Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lato. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lato. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 września 2015

pasztet z cukinii - mój powszedni


Wpadam do domu, ledwie zdołam odwiesić płaszcz na wieszak, umyć ręce i  z miejsca wchodzę do kuchni - w gumiakach, na ich zdejmowanie czasu nie ma. Głodni w domu!! Głodni potwornie! Naprędce związuję włosy w niezgrabny kucyk - recepturką, bo na górę do łazienki w gumiakach nie wejdę. Otwieram lodówkę, lustruję zawartość i w dwie sekundy oceniam szanse na posiłek. W tym momencie zaczyna się moja codzienna 'mission impossible', walka z czasem, opatrzona stresem, co i rusz dobiegają mnie bowiem jęki osłabionych z głodu. Działam jednak niestrudzenie. Bezbłędnie lawiruję między naczyniami pozostałymi jeszcze ze śniadania, omijam dziecięce obuwie i plecaki  jak zwykle leżące na środku, całkiem sprawnie udaje mi się zlokalizować czysty garnek i patelnię! W tym samym momencie gotuję wodę na herbatę, przecieram blachę piekarnika, nawołuję do zabrania butów i plecaków, mieszam ciasto naleśnikowe, popełniam aromatyczny farsz i ser biały na wypadek gdyby farsz okazał się być zbyt aromatyczny. Jestem w kilku miejscach na raz, mąka też jest wszędzie - największe jej pokłady rozlokowane rzecz jasna na nogawkach moich spodni. Do kuchni co i rusz wpada wygłodniałe stworzenie i po raz setny w ciągu kwadransa otwiera lodówkę. Zachowuję spokój. Mieszam, smażę, wycieram, gotuję w gumiakach, gdy trafi mi się jakaś wolniejsza nanosekunda angażuję się w zadania domowe. Dzielę pod kreską między jednym plackiem a drugim, z trudem wyłapuję z tekstu "rórzę, gżech i sonsiada", przy sonsiedzie się zawieszam przypalając kompletnie dziesiątego naleśnika. Otwieram okna, przeganiam wszędobylskiego kota, faszeruję serem - z rodzynkami, bez rodzynek, stanowczo zbyt aromatycznym farszem, zawijam, podaję do stołu. Gdy małe wygłodniałe harpie zmieniają się w ukojone jedzonkiem aniołki, biorę głębszy wdech, zdejmuję kalosze, odwracam się, widzę jakie są efekty mojej działalności w kuchni i nie ma rady, biorę się do roboty…



Na przyjemności takie jak zaprezentowana w dzisiejszym "odcinku", miewam czas jedynie w weekendy, wówczas mogę przygotować dobra na kolejne dni. Ów pasztet z cukinii zabieram do pracy, daję córce na ciepłe pierwsze śniadanie - łatwo się podgrzewa w opiekaczu, jest fenomenalny! Przepis pochodzi z jednej z moich ulubionych książek - "Smak Miłości" Agnieszki Maciąg. Pasztet serwuję zwykle na ciepło z łychą kwaśnej śmietany, prażonymi pestkami słonecznika i pomidorem w asyście. Niepotrzebny mu chleb, jest sam w sobie sycący. Wspaniały!!! Dla mnie cukinia to królowa, tyle z niej dobrego wyczarować można, przez swą delikatną naturę, jakże jest uniwersalna. W tym roku konkurować z nią na moim stole mógł jedynie kalafior, ale o nim innym razem :) Teraz do rzeczy:

składniki:

2 średniej wielkości cukinie, starte na grubych oczkach - ja je mielę w malakserze, a potem przerzucam na sito, gdzie po osoleniu odciskam z płynu,
1 duża starta marchew,
2 spore drobno pokrojone cebule,
4 ząbki czosnku,
0,5 szklanki oleju z pestek winogron,
0,5 szklanki bułki tartej wymieszanej z odrobiną mleka,
pół łyżeczki kurkumy,
pół łyżeczki curry,
1 łyżka suszonej, sproszkowanej włoszczyzny, lub innego wzmacniacza smaku bez glutaminianu,
4 szczęśliwe jajka,
garść bazylii i koperku lub natki pietruszki,
sól, 
pieprz


Cebulkę i czosnek należy zeszklić na oliwie. Resztę bierzemy na surowo. Po rozdrobnieniu marchewki i cukinii, oraz po odsączeniu głównej bohaterki tego dania, wrzucam wszystko do jednej dużej michy i mieszam. Zioła siekam dość drobno by zgrabnie zintegrowały się z resztą smaków. Piekarnik nagrzewam do temperatury 200 stopni. Keksówkę - najlepiej o obłych brzegach, bo krańce pasztetu lubią się tam osadzać na dłużej, smaruję masłem i posypuję bułką tartą, wypełniam powstałą masą warzywno-ziołową. Wstawiam do piekarnika, piekę godzinę. Potem odstawiam keksówkę z pachnącą zawartością na stronę, gdzie poczeka kilka godzin. Najlepiej kroić pasztet po całkowitym wystudzeniu, ma wszak dość luźną konsystencję po upieczeniu. Koniecznie serwować z kwaśną śmietaną. 
Kto nie zna, niechaj spróbuje!

środa, 29 lipca 2015

fontina z pieca - daleko od kurortów



Plażowa smażalnia. Piach parzy stopy niemiłosiernie więc ci, którzy decydują się chodzić, czynią to wyłącznie przy brzegu. Można jednakowoż dostrzec pewnych śmiałków, którzy wytrzymują dłuższą chwilę w pozycji pionowej na piasku. Każdemu z nich rysuje się na brzuchu kształtny sześciopak - niewątpliwa przyczyna bohaterstwa. Pretekstem do tej sytuacji bywa piłka siatkowa, tudzież bumerang, które z dużą dozą prawdopodobieństwa, prędzej czy później trafią cię w łeb. Ci którzy dysponują sześciopakiem innego rodzaju zazdrośnie łypią chyłkiem zza swoich parawanów, zagryzając kolejny łyk płynącym batonikiem czekoladowym. W pierwszym rzędzie od morza małoletni budują zamczyska i fosy, co i rusz rozgrywają się tam dramaty gdyż fala z lubością podmywa mury budowli. Wrzask jest nie do opisania. Wokół brzuchy, pośladki i słomkowe kapelusze. Piach w zębach, piach na stopach, piach na lepkich od olejku plecach. Jest też pan, który sprzedaje Gorrrrącą kukkkurydzę!!!! i pani, która zachwala lody na patyku. Niektórzy kupują, może lubią jeść je z piachem…? Czytać się nie da, grozi to wszak nadmierną opalenizną, można by co prawda popatrzeć w morze, jednak z perspektywy wyznawcy parawaningu widok stanowią wspomniane brzuchy i pośladki rysujące się tuż przed pierwszą falą. Brzuchy poszukiwaczy polerowanych szkiełek, bursztynów, poławiaczy meduz albo romantyków wpatrujących się w morski bezkres bez końca, dzieci w nieprzemakalnych pamperakach, starszych państwa z rasowym pieskiem… Pozostaje więc grzebać w gorącym piachu i wydłubując zeń kolejne stonki czekać popołudniowego końca tej nadmorskiej mordęgi.
Osobiście cieszę się, że nie muszę w tym uczestniczyć. Tego lata nie będę członkiem dorocznej, letniej, nadbałtyckiej smażalni. Siedzę w przyjemnym cieniu  domowego tarasu i zachwycam się po raz kolejny latem na przedmieściach. Zachwycam się pełną gębą. Na dowód przedstawiam fotografie oraz mało skomplikowany, iście wakacyjny przepis.





Ziołowa fontina z pieca
 porcja dla 2-4 osób

fontina 250 g
garstka listków tymianku
garstka igiełek rozmarynu
2 ząbki czosnku
odrobina oliwy
szczypta soli


Ser kroimy w grubą kostkę, zioła siekamy drobno, czosnek kroimy w cienkie plasterki. Formę do zapiekania polewamy delikatnie oliwą z oliwek. Kostkę fontiny, zioła i czosnek wrzucamy do formy, dodajemy odrobinę soli. Potem już tylko pozostaje wstawić naczynie na 10-15 minut do nagrzanego do 200 stopni piekarnika. Gdy fontina topi się w piecu należy podgrzać w opiekaczu bagietkę, nalać sobie białe wino. Jeśli ser bulgocze jak gejzer i miejscami się rumieni, można go spokojnie wydobyć i zacząć rozkoszną biesiadę.

Zanurzanie chrupiącej bułeczki w ciągnącym się charakternym serze jest nie lada frajdą, frajdą w sam raz na wakacje z dala od kurortów. REWELACJA!





wtorek, 12 maja 2015

beurre blanc - elegancja Francja!


Puree ziemniaczane, phi! Łatwizna serwowana do każdego przeciętnego obiadu, tam jednak smakuje  jak danie samostanowiące, nie dodatek. Zanurzasz widelec w tej cudownej konsystencji, a potem  smakujesz całym sobą. Idealnie gładkie, pozbawione grudek, przyjemnie aromatyzowane pieczonym  czosnkiem. Ziemniaki - ot, taki banał. Obok nich wytrawny flan - nie przyszłoby ci do głowy, że z pospolitego selera. Mój Boże, jaki on jest pyszny!!! Główną atrakcję talerza, stanowi biała ryba podana na kopczyku z czarnej soczewicy, filet nurza się w beurre blanc, sos się nie rozwarstwia jest spójny, cudownie pobrzmiewa w nim wino. Jest tak przepyszny, że milkną rozmowy, ci którzy nie doświadczają takiego jedzenia na co dzień, chcą w pełni oddać się chwili smakowania. W kieliszku musują bąbelki, wokół cudowna melodia francuskiego popołudnia.
Drodzy Państwo, witamy w Szampanii, à ta santé!




Założywszy słomkowy kapelusz próbowałam zgrabnie wtopić się we francuskie tło, co oczywiście udać się nie mogło, albowiem:
- wypiłam nieprzyzwoitą ilość szlachetnego wina i poruszałam się krokiem najogólniej rzecz ujmując fantazyjnym (Ministerstwo Śmiesznych Kroków z pewnością mogłoby mnie obsadzić na jednym ze stołków), 
- w milczeniu zjadłam kilka niezapomnianych posiłków (Francuzi nigdy nie jedzą w milczeniu), 
- pstryknęłam fotkę sławetnemu Dom Perignon, a następnie milionie innych miejsc, aparat, jak słomkowy kapelusik, był nieodzownym elementem mojej urlopowej stylizacji
- upaprałam sobie płaszczyk pyłkiem kwitnącego rzepaku, a białe buty grząskim podłożem szampańskich winnic (potem wyklinałam jedno i drugie w gwarze dalekiej od lokalnej), 
- wzruszyłam się oglądając dostojną katedrę w Reims, podczas gdy lokalsi zupełnie obojętnie sączyli kawkę u jej stóp

Uwielbiam być turystą we Francji. Jako że od kilku dni obsesyjnie przygotowuję wciąż beurre blanc, mogę ogłosić, że zaczęło mi wychodzić modelowo, dziś podaję więc na nie sposób. Z rybą jest najlepsze, ale znakomite także ze szparagami i innymi warzywami. Voila!




składniki:

dwie szalotki,
pół szklanki wina białego,
kostka schłodzonego pokrojonego na kawałki masła, 
kilka kropli soku z cytryny, 
sól,
ewentualnie biały pieprz,

Szalotki drobno kroję i delikatnie podsmażam na odrobinie masła, następnie zalewam je winem i czekam aż zredukuje się o połowę, po tym czasie można, co sugeruję, zblendować lub przetrzeć przez sito winną cebulkę, potem zmiksowaną znów należy podgrzać. Ciepłą bazę zdejmuję z ognia i dodaję nieduży kawałek masła. Zaczynam intensywne ubijanie rózgą, dodaję kolejne kosteczki schłodzonego tłuszczu, nieustannie mieszając powstający sos, z czasem nabiera on koloru kości słoniowej i cudnej kremowej konsystencji. Pod sam koniec dodaję odrobinę soku z cytryny wciąż ubijając i sól, we Francji częstym dodatkiem jest też biały pieprz, ale ja go nie lubię więc nie dodaję. Julie Child poleca by w beurre blanc znalazł się także ocet z białego wina, mi jednak bardziej odpowiada wersja wyłącznie na winie, jest subtelniejsza ( robiłam już sos według kilku receptur).

Na moim obrazku uchwyciłam przypadek z udziałem musu szparagowego, ale nie był szałowy, więc nie ma o czym mówić. 


środa, 8 października 2014

nasze ulubione placuszki z cukinii




Na zebraniu w przedszkolu zgromadzili się niemal wszyscy rodzice - panie mamy w długich lanserskich kurtkach i w czerwonych ustach, tatusiowie w nienagannie skrojonych gajerach, czasem w pojedynkę, czasem parami. Wszyscy piękni. 
Zebranie przebiegało spokojnie do momentu, gdy jedna z mamuś postanowiła zabrać głos w sprawie żywienia pociech w niniejszej placówce. Mamusia przełknąwszy ślinę głośno, zdecydowała się wyrazić sugestię dotyczącą ograniczenia w menu przedszkola ilości stosowanego cukru. Powołując się zresztą na wczorajszy jadłospis:

śniadanie:
płatki czekoladowe na mleku

obiad:
naleśniki z serem i cukrem, kompot

podwieczorek:
bułka drożdżowa z dżemem

Sugestia zdawała się oczywista, bardzo rozsądna i można się było spodziewać, tak przynajmniej autorka postulatu sądziła, że zabrzmią oklaski i pełne aprobaty potakiwania...
Okazało się jednak, że aprobaty nie było, padło za to hasło - zupełnie serio - że przecież cukier krzepi i aby uprzejma pani nie wyrażała swojego zdania, skoro jej postawa jest odosobniona, ostatecznie lepiej by dziecko jadło cukier niz nic nie jadło. Tu należy nadmienić, że dziecko Pani patrzącej na świat spod bordowych oprawek Gucci nie tknie zwykłej zupy, więc ona się cieszy, że w placówce karmi się dzieci nutellą i dżemem - dzięki temu córa je. 
Kontrowersyjna pani* pożałowała, że nie ma na sobie czerwonych ust, które być może zdołałyby ją wesprzeć w tej idiotycznej sytuacji. Przełknęła głośno ślinę raz jeszcze i postanowiła nic więcej nie mówić, w najblizszym zaś czasie przeniosła dziecko do przedszkola, w którym obowiazywały inne - nieco - standardy.

Moje dzieci jedzą dobrze, mimo, że w szkołach stoją automaty, mimo, że catering w stołówce - tak przynajmniej to oceniam. Jestem przekonana, że jest to wynik naszych - moich i męża wyborów, a nie zastanych okoliczności przyrody.
Na dowód przedstawiam nasze dzisiejsze pierwsze śniadanie :)

składniki:

2 średniej wielkości cukinie,
szczypta soli,
3 jajka od kury szczęśliwej,
1 opakowanie fety (kozio-owcza być musi, z krowią to już nie to samo)
łyżeczka proszku do pieczenia, 
ząb-ek, duży czosnku,
mąka do zagęszczenia konsystencji ciasta około pół szklanki

do smażenia 
mieszanina oleju rzepakowego i oliwy z oliwek

Cukinię siekam w czaszy malaksera albo ścieram na grubej tarce, solę i odstawiam na kwadrans by puściła wodę. Odciskam. Dorzucam pozostałe składniki, mieszam i znów czekam kwadrans. Smażę na rozgrzanej mieszaninie oleju i oliwy na złoto, podaję z sosem tzatziki.
Rzecz jest świetna na każdą okazję - śniadanie, ciepłą lub zimną przekąskę, na prowiant do auta lub samolotu. Już pewnie z tysiąc osób prosiło mnie o ten przepis, od dziś będę mogła entuzjastów placuszków odsyłać tutaj :)




*czytaj - autorka niniejszego wpisu

czwartek, 28 sierpnia 2014

faszerowana dynia z River Cottage


Weszłam do wielopiętrowego wnętrza, w którym po sufit ustawione były książki, pięknie, z zamysłem - niektóre prezentujące się grzbietem inne licem, jedne głębiej inne płytko na specjalnych podstawkach. Na pierwszym piętrze z miejsca zwabił mnie dział kulinarny - ogromniasty regał pełen książek o wszystkich kuchniach świata i autorstwa najznakomitszych znawców dobrego jedzenia. Tak jak ja musiała się czuć Dorotka stojąca u wrót szmaragdowego miasta, czekając aż drzwi się otworzą i odkryją tajemnicę. Zniknęłam na dobrych kilka kwadransów, wchłonęło mnie bez reszty. Moje poczciwe dziecko usiadło pod regałem na podłodze wiedząc co się święci i cierpliwie czekało na mój powrót do 'tu i teraz'. W Wielkiej Brytanii powstają jedne z najlepszych programów kulinarnych, tutaj wydawane są najpiękniejsze, obłędnie ciekawe książki poswięcone tej tematyce, dlaczego nie przekłada się to na jedzenie w realu, dlaczego idąc ulicą czuję wyłącznie nachalny aromat podłej smażeniny? Gdzie jest to jedzenie, o którym tak pięknie się pisze tak barwnie opowiada w telewizji? Może tych książek nie kupują miejscowi, bo gdyby kupowali musieliby gotować, musieliby od kuchni wymagać więcej niż od budy z jacket potatoes. Wyszłam z księgarni po niespełna godzinie, nie bez niczego rzecz jasna, poza wynudzonym dzieckiem towarzyszyła mi obfita, pachnąca nowością książka i nieodparta chęć dorwania się do garów...




Dziś jestem z powrotem, pełna dobrej energii i chęci do działania. Gotuję krupnik, bo zatęskniliśmy naszych, najlepszych na świecie zup i piekę dynię piżmową zainspirowaną przepisem Hugh z River Cottage. Dynia pochodzi oczywiście z Gospodarstwa Rolnego Ludwik Majlert, zamiast angielskiego sera zaistniał nasz Lazur błękitny, a zwieńczył dzieło miód rzepakowy z Borów Tucholskich.
Bardzo fajny i zaskakująco sycący sposób na dynię.

piekłam na podstawie przepisu Hugh Fearnley-Whittingstalla z książki "River Cottage every day"

składniki:

1 mała dynia piżmowa,
dwie łyżeczki masła, 
ząbek czosnku,

60 g sera niebieskiego, u mnie Lazur błękitny
garść orzechów włoskich uprażonych na patelni lub w piekarniku
sól, 
kilka gałązek tymianku, 
pieprz,
łyżka miodu rzepakowego rozrobiona z odrobiną wody (dla nadania płynnej konsystencji, wszak miód ma tu stanowić glazurę)


Zaczynamy od upieczenia dyni w 190 stopniach. Należy ją przekroić i wydrążyć pestki, następnie do wgłębień włożyć masło i rozgnieciony czosnek. Dynia powinna się piec około godzinę, aż miąższ będzie miękki.  Po wyjęciu dyni z piecyka należy wydrążyć miąższ, pozostawiając delikatny margines przy skórce. W misce mieszamy dynię z posiekanymi orzechami, serem i tymiankiem, suto solimy i pieprzymy, tak przygotowaną mieszankę ładujemy do 'dyniowych naczynek' i glazurujemy płynnym miodem. Od tego momentu trzeba będzie 20 minut, aż ser się roztopi a miód delikatnie zrumieni wierzchnią warstwę potrawy. Piękne danie na pożegnanie wakacji, książka Hugh absolutnie czarująca, wygląda na to, że niebawem w ruch pójdą kolejne z niej przepisy.



poniedziałek, 18 sierpnia 2014

karczochy z czosnkiem - wykwintny banał


Oto moje tegoroczne odkrycie - absolutnie szałowe, banalne, ale wykwintne danie z karczochem w roli głównej. Gospodarstwo Państwa Majlertów oferuje w tym roku aż 4 odmiany tych cudnych jadalnych kwiatów. Mój pierwszy raz z karczochami, skądinąd niezbyt udany, miał miejsce kilka lat temu w Prowansji, gdzie za cenę wszelką chciałam jeść lokalnie. Na targach kupowałam wszystkie możliwe miejscowe specjały. O ile wiedziałam co zrobić z melonem z Cavaillon, serem Banon, lawendowym miodem, okazało się, że zupełnie nie wiem jak potraktować karczocha. Czysto intuicyjnie ugotowałam go z dodatkiem soli i cytryny, a następnie również wiedziona intuicją szukałam jadalnego miejsca w tym warzywie. Stwierdziwszy, że łuski kategorycznie nie nadają się do jedzenia, dokopałam się do zagadkowo prezentujących się włosków, je również nadgryzłam by ocenić, że są paskudne. Włosy próbowałam rwać, obcinać, wydrążać i w końcu, gdy się ich pozbyłam, oczom mym ukazał się fragment wyglądającej całkiem przyjaźnie miękkiej substancji. Zawiedziona byłam nieco, że tyle zachodu o maleńkie karczochowe serduszko, które obgotowane nie przedstawiało specjalnie interesującego smaku. Dziś wiem, że karczocha warto po ugotowaniu poddusić z dodatkiem aromatycznych przypraw lub podać z charakternym sosem, wówczas robi się z niego cudo, któremu nie trzeba nic ponad towarzystwo najzwyklejszej kromki chleba.

składniki:

15 karczochów,
5 dużych ząbków czosnku,
natka pietruszki, 
pół cytryny, 
łyżka oliwy
sól, 
dużo świeżo mielonego pieprzu, 
łyżeczka masła

Karczochy gotujemy w całości w osolonej wodzie z dodatkiem skórki z cytryny. Po około kwadransie, gdy łuski dadzą się bez kłopotu oderwać można je odcedzić i przestudzić, aby swobodnie, bez uszczerbku na zdrowiu oderwać wszystkie karczochowe łuski. W niektórych karczochach znajdziemy włoski, które należy wyciąć, w innych, po zerwaniu łusek ukaże się tuliapanowaty kształt któremu należy jedynie odciąć czubek. Ogonki w niektórych gatunkach są bardzo smaczne, w innych wstrętne, trzeba spróbować lub zapytać producenta, jak się rzecz przedstawia w danym przypadku. Tak przygotowane jadalne części karczochów kroimy na pół i wrzucamy na oliwę wraz z plasterkami czosnku, gdy tylko uwolnią się aromaty zalewamy całość odrobiną wody, solimy, pieprzymy, polewamy sokiem z cytryny i dajemy kwadrans na dojście pod przykryciem na wolnym ogniu. Tuż przed podaniem dodajemy posiekaną natkę pietruszki i masło. Serwujemy z chrupiącym chlebem. 

Czysta poezja!

na moim talerzu pysznią się odmiany Vert de Provance i Madrigal


poniedziałek, 11 sierpnia 2014

masło kurkowe - do grilla i nie tylko



Ucierane w moździerzu pesto z bazylii uwielbiam, wiele oddam za kanapkę z hummusem, nic nie sprawia mi większej frajdy niż wino różowe i tapenada z czarnych oliwek doświadczane w upale słonecznego lata, a maczanie grillowanego mięsiwa w ajwarze to nadprzyjemność, nieporównywalna z niczym. Zawsze w mojej lodowce musi znaleźć miejsce jakieś nieskomplikowane mazidło do pieczywa, jego obecność daje mi poczucie bezpieczeństwa, bo wiem, że w dowolnym momencie mogę odkroić pajdę i wysmarować ją czymś pysznym, by zaspokoić głód nim ten stanie się nie do zniesienia. W ciągu ostatnich dni z tapetu nie schodzi cudowne w swej prostocie, zawieszone w naszej miejscowej tradycji i bezsprzecznie związane z czasem letnim masło kurkowe. Jest poetycko pyszne!!  
Śpieszę zatem z przepisem, póki sezon na żółte łebki trwa, byście mogli uczynić je u siebie. Filozofia żadna, 100% przyjemności :))




składniki:

100 g kurek,
100 g masła prawdziwego,
sól, 
1 ząbek polskiego czosnku

+ obowiązkowo chleb maści dowolnej i
ewentualnie natka pietruszki do podania

nie należy przesadzać z czosnkiem, 1 ząbek jest wystarczający, większa ilość stłamsi subtelny smak kurek


Umyte i posiekane kurki wrzucamy na odrobinę masła i dajemy im czas by zmiękły na umiarkowanym gazie, raz na jakiś czas trzeba je zamieszać. Ja wraz z kurkową siekanką podsmażyłam kilka grzybków w całości by mogły ozdobić gotowe kanapeczki. W końcowej fazie smażenia posoliłam.  Potem dałam kurkom wystygnąć i blenderem ręcznym zmiksowałam je na miazgę. Tak przygotowane grzyby połączyłam ze schłodzonym masłem i zgniecionym ząbkiem czosnku, dosoliłam jeszcze odrobinę i spróbowałam... dalej nie mam słów by opisać jak charakterne ale delikatne jest to kurkowe masełko. W sam raz na wypadek wspomnianego, nieplanowanego głodu, a jeszcze lepsze do grillowanego na ogniu pieczywa. Smacznego!


wtorek, 5 sierpnia 2014

curry z krewetkami i nerkowcem - czasem słońce, czasem deszcz





Rano, zza otwartego wiecznie o tej porze roku okna, dociera mnie melodia poranka - ptasie radosne, poćwierkiwania finezyjnie splatają się z dźwiękami z sąsiedniej budowy - z pracą betoniarki,  piskliwym tonem piły kątowej i okrzykami majstrów stosujących, wyjątkowo kwiecistą odmianę języka polskiego. Niezmienny symbol pełnego lata w mojej, wciąż budującej się części Warszawy. Czas wstawać!
W taki dzień jak dziś chce mi się ugotować coś konkretniejszego, w nocy deszcz przyniósł wyraźną ochłodę, przerzedził zalegające we wszystkich zakamarkach mieszkania gęste od upałów powietrze. Dziś nie zrobię sałatki, nie zjem soczystego od sierpniowych promieni melona, dziś  ugotuję jakąś pyszną kolację, a przy tym nie odpalę na choćby sekundę nadwyrężonego wiatraka.

Padło na krewetki. Nie serwuję ich często z kilku względów. Po pierwsze uważam, że najlepsze są te jedzone z widokiem na morze, w którym zostały złowione, po drugie mam kłopot z czarnymi krewetkowymi oczami, które niepokojąco zdają się lustrować swojego oprawcę podczas posiłku.  Z kolei krewetki mrożone pochodzą zazwyczaj z miejsc, w których zarówno hodowla pozostawia wiele do życzenia, jak również w większości przypadków zasady fair trade nie są praktykowane. Zwyczajowo więc nie jem, chyba, że z widokiem na lazur  - wówczas moja uwaga skupia się na pięknie krajobrazu, nie patrzę więc w oczy Bogu ducha winnej krewetce. Dziś zrobiłam wyjątek, kupiłam krewetki mrożone - bez oczu i bez widoku na błękit fal, trudno się mówi. Dokonała się przepyszna potrawa curry z solidnym udziałem orzechów nerkowca. Podałam ją z białym ryżem i winem - również białym,  przywiezionym z chorwackiej winnicy Grabovac, którą wszystkim planującym rychłą wyprawę polecam odwiedzić. Po takim posiłku jestem gotowa na kolejną falę upałów!


w rolach głównych:

400 g mrożonych krewetek,
5 szalotek,
5 ząbków czosnku,
garść kozieradki,
garść nasion kolendry,
łyżka kurkumy, 
imbir - kawałek wielkości kciuka,
pół papryczki chili,
pieprz cayenne i suszona jalapeno do smaku,
sól, 
sok z połowy cytryny,
mleczko kokosowe 165 ml (mała puszka bez dodatku cukru) + ta sama ilość wody,
dwie garści orzechów nerkowca,
garść młodych liści szpinaku,
wyfiletowany pomidor

Entuzjaści kolendry mogą nią zastąpić szpinak. Dodatek nerkowca nie jest obligatoryjny, jednak ten zmiksowany na pył fantastycznie zagęszcza i dodaje fajnego posmaczku, jeśli więc nie cierpicie na alergię warto go dodać. Do mieszanki przypraw można też wgnieść garść kminu rzymskiego, wówczas smak staje się jeszcze bardziej wyrazisty. Ci, którzy nie są przekonani do krewetek mogą użyć podsmażonej piersi z indyka lub tofu. Opcji jest wiele. 

Procedurę zaczynamy od pokrojenia drobniutko szalotek. Na oleju należy je zeszklić, w następnej kolejności dorzucić ugniecione w moździerzu: kozieradkę, kolendrę, kurkumę, cayenne i jalapeno z czosnkiem. Ten aromatyczny miks wrzucić do cebulki, by dać się uwolnić cudnej woni. W tym też momencie dorzucamy drobno utarty imbir i posiekaną papryczkę. Bazę zalewamy mleczkiem kokosowym i tą samą objętością wody, solimy, dodajemy cytrynę i czekamy aż sos się nieco zredukuje. Gdy zgęstnieje wrzucamy oczyszczone krewetki i garść nerkowców. Dajemy im około 5 minut pobulgotać w sosie. W fazie przedfinałowej dodajemy zmiksowane na miazgę orzechy, a na końcu pozbawionego pestek, pokrojonego w kostkę pomidora i zielone liście (szpinak, pietruszkę lub kolendrę).


Danie powstaje migusiem o ile mamy pod ręką niezbędny zestaw przypraw i moździerz. Egzotyczna kuchnia świetnie współgra z gorącym klimatem.
Serdecznie zapraszam na boskie curry!!




czwartek, 31 lipca 2014

świderki z pstrągiem i moje lato w mieście


Jadę ulicami zatłoczonego miasta, niby powinno być nas mniej, bo wakacje, a jednak korki okrutne, Warszawa w budowie, bardziej stoję więc niż jadę w moim pozbawionym klimatyzacji aucie. Okna otwarte, a powietrze które przez nie wpada nie przynosi żadnej ochłody, wachluję się czerwoną szufelką - tą samą, która zimą pomaga w zgarnianiu grubej warstwy śniegu z przedniej szyby. Hektolitry potu spływają ze mnie nieustannie, a butelka wody mineralnej osiąga temperaturę bliską wrzenia w zaledwie kwadrans. Takie mamy piękne, upalne lato. Nie gotuję, jem świeże warzywa, kiedy dopada mnie nieodparta chęć zamknięcia w słoikach darów lata rozstawiam w kuchni wentylator, bo on jeden daje cień szansy na przeżycie w kontakcie z parującym garem... Co pół godziny wypełzam do ogródka by zażyć kąpieli pod zraszaczem do trawnika, wszelkie aktywności wymagające użycia mózgu pozostawiam sobie na wieczór, gdy słońce schowa się już za horyzontem. W związku z zaistniałym stanem nie mam w ostatnim czasie większych dokonań kulinarnych - heroizmem było popełnienie konfitury z 3 kg wiśni, które drylowałam ręcznie, ponieważ jak co roku zapomniałam kupić drylownicę. Zdarzył mi się jednakowoż bardzo przyjemny makaron, popełniony ot tak, z pomocą wybornego, pochodzącego z  tucholskiego łowiska pstrąga. 
Tych których niemoc ogarnia z tytułu upałów, zapraszam do stołu na szybkie danie z polskim akcentem - zwykle to łosoś ląduje w makaronie, a pstrąg, nasz rodzimy sprawdza się tutaj równie dobrze, jeśli nie lepiej. Polecam, danie powstaje raz dwa. Na upał i pod schłodzone białe winko jak znalazł!



składniki dla dwóch osób:

świderki - pół opakowania

wędzony pstrąg,
cebula, 
3 ząbki czosnku,
sok z połowy cytryny,
oliwa, 
czarny świeżo mielony pieprz,
sól, 
trzy uczciwe łyżki kaparów,
garść koperku
oraz pomidorki koktajlowe dla urody



Po pierwsze nalej sobie kieliszek białego wina. Potem, gdy gardziel ukojona zostanie przyjemnym wytrawnym chłodem, wrzuć na patelnię posiekaną drobno cebulę z oliwą, następnie czosnek i kapary, zalej wszystko cytryną, popieprz, osól, w ostatniej fazie dodaj głównego bohatera - pstrąga, pieczołowicie pozbawionego ości i przepołowione pomidorki koktajlowe. Makaron ugotuj zgodnie z instrukcją na opakowaniu, przelej zimną wodą połącz z sosem i garścią siekanego koperku. Teraz jest  ten moment w którym możesz nalać sobie drugi kieliszek wina, rozsiąść się vis a vis wentylatora lub w bliskim sąsiedztwie ogrodowego zraszacza i zacząć celebrować piękny letni posiłek.

Upały być może nieco zbyt intensywne, ale jest pięknie. Lubię moje tegoroczne lato w mieście.



wtorek, 24 czerwca 2014

pierogi z jagodami - najprostsze przyjemności




Moja tęsknota pozostaje uśpiona przez niemal pół roku, budzi się z zimowego snu dopiero wówczas, gdy w lasach zaczynają kwitnąć konwalie, nasila sie wraz z nieposkromioną eksplozją majowego urodzaju. Czekam niecierpliwie wypraw po pieczywo do byłego Gieesu,  następujących tuż po nich przedpołudniowych śniadań i towarzyszących im dźwięków przejeżdżającego po starym moście pociągu. Marzę by znów obierać fasolkę szparagową na drewnianym ganku, a potem gotować ją godzinami na mało wydajnej kuchence elektrycznej i o tym jeszcze marzę, by w drodze powrotnej ze spaceru kupować jak zwykle wiosenne cukierki i drugie - paskudne, pudrowe, które moi brydżowi kompani tak lubią zajadać przy robrze. Czuję motyle w brzuchu, gdy myślę o czyszczeniu maluteńkich kurek leśnych i o jajecznicy o nadprzyrodzonym aromacie. Chcę zapachu grillowanej na ogniu kukurydzy i smaku smażonego sera z kminkiem, chcę słuchać deszczu, który nigdzie tak nie brzmi jak tam, kiedy obija się o spadzisty, blaszany dach. Chcę rąk fioletowych od jagód i tego poczucia radości z każdej najprostszej, najbardziej przewidywalnej chwili. 

Dziś czekając, lepię pierogi wypchane jagodami, po takim posiłku tęsknota niewątpliwie przybierze na sile, ale lubię ją, bo wiem, że jak w każde wakacje, doczeka się spełnienia.




składniki:

200 g mąki pszennej, 
200 g semoliny, 
3 jajka szczęśliwe, 
solidny chlust wody gazowanej,

0,5 kg jagód,
cukier

do podania topione masło lub kwaśna śmietana z cukrem


Semolinę mieszam z mąką pszenną  w mikserze, dodaję całe jaja i na koniec chlust wody mineralnej. Dobre ciasto poznacie po konsystencji - powinno być plastyczne, ale spójne i stawiać spory opór pod ciężarem wałka. Jagody posypuję cukrem - moje były umiarkowanie słodkie, więc dałam go sporo. 

Ciasto rozwałkowałam, powykrawałam z niego kółeczka, a potem na każdym układałam małą łyżeczką porcję czarnych jagód. 
Zaklejałam zgodnie z pierogową sztuką i gotowałam na silnym ogniu przez 3 minuty. 
Gotowe, wciąż ciepłe polałam śmietaną zmieszaną z cukrem
Z podanych składników wychodzi 80 pierogów.


 ...są pyszne - jak wszystkie proste przyjemności!



wtorek, 17 czerwca 2014

knekkebrød - wspólne czerwcowe chrupanie


To nie mogło się nie udać! Mimo abstrakcyjnie brzmiącej nazwy i skandynawskiej proweniencji, która pozostaje dla mnie wciąż słabo zgłębiona, udało mi się sprostać zadaniu i upiec nasz czerwcowy chleb . Chleb szyty na miarę dla mnie - bo bez zakwasu, który przeto lubi mi figle płatać i bez mozolnej procedury wyrabiania, wałkowania, maglowania, które to czynności cierpliwość moją na próbę za każdym razem wystawiają. Dziś było idealnie, obyło się bez wyrabiania, bez zakwasu - ba! nawet obeszło się bez drożdży, do tego wszystkiego wypiek znakomicie wpisuje się w mój dietowy nastrój, śmiem twierdzić, choć dietetykiem nie jestem, że jego spożycie sprzyjać będzie dalszej, lawinowej utracie kilogramów no bo błonnik, otręby, naturalna miotełka dla naszego układu trawiennego i tym podobne. Sprostawszy więc wyzwaniu, zagryzam rozkoszne, wiosenne, wyszczuplające kanapeczki i myślę o tym, jak świetnie wyglądać będę już lada chwila w bikini...





Składniki:
200 ml otrębów pszennych

200 ml płatków owsianych

200 ml pestek dyni

200 ml pełnoziarnistej mąki żytniej

200 ml ziaren słonecznika
100 ml siemienia lnianego
100 ml ziaren sezamu
2 łyżeczki soli
700 ml wody






Wszystkie składniki wymieszać i odstawić na 10 minut. (Leń mną zawładnął, zatem uprościłam sobie tę i tak prostą procedurę miksując wszystkie składniki w malakserze)
Wykładamy blachę papierem i rozsmarowujemy ciasto cieniutko  równą warstwą. ( moje ciasto było dość jednolite, bo wszytko sprytnie zmiksowałam, ale z wierzchu potraktowałam je siemieniem i sezamem by było ładniej)
Wstawiamy do nagrzanego piekarnika do 150 stopni z termoobiegiem na 10 minut (u mnie bez termo, bo nie działa, górna i dolna grzałka dały radę)
Po 10 minutach wyciągamy i kroimy na prostokąty. Wstawiamy ponownie do piekarnika jeszcze na 30-40 minut.
Wyciągamy i odstawiamy do wystygnięcia – po ostygnięciu stwardnieje.
Najlepiej przechowywać w szklanym lub ceramicznym pojemniku z przepuszczalną pokrywką.

Mój chrupki chlebek potraktowałam wszystkim, co miałam pod ręką. Stworzyłam sobie wiosenną rozpustę na śniadanie - były szparagi, przepiórcze jajko, rzodkiewki, Philadelphia, zioła, młody bób i piękne słońce za oknem. Oby tak dalej! Jutro powtarzam tę przemiłą poranną sytuację.
Sceptyków (ja też do nich należałam, bo za chrupkim pieczywem nie przepadam) zachęcam do wypróbowania tej arcyprzyjemnej, bezinwazyjnej receptury, zapraszam także na wnikliwe przestudiowanie blogów pozostałych uczestników chrupiącej czerwcowej piekarni! Oto one:


Smacznego :)







wtorek, 29 kwietnia 2014

wstążki z rukolą i mascarpone - pyszny makaron w kwadrans


Nie raz już wspominałam, że moją ulubioną przyprawą w kuchni jest czas, dlatego lubię ogromnie przepisy które wymagają poświęcenia im sporej części dnia. 



Lubię wstać rano i nastawić siedmiogodzinną jagnięcinę, albo zrobić własne ciasto na makaron, a potem faszerować, lepić, zawijać, lubię zupy pyrkające godzinami na wolnym ogniu i długo duszone aromatyczne sosy, gratin ubóstwiam, lubię dopieszczone czasem składniki - aromatyczne wina, oliwy, octy, sery, z cierpliwością dojrzałe warzywa i owoce, nalewki, których smak rozwija się z każdym miesiącem - oto najwierniejszy portret mojej osobowości kulinarnej, czasem jednak czy mi się to podoba czy nie muszę zrobić coś na szybko. Wtedy tryb relaksacyjny i medytacyjny spokój jaki towarzyszy mi zazwyczaj wśród garów, ustępuje miejsca pośpiechowi i dążeniu do zadowalających efektów w możliwie krótkim czasie. Wówczas proces przestaje być ważny - nie ma chwili by rozkoszować się zapachem czy zasłuchiwać w subtelną melodię bulgoczącej na patelni substancji. Ma być migiem i w miarę możliwości pysznie, szybkie zaspokojenie głodu jest tu priorytetem.
Wiem, że nie każdy odnajduje w kuchni tę samą przyjemność, którą codziennie odkrywam na nowo ja, dlatego jako ukłon w stronę takich właśnie osób (które nota bene apelowały o garstkę receptur na szybko) podaję dziś przepis na makaron w kwadrans, który uskuteczniam w chwilach nieopisanego głodu lub spadku formy kulinarnej. 
Nie do końca sezonowy niestety bo cukinia i sprowadzane z daleka pomidorki, ale cóż - nie można mieć wszystkiego, rukola pochodzi z pobliskiego pola i to ona stanowi o tym daniu najdobitniej. 





składniki dla czterech osób:

łyżka oliwy,
3 duże ząbki czosnku,
1 duża cebula,
duuuużo świeżo mielonego pieprzu,
1 średniej wielkości cukinia,
pomidorki - najlepiej małe daktylowe lub cherry 10-15 sztuk,
opakowanie mascarpone, 
odrobina wody, 
sól, 
pęczek rukoli

makaron


Nie powiem zatem dzisiaj - w drodze wyjątku - że makaron należy uformować ręcznie, sprawdzi się każdy paczkowany (może z wyjątkiem zacierek i innych drobnych kształtów). Wodę na makaron wstawiamy w dużym garze, obficie solimy, przykrywamy pokrywką i co tchu zaczynamy pościg z czasem! Zaczynamy od cebuli pokrojonej w półpiórka - wrzucamy ją na rozgrzaną na patelni oliwę, następnie idzie obrana cukinia pokrojona na półplasterki, gdy zaczyna mięknąć jest moment by dorzucić posiekany na cienkie plasterki czosnek. Warzywne trio suto pieprzymy. Moment ten zbiega się z chwilą w której woda bulgotać zaczyna, śmiałym ruchem zatem wrzucamy do wrzątku zadowalającą nas ilość makaronu. Gotujemy zapewne od 8 do 12 minut, w zależności od gatunku klusek. Gdy czosnek lekko się podsmaży - nie może być bowiem surowy, dorzucamy mascarpone i wlewamy trochę wody, by sos ładnie i równomiernie się rozszedł. Solimy i dajemy mu chwilkę by smaki się połączyły. Na samiuśkim końcu wrzucamy pokrojone, wszystko jedno jak, pomidorki i porwaną w dłoniach rukolę. Makaron po odcedzeniu łączymy z sosem, bacząc by sosu nie było ani za dużo ani za mało, powinien on otulać każdą kluskę, serowy akwen na dnie talerza zupełnie nas nie interesuje.
A potem jemy, ale błagam, skoro gotować nam przyszło w pośpiechu, to podczas posiłku dajmy sobie chwilę na spokojne celebrowanie obiadu :) Nie dajmy się zwariować!


Tak oto powstaje bardzo smaczny makaron w dwie chwilki, choć nie jest to danie w moim ulubionym stylu i choć czas go nie doprawia, mimo wszystko polecam. Dzieci także lubią kremowość tego sosu, przetestowałam więc wiem. Dla tych którzy prosili, albo dla tych którzy nie prosili, acz są w potrzebie , poniżej podaję linki do innych zaprezentowanych przeze mnie dań na szybko, w stosunku do dań czasochłonnych nie jest ich wiele na moim blogu, ale te, które przedstawiam są naprawdę bardzo mało wymagające i smaczne.




makaron z duszoną cukinią - przepis hicior tego bloga, mnie samą zaskoczył bo mimo małej ilości składników wychodzi coś pysznego, cukinia jest tu duszona, nie smażona, a to fajna odmiana

szpinakowe gnocchetti tirolesi - danie z pewnością znane narciarzom szusującym w Tyrolu, w stokowych jadłodajniach najczęściej niejadalne, za to zrobione w domu rzuca na kolana

makaron z kurkami i jabłkiem - moje osobiste odkrycie, moja duma i chluba - prażone jabłko i kurka kochają się razem w tym makaronie

grillowana sałata z aioli - pyszna alternatywa dla tych, którzy dość mają tradycyjnych sałat na zimno, tutaj jędrna sałata rzymska podgrzana jest na grillu, z ręcznie kręconym aioli jest jej pysznie

oberiba na gęsto - mimo, że tradycyjnie polska, to nie znana szerszej publiczności - duszona kalarepka, a szkoda bo smakuje bardzo podobnie do młodej duszonej kapusty i przygotowujemy ją znacznie szybciej

brukselka z patelni - ja przepadam za brukselką w każdej postaci, ale niektórzy nie lubią charakterystycznej słodkiej goryczki tej małej kapustki - wówczas warto skorzystać z innej metody przygotowania, brukselka z patelni smakuje zupełnie inaczej

prowansalska sałatka z kozim serem - klasyk serwowany w niemal każdej prowansalskiej knajpce, koniecznie z kozim serem - świeżym albo dojrzałym, cudowny obiad na porę letnią, powstaje w zaledwie kwadrans

serek przedziwnie pyszny - bardzo fajna i przedziwna rzecz, najlepsza jako zagryzka pod piwko, albo winko, słodko-ostro-kwaśna i niezwykle szybka w przygotowaniu

sałata z truskawkami i bryndzą - kolejny mój hicior - truskawka i bryndza się uwielbiają, jeśli nie znacie tego połączenia - zachęcam, jest świetne

sałatka z karmelizowanymi orzechami - szybka sałatka tym razem z orzechami włoskimi karmelizowanymi w miodzie - miodzio!

sałatka z grillowaną gołką - polski klasyk, grillowana gołka cudownie wypada na posłaniu z sałaty z borówką - przestrzegam jednak by była to borówka bez żelu, na samym cukrze lub z gruszkami

camembert na grillowanym ananasie - ekspresowe mega kaloryczne danie, dla potężnie głodnych entuzjastów sera





poniedziałek, 3 lutego 2014

bakłażany i Frontiera Blue z pieca - mój początek romansu z serami zagrodowymi



Często wspominam moje pierwsze spotkanie z francuskim Banonem, tę totalną niespójność odrażającego ze wszech miar aromatu z delikatnością smaku tego sera, z lubością wracam do chwili w której włoski Gospodarz pokazał mi jak w ciemnym kącie składziku, pod sufitem dojrzewa kształtna gomółka pecorino, pamiętam smak makaronu doprawionego tym serem..., za to Hiszpania ma dla mnie smak obłędnego Manchego podawanego u boku galaretki z pigwy. Jeżeli natomiast miałabym skojarzyć mój osobisty kraj z serem - Polska smakuje mi twarożkiem z tartą rzodkiewką, albo takim z pomidorem, ogórkiem i koperkiem. Od jakiegoś czasu zapragnęłam jednak by zasmakowała mi czymś innym, dlatego postanowiłam zapoznać się bliżej ze zbierającymi coraz bardziej pochlebne opinie polskimi serami zagrodowymi. Na pierwszy ogień poszły sery z mazurskiego Ranczo Frontiera, które poznałam kilka lat temu i w których się zakochałam, wówczas jednak rozkochały mnie w sobie sery owcze. Tym razem jako, że zwierzaki aktualnie są mocno ciężarne, zamówiłam sery z mleka od krów dżersejek: Dojrzewający, Dżersejan i Blue Dżersejowy.
Drugie zamówienie pochodziło z Gospodarstwa Ekologicznego Kozia Łąka, z którego wywodzą się bardzo ciekawe Sery Łomnickie. Jak sama nazwa wskazuje sery tworzone są w Łomnicy (w okolicach Jeleniej Góry).




Pierwszy wniosek jaki wynika z degustacji serów z obu miejsc - nie są to sery łatwe, takie które można wcinać niezobowiązująco do czegokolwiek, przy okazji popijania jakiegokolwiek wina. Każdy jest charakterny i lubi inne połączenie. Każdy z tych serów to odrębna osobowość, trudno im godnie zawtórować, a z kolei ich intensywny aromat powoduje, że w pojedynkę stanowić mogą frajdę tylko dla wprawnego serowego smakosza. Chałwa Kozia pod tym względem bije inne sery na głowę, jest niezwykła, ale poprzez swą intensywność mało uniwersalna. Nie jest też do niczego podobna, dlatego intuicyjne znalezienie dla niej właściwego towarzystwa nie jest prostą sprawą.





degustacja:

Ritta wędzona - ser kozi serwatkowy, lekki, ma grudkowatą strukturę, miąższ jest delikatny, skórka mocno wędzona, pięknie ubarwiona, o intensywnym dymnym smaku, faktura sera przypomina nieco wędzone tofu, ser słodkawy, niemal nie słony, zastosowałabym ją jako charakterny dodatek do zielonych sałat, fajnie urozmaici także deskę serów

Łomnicki długodojrzewający naturalny - ser kozi, intensywny smak, kwaskowy, piękny intesywnie żólty kolor, twarda skórka o skoncentrowanym bukiecie, smak zobowiązujący, jak dla mnie mało uniwersalny

Łomnicki długodojrzewający z kozieradką - ser kozi, przyjemnie twardy, kruchy, można cieniuteńko kroić, usiany maleńkimi dziurkami, mocno orzechowy aromat dzięki mojej ukochanej kozieradce, ser zobowiązujący, póki co z niczym co jadłam przy nim, nie było mu dobrze, ale jest pyszny w pojedynkę, idealny na deskę serów i zapijany piwem

dojrzewający dżersejowy - ser twardy z mleka dżersejek, kruchy, bardzo intensywny, ponoć świetnie nadaje się do topienia - póki co nie sprawdziłam

dżersejan - słodkawy ser z mleka dżersejek, kruchy, twardy, owocowy, bardzo przyjemny, przepyszny

Frontiera  Blue dżersejowy - grzybowy w nosie, wyczuwalne też nuty igliwia, bardzo intensywny, kremowy, przywodzi na myśl oryginalny francuski roquefort, szukając pomysłów na wykorzystanie Frontiery Blue pomyślmy do czego używany jest jego francuski odpowiednik - Frontiera powinna fajnie wypaść z gruszką, w sosie, zapiekana. Pyszna jest z chrupiącą bagietką.
Jakże wielkie było moje zdziwienie wówczas, gdy okazało się, że zupełnie mu nie w smak ze słodkim Sauternem (choć Roquefort się z nim kocha) ani z miodem. Być może różnicę robi tu rodzaj zastosowanego mleka, francuski pleśniak bowiem wykonany jest z owczego, a kosztowana przeze mnie Frontiera Blue z mleka krów dżersejek (w tym punkcie należy nadmienić, że gospodarstwo produkuje także przecudowny ser z niebieską pleśnią na bazie owczego mleka, ale teraz niestety nie czas na niego).

Kozia Chałwa - ser 'nie ser' produkowany na bazie serwatki, zupełnie nie poddaje się żadnej klasyfikacji, jest gęsty, w konsystencji nieco gumowaty, niebywałe skupienie koziej intensywności, ser którego nie da się jeść w pojedynkę, przynajmniej ja nie umiałam, choć producent mówi, że nadaje się na deskę serów... za punkt honoru wzięłam sobie, by znaleźć godne zastosowanie dla niego, jest to wszak ser niebanalny, którego intensywność z pewnością okaże się zaletą, gdy potraktujemy go jako przyprawę. Ze wszystkich połączeń jakich próbowałam, zdecydowanie najlepiej jej z włoskim orzechem, nie smakuje z miodem, galaretką z pigwy ani z czerwonym winem. Będę szukać dalej. Kozia chałwa to wyzwanie!




Na obrazku widzimy - zgodnie z ruchem wskazówek zegara od lewej dżersejan, łomnicki naturalny, łomnicki z kozieradką, dżersejowy dojrzewający, Frontiera Blue dżersejowy, Ritta wędzona, kozia chałwa



Na moim pudle znalazły się:

Najwyżej Frontiera Blue dżersejowy, który musi uwodzić wszystkich zwolenników sera z niebieską pleśnią.
Na drugim miejscu Dżersejan za fajną strukturę i słodkawy smaczek, poza tym jest zdecydowanie najlepszym serem spośród wybranych, na jakże lubianą przeze mnie deskę serów, mimo jaskrawej osobowości jest stosunkowo uniwersalny.
Na trzecim ląduje Ritta wędzona, która przy pierwszym kęsie wydaje się dziwna, bo w kontakcie z dymnym smakiem spodziewamy się zazwyczaj także słoności - a tu jej nie ma. Ser ma intrygującą konsystencję i piękny wygląd, ładnie daje się kroić, byli jednak tacy przy moim stole dla których Ritta okazała się być zupełnie niejadalna, mimo intensywnie wędzonej skórki, ser odebrali jako nazbyt delikatny.
Bardzo, co tu kryć,  smakuje mi także łomnicki z kozieradką, zapijany piwem.


Z okazji pierwszego miejsca przygotowałam dziś wspaniałe i proste danie, w którym Frontiera Blue gra pierwsze skrzypce, nie próbuje jednak za siłę wszelką zagłuszyć swych wdzięcznych towarzyszy (czego się trochę po niej spodziewałam). Przepis pochodzi z zacnego źródła - strony prowadzonej przez znawcę - Pana Giena Mientkiewicza (klik). Jako, że moja kulinarna wyobraźnia krzyczała, że nie chce łączyć niebieskiego sera z pomidorem, poszłam na kompromis - jeden bakłażan został przygotowany na bazie powyższej inspiracji, drugi na podstawie tego co mój zmysł nakazał. O dziwo pomidor nie zaszkodził bardzo serowi, ani vice versa, jednak moja wersja z brokułem okazała się bardziej spójna smakowo, dlatego ją uważam za nieco lepszą. Brokuły z Frontierą Blue lubią się bardzo!


bakłażan na zielono:

1 bakłażan,
odrobina oliwy,
kilka różyczek brokuła,
ćwierć cebuli czerwonej,
ząbek czosnku,
sól,
pieprz, 
świeży rozmaryn, 
świeży tymianek,
dwa plastry Frontiery Blue


bakłażan na czerwono:

1 bakłażan,
3 małe pomidory (w sezonie gruntowe będą naj),
ćwierć cebuli czerwonej,
ząbek czosnku, 
sól, 
pieprz, 
świeży rozmaryn, 
świeży tymianek,
dwa plastry Frontiery Blue


Zaczęłam od wydrążenia i pokrojenia miąższu bakłażana w drobną kostkę. Ułożyłam go na sitku i posoliłam, po 15 minutach odcisnęłam z nadmiaru wody. Następnie na patelni podsmażyłam cebulkę z czosnkiem, gdy się zeszkliła, dodałam bakłażana. Po pięciu minutach połowę przygotowanych warzyw odsypałam do miski, a drugą część pozostawiłam na gazie by dodać do niej pomidory. Pomidory sparzyłam i obrałam ze skórki, a następnie pozbawiłam gniazd nasiennych, po pokrojeniu dorzuciłam na patelnię. Wspólnie warzywa spędziły 3 minuty na małym ogniu, dłuższy czas mógłby zaowocować nieprzyjemną dla oczu breją...
Na koniec dosoliłam, popieprzyłam, dodałam drobniutko pokrojony rozmaryn, tymianek i upakowałam do dwóch 'foremek' z bakłażanowej skórki. 
Do czekającej cierpliwie miski z samotnym bakłażanem dodałam ugotowane wcześniej brokuły - warto je ugotować na półtwardo, wtedy są zdecydowanie smaczniejsze, procedura doprawiania warzyw jest identyczna jak powyżej opisana.
Na koniec przykryłam wszystkie porcje pokruszonym serem i wstawiłam do piekarnika nagrzanego do 200 stopni na 30 minut. 

Zapach jaki uwalnia Frontiera Blue podczas zapiekania, jest dość kłopotliwy, otwórzmy więc okna i czekajmy cierpliwie nakazane pół godziny, bo smak nam wynagrodzi tę aromaterapię :)




Dziś już wiem, że sery zagrodowe jeszcze niejednym mnie zaskoczą, samo szukanie zastosowania dla nich to nie lada gratka, kosztowanie polskich serów jest jak wyprawa na nieznany ląd - wszystkiego uczyć się musimy od początku, ale bardzo przyjemna i smakowita to nauka!


sobota, 5 października 2013

bella focaccia z oliwkami i rozmarynem - banalna i cudownie pyszna


Jest jakaś magia w dzieleniu się chlebem. Nie jest to zwykłe częstowanie, znaczy dużo więcej. Gdy dzielimy się chlebem, który upiekliśmy samodzielnie wymiar tej wyjatkowości jest jeszcze większy. Piekłyśmy na kilkadziesiąt piekarników tym razem, zapach oliwkowego pieczywa musiał się wbić w atmosferę nad całą Europą - tyle nas było do pieczenia chleba!!!




Gdyby nie towarzyszyły mi rozmaite przygody przy okazji 'akcji chleb' - nie byłabym sobą, dlatego w ramach preludium zepsuł mi się mój hołubiony od miesięcy zakwas. Gdy wyjęłam go z lodówki, przez dwa dni dokarmiałam - tym co lubi i odstawiałam w przyjemnie ciepłe miejsce, trzeciego dnia zaś oniemiałam bowiem na powierzchni mojego zakwasu pojawiła się zagadkowa substancja o fałdowanej strukturze i paskudnym zapachu. Załamałam ręce, no bo ten chleb miał mi wyjść idealnie - wymiar sukcesu miałam już misternie zaprojektowany w głowie i zdawało się, że nic nie zaburzy tego planu... a jednak. 
Z zakwasem przyszło się pożegnać i w akcie lekkiej desperacji zastąpić go drożdżami. Nie chciałam zanadto zmieniać receptury, więc z niemałą obawą resztę pozostawiłam bez zmian, a potem czekałam co się wydarzy. Wydarzyła się focaccia - jedna z pyszniejszych, jakie jadłam w życiu, idealnie wyrośnięta w środku a na zewnątrz cudownie chrupiąca. 

Poniżej podaję przepis, którego bazą wyjściową był pszenny chleb oliwkowy wg. J.Hamelmana. Z wiadomych względów pominęłam zakwas, który jest podstawą oryginalnej receptury.


składniki:

20 g drożdży
360 g wody ciepłej
720 g mąki pszennej
2 łyżeczki soli
200 g toskańskich oliwek 
kilka gałązek rozmarynu

sól gruba morska do posypania


Połączyłam wszystkie składniki w misce i pozostawiłam na 2 godziny pod przykryciem. W tym czasie dwukrotnie odpowietrzałam ciasto - wyrabiając je delikatnie - wciąż w misce. Następnie w dłoniach uformowałam placek nieco grubszy od pizzy, wyłożyłam go na papier do pieczenia i kazałam odczekać pół godziny. Zanim włożyłam ciasto do pieca ponakłuwałam je palcem równomiernie, obficie polałam oliwą i posypałam solą morską. Ciasto piekło się 25 minut w piekarniku nagrzanym do 220 stopni.

Wraz ze mną, znakomite pieczywo popełniły:

Anna  ŻYCIE OD KUCHNI <http://ankawell.blogspot.com/


Dzięki Dziewczynki za wspólny czas przy chlebie, Wiśle dziękuję za wyszukanie tego znakomitego przepisu, który na stałe się wpisze w mój grafik kolacyjny, a Amber, za cudowne ogarnięcie tej całej naszej bandy :)

PS Przepraszam za mały poślizg w publikacji :)