dwojga złego wolę używać nazwy alternatywnej 'wężymord' - skadinąd też niezbyt wdzięcznej. W kuchni staropolskiej wężymord był poważany, szczególną popularnością cieszył się w XIX wieku, dziś powraca do łask. Od jakiegoś czasu ów dostępny jest w Gospodarstwie Państwa Majlertów i dziś mimo pewnej obawy, zakupiłam kilka korzeni, w nadziei, że mi zasmakują. Przygotowałam je najzwyczajniej, po polsku, chociaż można z nimi różne cuda wyczyniać - zapiekać przecierać, nurzać w sosach rozmaitych. Spodziewałam się, że korzeń będzie włóknisty, miło zaskoczyła mnie cudowna, mięciutka, rozpływająca się konsystencja wężymordu i mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że nazywanie go zimowym szparagiem jest w pełni uzasadnione - wężymord to arystokrata - w brzydkim wierzchnim okryciu, ale bezsprzecznie arystokrata! Wbrew podejrzeniom nie ma nic z pietruszki, smakuje nadzwyczajnie i zaskakująco delikatnie. Będę kupować i serwować z rozkoszą!!




składniki:

0,5 kg wężymordu
łyzka soli,
łyzka cukru,
łyżka masła, 
bułka tarta

połówka cytryny do wstępnej obróbki


Wężymord obrać należy ze skórki, założywszy przedtem jednorazowe rękawiczki, bo paskudzi ręce kleista substancją. Następnie obrane, bielutkie korzonki wrzucić warto do miseczki z wodą i sokiem z cytryny by nie ściemniały. Tak przygotowaną skorzonerę gotować należy w osolonej i pocukrzonej wodzie przez kwadrans- do 20 minut. Po wyłowieniu zaś potraktować bułką podsmażoną z masełkiem.



środa, 2 kwietnia 2014

Dynastia, Ace of Base, Sprite i pizza z jajem!





W zamierzchłych czasach, tych samych, których upływalność podkreślał kolejny z miliona odcinek Dynastii, tych samych, w których serce rozdzierała tęsknota za przyszłą miłością - najlepiej o aparycji zbliżonej do Brandona Walsha lub Dylana z Beverly Hills, w epoce, w której MTV mówiło z przepięknym brytyjskim akcentem, a szczytem filmowej rozpusty była Akademia Policyjna, w tym czasie dokonała się w mojej duszy głęboka i nieodwracalna transformacja kulinarna. 
Gdzieś w połowie drogi między Pewexem, a osiedlową Baltoną powstało pachnące innym, lepszym światem eldorado, na imię mu było Vesuvio. Od mojego pierwszego w nim razu,Vesuvio było najlepszą nagrodą w zamian za czwórę z matmy (która w moim wydaniu była nie lada osiągnięciem), najodpowiedniejszym miejscem by pogadać z przyjaciółką o wielkiej miłości do chłopaka z sąsiedniego bloku, najlepszym sposobem na celebrowanie urodzin i w ogóle było kategorycznie miejscem, w którym człowiek czuł się świetnie.  Potem już nic nie było tak samo. Mamine obiady, choćby nie wiem jak dopieszczone, nie cieszyły już jak dawniej, jedynym kulinarnym marzeniem stała się pizza, pizza którą, gdyby można było, jadło by się bez końca, najlepiej zapijając zimnym, pełnym rozkosznych bąbli (jakże innych od bąbli ptysiowych) spritem.
Naturalnym następstwem miłości małoletnich do pizzy, pizza wkroczyła do domów, matki za wszelką cenę próbowały podrobić smak i konsystencję, którą tak ukochały sobie ich dzieci. Efekt był zawsze ten sam - z rozgrzanego do czerwoności piekarnika wychodziła wysoka buła gęsto przykryta serem i duszonymi pieczarkami lub w wersji deluxe - ananasem. Obok stała największa z możliwych flasza keczupu, której zawartością należało suto doprawić danie. Co tu kryć, pizza pozostała pizzą wyłącznie w lokalu, w domu to już nie było to...
Pizza nobilitowała, pizza sprawiała, że człowiek we własnych oczach stawał się lepszy, ważniejszy, światowy, niezależny.  Niemal wszyscy wybierali Hawajską - odważne połączenie puszkowanego ananasa z szynką, czyniło ten zestaw nader kuszącym, ja zawsze zamawiałam pizzę, której nazwy nie pamiętam, za to smaku nie zapomnę nigdy. Kluczowym jej składnikiem było jajo - ledwie ścięte, wylane na pizzę w końcowej fazie pieczenia, na warstwie sera spoczywały pomidory, cebula i dużo oregano, w wersji oryginalnej była tam chyba także szynka, której ja nigdy nie chciałam widzieć na swojej pizzy. Nigdy potem nie jadłam takiej pizzy nigdzie - ani u Włochów, ani tutaj w Polsce, aż do dzisiaj, gdy wiedziona sentymentem i wspomnieniem wielu godzin spędzonych na wiosennym tarasie Vesuvio - postanowiłam zaserwować sobie przenosiny w czasie i poczynić ją w domu.
Jem i smakuje mi niemal tak samo jak dawniej, tylko okoliczności przyrody są inne, Dynastia - choć kiedyś w to wątpiłam, jednak się skończyła, Vesuvio też już nie ma, Pewex i Baltonę zamknęli niedługo po otwarciu pizzerii, ale co najważniejsze - znalazłam swojego Brandona! W tle zamiast przebojów Haddawaya i Ace of Base słyszę przekomarzanie własnych dzieci, zamiast widoku na ulicę Cynamonową, po drugiej stronie miasta patrzę na budzącą się do życia łąkę.



korzystałam z przepisu Faceta z nożem, który nie tylko zna się na kuchni, ale i pięknie o niej prawić potrafi:

składniki:

450-500 g mąki - mieszanki semoliny i zwykłej pszennej. Semolinę przywiozłam sobie z Włoch więc miałam. Jak ona dobrze wpływa na konsystencję ciasta!
300 ml wody ciepłej 
25 g świeżych drożdży - u faceta 7 g suchych, ale ponoć jedno odpowiada drugiemu, ja suchych jakoś nie czuję
1, 5 łyżeczki soli, u faceta 1 
łyżeczka cukru pudru
łyżka oliwy z oliwek

Procedurę rozpoczynamy od zmieszania drożdży z wodą i cukrem. Po pięciu minutach mieszamy powstały płyn z mąką, semoliną i solą. Moje ciasto nie zgarnęło całej mąki, wyjęłam je więc z michy i poczęłam wyrabiać na blacie, do momentu, gdy ręce odmówiły współpracy. Facet sugerował kwadrans, mi sił starczyło na 10 minut :) Zgrabną kulkę ciasta odstawiłam w pobliże piekarnika, który rozkręciłam na maksa, czyli do temperatury 250 stopni. Pod ściereczką ciasto urosło, po 30 minutach podzieliłam je na dwie części, jedną zrobiłam dla młodych, a drugą zgodnie z moim kontrowersyjnym, (jak się okazało) jajecznym sentymentem.

na wierzch użyłam:

passatę pomidorową 
oregano, 
krążki cebuli, 
mozzarellę,
drobno pokrojony czosnek, 
pomidorki daktylowe
odrobinę soli,
oraz jedno jajo od zielononóżki, 
całość jeszcze przed upieczeniem polałam oliwą z oliwek

Pizza siedziała w piecu niecały kwadrans, przy czym w ostatnich 3 minutach przyozdobiona została jajem. Białko powinno pozostać delikatnie ścięte, żółtko zaś musi płynąć!


Pyszności uczyniłam co tu kryć, ale przyznam się Wam, że tak jak dawniej, pizza nadal najlepiej smakuje mi w pizzerii, w której prawdziwy piec ją opiekać może. Z pizzą, mam trochę jak z sushi - wolę jeść ją tam gdzie jej twórcy są mistrzami w swoim fachu.  Lubię gdy działa na nią żywioł ognia, podbijając jej walory i zdobiąc figlarnie brzegi, nie lubię gdy pizzę się lekceważy. Od mojego pierwszego razu w Vesuvio minęły ponad dwa dziesięciolecia, a jakże niewiele znalazłam od tego czasu miejsc w których pizza jest wyborna. To pozornie proste danie można naprawdę spektakularnie spartolić!


piątek, 21 marca 2014

gołąbki - wiosenny zbieg okoliczności!!



Wszyscy mówili wyrzuć jajka, wyrzuć koniecznie, bo będziesz miała jazdę bez trzymanki i w ogóle będzie śmierdziało - wyrzuć je kategorycznie - bez dwóch zdań!! A ja się uparłam, że nie wyrzucę, gwoli wyjaśnienia - nie chodziło bynajmniej o nieświeże jaja zalegające w mojej lodówce. Takie przestrogi słyszałam na każdym kroku dwa lata temu, dzieląc się swoją radością na temat nowo powstałego przy szczycie dachowym gniazda. Gniazdo uwiły dwa przepiękne, dzikie gołębie o długich jaskrawych dziobach i siwo-błękitnym upierzeniu. Każdego dnia witały nas przyjemnym gruchaniem, na zmianę wysiadywały jajka, a potem przyszły na świat dwa potwornie brzydkie pisklęta, zupełnie do rodziców niepodobne, ale kochane przez nich niewątpliwie. Rosły na naszych oczach, a my się przyglądaliśmy jak główki coraz wyżej wystają ponad gniazdo, któregoś dnia byliśmy nawet świadkami lekcji latania, wówczas odkryłam, że ptasie oblicze może mieć całkiem rozbudowaną mimikę. Juniorzy stanęli na swych chybotliwych nogach i patrząc w dół z balkonowej barierki mieli śmierć w oczach. Obok strofował je któryś z rodziców (nie mam pojęcia jak rozpoznać gołębią płeć) kiwał głową i wściekał się niemiłosiernie. Bidacy stali i byłam pewna, że lada chwila zaczną płakać, kilka razy wychylali się śmielej do przodu, ale po chwili odwracali się zwątpieni, czując że to jest absolutnie poza ich zasięgiem. Gdy w końcu odbył się pierwszy lot, spektakl przybrał rys komediowy - przynajmniej z pozycji obserwatora, bo jako punkt lądowania obrali sobie młodzi najwątlejszą z brzozowych gałązek, która pod ich ciężarem mocno się ugięła - wyraz gołębich twarzy był w tym momencie nie do przecenienia! Potem było już tylko skakanie z jednej gałęzi na drugą i coraz dłuższe dystanse.
Dziś na naszym balkonie pierwszy raz w tym roku rozległo się znajome gruchanie, dziwnym okoliczności zbiegiem grzywacze pojawiły się w tym samym dniu, w którym na obiad zaplanowane zostały gołąbki.





Gołąbki zrealizowane zostały w ramach wiosennych porządków, zużyłam między innymi resztki z trzech opakowań przypraw i pół kartonu ryżu arborio - jak się okazuje ten ostatni jest wprost idealny do gołąbków, bo cudnie absorbuje wszystkie smaki. Kapustę i mięso kupiłam specjalnie z okazji gołąbków. Znakomite danie na wczesnowiosenny czas, stara kapusta wciąż daje z siebie wszystko.



składniki na 12 sztuk:

200 g ryżu Arborio 
500 g mięsa wieprzowo-wołowego mielonego
potężna łycha czosnku niedźwiedziego suszonego,
potężna łycha papryki czerwonej słodkiej, 
łyżeczka majeranku,
sól,
1 duża cebula, 
2 ząbki czosnku, 
15 liści kapuścianych ze sporej główki,
2 grzybki suszone
woda, 
1 butelka passaty pomidorowej 680 ml,
5 ziaren ziela angielskiego, 

natka pietruszki, pieprz mielony


Zaczęłam standardowo od zeszklenia cebuli, następnie zmieszałam ją w dużej misce z ugotowanym uprzednio ryżem i surowym mięsem, dosypałam przyprawy. Kapuścianą głowę, po wykrojeniu łba, wrzuciłam do dużego gara z wrzątkiem. Po 15 minutach liście ładnie odchodziły od siebie i można je było swobodnie odrywać.  Liść za liściem ubiłam delikatnie tłuczkiem by uelastycznić twarde miejsca, potem ładowałam do każdego spory wałeczek z farszu. 
Na dnie brytfanny ułożyłam 3 liście bez nadzienia i dopiero na nich szeregowo kładłam zawinięte gołąbki. Gdy dno było zapełnione zalałam mój kapuściano-mięsny układ szeregowy gorącą wodą, dodałam grzybki, ziele, pokrojony czosnek i nieco soli. W tym stanie danie się piekło pod przykryciem przez 1 godzinę, w temperaturze 180 stopni, następnie gdy woda zamieniła się w smakowity, czerwony od papryki sosik, dodałam passatę pomidorową, dosoliłam i piekłam jeszcze 40 minut, tym razem bez przykrycia.


Chciało mi się takiego swojskiego obiadu!!!



sobota, 15 marca 2014

fougasse Hamelmana - czyli marcowe wycinanie w pieczywie



Tym razem w ramach wspólnej piekarni, co by przywołać wiosnę, zmajstrowaliśmy cudnej urody chlebowe liście. Ponoć fougasse ma prowansalską proweniencję - co prawda będąc w lawendowej krainie nigdy się z nimi nie spotkałam, ale świetnie potrafię je sobie wyobrazić jako jedną z czołowych postaci francuskiej boulangerie. 
Formowanie kształtu to fajna zabawa, w sam raz na ZPT w szkole, albo inne warsztaty sprawności manualnej, muszę się przyznać, że przez myśl mi przeszło aby wyciąć w mojej porcji jakiś łowicki wzór. Ostatecznie udało mi się jednak poskromić swoje zapędy i powstały liście jak należy.
Liście są piękne, aż żal je zjadać - podobne uczucie zawsze towarzyszyło mi przy okazji kazimierskich kogucików - zazwyczaj kończyły zaschnięte i cieszyły oko długo po zakupie :)
Chętnie pozostawiłabym na dłużej poczynione fougasse, ale muszę dzieło własnych rąk zrecenzować, zatem nie ma wyjścia! Miksuję tapenadę z oliwek i z rozkoszą odpływam myślami do ukochanej Prowansji... 




Oto receptura i rysunki, które podaję za Amber:


Przepis J. Hamelmana z książki "Chleb"
Składniki na 2 liście:
pâte fermentée


122 g (1 szklanka) mąki chlebowej

79 g (3/8 szklanki) wody
3 g soli
szczypta drożdży

Połączyć drożdże z wodą, dodać mąkę i mieszać do osiągnięcia gładkiego ciasta.

Pâte fermentée powinno mieć konsystencję gotowego ciasta na chleb.

Przykryć dzieżę folią spożywczą i odstawić na 12-16 godzin w temperaturze około 21 C.
Dojrzały zaczyn będzie wyrośnięty i zacznie się w środku lekko zapadać.

ciasto właściwe

320 g (4 ¼ szklanki) mąki chlebowej

48 g (3/8 szklanki) mąki pszennej razowej
255 g (1 1/8 szklanki) wody
6 g soli
3 g drożdży instant
26 g (2 łyżki) oliwy z oliwek ev
40 g (1/4 szklanki) oliwek nicejskich
całość pâte fermentée


Włożyć do dzieży wszystkie składniki oprócz pâte fermentée, oliwek i oliwy.
Mieszać całość na pierwszej prędkości 3 minuty, aby składniki się połączyły.
Podczas mieszania dodawać partiami zaczyn.
W razie potrzeby skorygować hydrację, dolewając nieco wody.
Po wymieszaniu składników ciasto powinno mieć średnią konsystencję.
Włączyć drugą prędkość i dodawać oliwę.
Mieszać 5-6 minut, aby rozwinąć siatkę glutenową.
Dodać oliwki i mieszać na pierwszej prędkości,
tylko tyle, aby składniki były równomiernie rozmieszczone.
Aby oliwki nie połamały się i nie zabarwiły ciasta
można zastosować następującą technikę podczas końcowego mieszania ciasta.
Kiedy ciasto będzie w pełni wymieszane, przed dodaniem oliwek,
zdjąć je z haka i zrobić w środku otwór.
Wsypać około jednej trzeciej oliwek do otworu i włączyć mikser.
Po 20-30 sekundach wyłączyć mikser, ponownie zdjąć ciasto z haka i zrobić otwór w środku,
wsypać połowę pozostałych oliwek i ponownie włączyć mikser.
Tak samo postąpić z reszta oliwek. Mieszać aż będą równomiernie rozłożone w cieście.
Ciasto przykryć i odstawić do fermentacji na 2 godziny.
Po godzinie od rozpoczęcia fermentacji, ciasto wyjąć z dzieży na obsypany mąką blat,
delikatnie rozciągnąć i złożyć na trzy, obrócić o 90 stopni znów złożyć na trzy.
Po 2 godzinach ciasto podzielić na pół, lekko zaokrąglić,
położyć złączeniem do dołu na posypanej mąka powierzchni i przykryć folią spożywczą.
Odstawić na 20 minut po czym rozwałkować tak , aby przybrało owalny kształt.
Przykryć i odstawić na godzinę w temperaturze około 24 C.
Kiedy ciasto wyrośnie, delikatnie je rozciągnąć, mniej więcej o połowę.
Uformować wydłużony trójkąt o wysokości równej półtorej długości podstawy,
a następnie naciąć tak jak na rysunku A.
Jeszcze bardziej rozciągnąć ciasto, aby nacięcia się otworzyły (Rys. B) .
Przełożyć chlebki na ładownik/ łopatę posypana semoliną lub kaszką kukurydzianą.
Piekarnik rozgrzać do temperatury 230C,
naparować go umieszczając na dole naczynie z gorącą wodą lub wrzucając kilka kostek lodu,
piec 20 minut na kamieniu do pieczenia, aż fougasse będą rumiane i chrupiące, ale nadal miękkie w środku.
Ja swoje listki polałam oliwą z oliwek, suto oprószyłam parmezanem i grubo mielonym pieprzem, a środkowe nacięcie podzieliłam na trzy krótkie odcinki. Liście są monumentalne - znaczy się, że większe niż sobie wyobrażałam - z trudem zmieściłam je na jednej blaszce.






Po degustacji muszę powiedzieć, że w smaku fougasse do złudzenia przypomina focaccię. Pierwszego dnia znacznie mocniej od niej chrupie, ale drugiego przepoczwarza się, traci chrupkość i ma konsystencję zwykłego chleba. Przynajmniej tak było u mnie. 
Fougasse skusiło mnie imieniem i kształtem, ale smak nie rzucił na kolana, niczym mnie nie zaskoczył.
Zapraszam na dalsze odsłony tego francuskiego specjału do Koleżanek i Kolegów - nieugiętych, zdeterminowanych i piekących wspaniale członków naszej wirtualnej piekarni.

Dziękuję  Magdzie za wyszukanie tej ciekawej receptury, Amber za ogarnięcie naszej całej bandy oraz wszystkim Piekarkom i Piekarzom za wspólne wycinanie i wcinanie :))

Do następnego!!