Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dipy salsy i pasty do chleba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dipy salsy i pasty do chleba. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

masło kurkowe - do grilla i nie tylko



Ucierane w moździerzu pesto z bazylii uwielbiam, wiele oddam za kanapkę z hummusem, nic nie sprawia mi większej frajdy niż wino różowe i tapenada z czarnych oliwek doświadczane w upale słonecznego lata, a maczanie grillowanego mięsiwa w ajwarze to nadprzyjemność, nieporównywalna z niczym. Zawsze w mojej lodowce musi znaleźć miejsce jakieś nieskomplikowane mazidło do pieczywa, jego obecność daje mi poczucie bezpieczeństwa, bo wiem, że w dowolnym momencie mogę odkroić pajdę i wysmarować ją czymś pysznym, by zaspokoić głód nim ten stanie się nie do zniesienia. W ciągu ostatnich dni z tapetu nie schodzi cudowne w swej prostocie, zawieszone w naszej miejscowej tradycji i bezsprzecznie związane z czasem letnim masło kurkowe. Jest poetycko pyszne!!  
Śpieszę zatem z przepisem, póki sezon na żółte łebki trwa, byście mogli uczynić je u siebie. Filozofia żadna, 100% przyjemności :))




składniki:

100 g kurek,
100 g masła prawdziwego,
sól, 
1 ząbek polskiego czosnku

+ obowiązkowo chleb maści dowolnej i
ewentualnie natka pietruszki do podania

nie należy przesadzać z czosnkiem, 1 ząbek jest wystarczający, większa ilość stłamsi subtelny smak kurek


Umyte i posiekane kurki wrzucamy na odrobinę masła i dajemy im czas by zmiękły na umiarkowanym gazie, raz na jakiś czas trzeba je zamieszać. Ja wraz z kurkową siekanką podsmażyłam kilka grzybków w całości by mogły ozdobić gotowe kanapeczki. W końcowej fazie smażenia posoliłam.  Potem dałam kurkom wystygnąć i blenderem ręcznym zmiksowałam je na miazgę. Tak przygotowane grzyby połączyłam ze schłodzonym masłem i zgniecionym ząbkiem czosnku, dosoliłam jeszcze odrobinę i spróbowałam... dalej nie mam słów by opisać jak charakterne ale delikatne jest to kurkowe masełko. W sam raz na wypadek wspomnianego, nieplanowanego głodu, a jeszcze lepsze do grillowanego na ogniu pieczywa. Smacznego!


czwartek, 4 lipca 2013

dobrze się czuje we własnej skórze - cukinia z czerwonym pesto


Od kilku tygodni jestem szczęśliwą posiadaczką dwukilogramowego pojemnika pysznych suszonych pomidorów w zalewie (dziękuję Adam!!). Zagryzamy je z Połówką ochoczo wieczorową porą bez dodatków, dorzucamy do sałatek i makaronów, coraz częściej też miksujemy na cudowną masę do pieczywa. Pomidorowe pesto zawojowało moje menu w ostatnich dniach, jest bardzo uniwersalne i wpisuje się w różne nurty kulinarne - od mięsnego, przez warzywne na makaronowych wariacjach skończywszy.
Suszony pomidor bardzo się lubi z cukinią, tym sposobem lubimy się we troje, z sympatii tej powstało poniższe danie, wdzięczne, sycące a zarazem lekkie. Mogąc obcować z młodą cukinią na co dzień, korzystam z tego dobrodziejstwa ile wlezie, dziś miałam szczęście trafić na cudnej urody cukinki okrągłe z czego cieszę się wielce.





składniki:


100 g płatków migdałowych,
60 g parmigiano reggiano,
1 mała papryczka pepperoni,
15 pomidorów suszonych z zalewy,
2 ząbki czosnku,
2 fileciki anchois,
kilka listków bazylii,
kilka łyżek zalewy pomidorowej
+
7 okrągłych cukinii średniej wielkości






Składniki pesto rozdrobniłam w blenderze, lecz nie dopuściłam by konsystencja była zbyt jednolita, lubię wyczuwalne drobinki.
Młoda cukinia ma mało pestek, po wydrążeniu jej pokroiłam więc miąższ na nieforemną kosteczkę i zmieszałam z przygotowanym wcześniej pesto. Tak sporządzoną substancją napychałam cukiniowe, pękate foremki, niektóre przykryłam czapeczkami z ogonkiem, inne pozostawiłam bez przykrycia. Chciałam piec z termoobiegiem, ale się był popsuł w moim piekarniku, nastawiłam więc dolną i górną grzałkę na 200 stopni i bacznie przyglądałam się, co się wydarzy...
Po blisko 20 minutach pachniało w całym domu, wierzch pesto pięknie się zarumienił, pozostało tylko pokroić bagietkę, wyjąć z lodówki dobrze schłodzone wino, zasiąść na tarasie i zacząć karmić się urokiem lipca.





Moja kuchnia domaga się chyba wakacji, coraz więcej sprzetów szwankuje, termoobieg zaniemógł, zmywarka zamiast zmywać brudzi, nóż od blendera gdzieś się zapodział... Przyznam, że ja też się czuję lekko wyeksploatowana i choć kocham spędzać czas w kuchni, przyszedł czas w którym z rozkoszą zasiądę do nakrytego już stołu i pozwolę się nakarmić. Wyjadę, zostawię kuchenne niezbędniki w domu - niech odpoczną od swej nadpobudliwej gospodyni... a gdy wrócę, oj będzie się działo!

Miałam to uczynić dawno temu, ale ja jak to ja, wciąż zapominałam, bywalców fejsbuka zapraszam na facebookową stronę w sezonie...



niedziela, 13 stycznia 2013

dip oliwkowy i paprykowy - najlepsze na imprezę





U cioci na imieninach dzieci traktowane były zazwyczaj dość marginalnie - pałętały się gdzieś po pokoju w bezpiecznej odległości od stołu a tym samym od serwowanych na nim zakąsek. Z pozycji osoby niewiele odrastającej od podłogi, a na dodatek regularnie przeganianej do pomieszczeń dla dzieci przeznaczonych mogłam jednak całkiem wyraźnie zaobserwować pewną powtarzalność w zakresie serwowanych u ciotki dań. Była sałatka jarzynowa - której dzieci w akcie łaski dorosłych mogły doświadczyć, był tatar, którego doświadczać nie chciały, były jajka w majonezie, na tym samym stole była również karpatka i murzynek, marynowane grzybki, paluszki i czasem śledzik z cebulką. Wszystko uwalniało niepokojącą symfonię aromatów, z których łakome dziecię bardzo precyzyjnie wyławiało obiekty swego potencjalnego zainteresowania. Zwykle były to elementy słodkie - obficie doprawione pachnącą waniliną lub jakimś potwornie aromatycznym olejkiem zapachowym. Słodycze były narzędziem szantażu w rękach dorosłych - dziecko, otrzymawszy kolejny kawałek ciasta miało czym prędzej udać się do strefy małoletnich i tam celebrować słodką chwilę możliwie jak najdłużej...
Imprezy odbywały się u różnych ciotek i wujków ale zestaw dań we wszystkich miejscach był bardzo zbliżony.



 
W wyniku ewolucji kulinarnej jaka nastąpiła w połowie lat 90tych u cioci na imieninach pojawia się PIZZA (!!!) A w zasadzie twór pizzokształtny, który z każdą kolejną imprezą będzie się przeistaczał aż w końcu osiagnie formę bardziej zaawansowaną, wciąż daleką jednak od swego prototypu z nieznanej Italii. Pizza u Cioci jest ogromna. Zapieczona w prostokątnej blasze, przy czym ciasto w przekroju liczy sobie co najmniej 5 centymetrów. Pizzę pokrywa pierzyna z tartego sera Podlaskiego oraz aromatyczna warstwa pieczarek podduszonych z cebulką, względnie puszkowany ananas. "Jaka pyszna pizza" - goście chwalą - "... i jak cudownie wyrośnięta!" Wszyscy proszą o przepis, dzięki czemu twór pizzopodobny w niedługim czasie zawojuje wszystkie imprezowe stoły w granicach województwa.
Nasz imprezowy bufet współczesny zapomniał o pizzy na grubaśnym spodzie ( chyba się z tego cieszę, mimo wszystko), przyjął natomiast z dużą otwartością specyfiki z krajów dalszych i najdalszych. Często zatem na jednym stole znajdziemy po trosze kuchni orientalnej, meksykańskiej, włoskiej, francuskiej, hiszpańskiej, no i polskiej. Modne stały się rodzaje zakąsek, które nie generują potrzeby użycia sztućców, przyznam, że i ja poddałam się temu nurtowi, dlatego chętnie robię na imprezę dipy, które serwuję ze świeżymi warzywami. Z dipem po raz pierwszy zetknęłam się rzecz jasna na przyjęciu imieninowym u jednej z ciotek, wówczas był to dip curry, który niezwykle przyjemnie się zajadało nurzając w nim marchewkę.

Dziś przedstawiam dwa sprawdzone dipy. Banalne w przygotowaniu i znakomite na karnawałową imprezę albo imieninową prywatkę.




 dip oliwkowy:

pół szklanki orzechów włoskich,
ząbek czosnku,
świeża bazylia, 
świeże oregano (opcjonalnie) ,
pół szklanki oliwek zielonych + nieco płynu oliwkowego,
biały ser mielony 200 g, 
sól


W blenderze miksujemy orzechy wraz z czosnkiem i ziołami, następnie dodajemy oliwki i ser, solimy i miksujemy całość. Można miksować długo, by konsystencja dipu była aksamitna, ja wolałam pozostawić oliwkowe drobinki w dipie, więc miksowałam nieco krócej.






dip paprykowy:

2 duże papryki, 
1 opakowanie polskiej fety (tej krowiej z kartonika, ma znakomitą konsystencję)

Paprykę kroimy na ćwiartki, układamy na blasze skórką ku górze i wstawiamy do piecyka nagrzanego do 200 stopni. Po 30 minutach, gdy paprykowa skóra się delikatnie przypali, wyjmujemy z piekarnika i obieramy. Skórka łatwiej odejdzie, gdy zawiniemy opieczone papryki w folię spożywczą i w niej pozwolimy im ostygnąć. Następnie wrzucamy paprykę do malaksera, miksujemy na wysokich obrotach, gdy powstanie spójny paprykowy sos dodajemy polską fetę i miksujemy jeszcze przez chwilkę.


Niestety mimo, że przygotowanie dipów nie wymaga szczególnego zaangażowania, proces się dzieje sam, pod warunkiem, że dysponujemy odpowiednim zapleczem sprzętowym, to aby dip miał rację bytu trzeba do niego obrać jakąś tonę marchewki. Co tu kryć, to dość żmudne zajęcie, ale marchewka zanurzana w tych dipach smakuje najwyborniej więc nie ma wyjścia. Na drugim miejscu polecam kalafiora sparzonego przez 3 minuty we wrzątku. Na trzecim plastry wielokolorowej papryki. Niektórzy lubią zanurzać cykorię i seler naciowy, mnie jednak w tych połączeniach nie urzekają.



Najsmaczniejszego!!


niedziela, 6 stycznia 2013

makrelowa i łososiowa pasta do pieczywa


Zima dziwnie łagodna tym razem. Zamiast sie chwalić swoim pięknym białym licem, skrzypieć mrozem, kreślić lodowe rysunki na szybach, zaszyła się nie wiadomo gdzie i próżno zgadywać czy zachce nas zaszczycić swoją obecnością w najbliższym czasie. Znając ją  Kapryśna Pani ukaże się nam w pełnej krasie dokładnie wówczas, gdy wyglądać zaczniemy pierwszych symptomów wiosny. Zima w całej okazałości przydałaby się chociażby  po to by wymrozić bezwzględne drobnoustroje, które w ostatnich tygodniach położyły do łóżek całe rzesze Polaków. Zewsząd dobiega mnie wielogłosowa aria z wydmuchwianych nosów, charczących gardzieli, rzężących oskrzeli - mam wrażenie, że mój dom jest tym ostatnim bastionem, który nie poddał się zarazie. Na tym moim przylądku gotuję więc rosół, zaparzam prawdziwy sok malinowy i przygotowuję mocno energetyczne śniadania.


Aura powoduje, że instynkty zawodzą, trzeba się podpierać rozsądkiem. Staram się nie kupować sałat, stronię od paczkowanej zieleniny, cytrusy stosuję incydentalnie, stawiam na korzenie, ziemniaki, aromatyczne mięsa, mocno doprawione pasty z ryb i ze strączkowych, pieczone warzywa z dodatkiem rozgrzewających przypraw. Czasem niestety, wiedziona tęsknotą, ulegam pokusie. Kilka dni temu ze stoiska łasił się do mnie pomidor - kształtny i przyjemnie czerwony - niczym ten pierścień kazał się wydobyć z odmętu sklepowej skrzynki. W stanie stuprocentowego ogłupienia, dotarłam do domu i rozkroiłam mój nabytek, jak smutny był to pomidor nie muszę chyba mówić... był dokładnie taki sam jak zawsze, gdy zimą nieznane przesłanki każą mi sięgać po niego - mdły, suchy, twardy, bez wyrazu, bez smaku, bez życia.

Dlatego na śniadania nie serwuję zimą świeżyzny, tym razem były pasty rybne na dwa sposoby, bardzo konkretne, jak najbardziej na miejscu o tej porze roku. Pasta z makreli - polski klasyk, a druga nieco lżejsza ale równie ładna - pasta ze smażonego łososia podkręcona wdziecznym dodatekiem czerwonego pieprzu i kaparów. 
Polecam obie. A jeżeli  wytrzymać nie możecie bez elementu świeżego na swoim styczniowym stole codziennym, znakomitą metodą na wprowadzenie namiastki wiosny jest wysianie rzeżuchy. U nas dzielnie rośnie przez rok cały, co prawda zimą idzie jej to znacznie ciężej niż w porach ciepłych a kolor jest nieco bledszy ale zapach i smak nie traci wiele ze swej intensywności. Moja akurat się skończyła, dlatego szczypiorek zastąpił ją na zdjęciach, szczęśliwie kolejna rzeżuchowa grządka została już wysiana - za tydzień znów żniwa :)



pasta z makreli:

1 średniej wielkości makrela,
2 łyżeczki koncentratu pomidorowego, 
2 łyżeczki majonezu,
odrobina cebuli (nie przepadam za świeża, więc u mnie tylko symbolicznie, możecie dodać więcej)
sól (duża szczypta),
cukier (duża szczypta),
pieprz, 
cytryna, 
jedno jajko na twardo, 
szczypiorek lub rzeżucha do podania

Mięso makreli z przyprawami, majonezem i koncentratem miksujemy na gładką masę, dokwaszamy cytryną, mieszamy z drobniuteńko pokrojoną cebulą i jajkiem ugotowanym na twardo. Przed podaniem posypujemy zieleniną.




pasta z łososia:

świeży łosoś 150/200 g,
łyżka oliwy z oliwek
garść kaparów, 
pieprz, 
sól, 
sok z cytryny, 
czerwony pieprz, 
czarny pieprz, 
łyżka kwaśnej śmietany 18%

Łososia kroimy na małe kawałeczki, po czym smażymy na niewielkiej ilości oliwy z oliwek. pod koniec smażenia dodajemy świeżo mielony pieprz czarny, ugnieciony w moździerzu pieprz czerwony, solimy i obficie skrapiamy sokiem z cytryny. Następnie zgniatamy całość widelcem. Na koniec dodajemy niedbale pokrojone kapary i łyżkę kwaśnej śmietany. Pasta powinna odpocząć co najmniej godzinę przed podaniem, by smaki zgrabnie się połączyły.


czwartek, 11 października 2012

serek pyszny przedziwnie - do pieczywa



Nie jestem perfekcyjną panią domu.  Nie śledzę programu, o którym coraz głośniej w naszym kraju ale czasem jak patrzę wkoło, to przychodzi myśl, że  może powinnam…???.
Środek tygodnia a człowiek zupełnie nie wie za co się zabrać – trzeba robić za asystenta przy lekcjach, ogarnąć, by wnętrza przypominały przyjazną do życia przestrzeń, zmotywować potomstwo do wykonania codziennych obowiązków, przywieźć, odwieźć na zajęcia, no i  zjeść należy i nakarmić, a że ma się do tego stosunek specyficzny, to przecież kanapka nie wystarczy…  Niestety mimo wszelkich chęci nie zawsze udaje się sprostać tym wszystkim obowiązkom, powiedziałabym nawet, że niemal zazwyczaj się to nie udaje.
Przyznam się, że lat temu kilka zdarzało mi się oglądać wersję brytyjską wyżej wspomnianego programu i seans ten działał na mnie wybornie. Włączał mi się ‘program sprzątający’ i przez kolejne godziny chodziłam po domu jak nakręcona, doczyszczając każdy zakamarek i czerpiąc z tego niekrytą satysfakcję. Byłam trochę jak w hipnozie, nieprawdopodobne, jak tego typu programy, za pomocą najprostszych środków wpływają na podświadomość człowieka. Inna rzecz, że trochę inaczej wyglądała moja organizacja dnia i mogłam sobie pozwolić na podporządkowanie większości czasu sprzątaniu. W sytuacji obecnej  muszę akceptować nieład, który nieraz dominuje perspektywę w domu, jednak jestem pełna zrozumienia dla swojej takiej a nie innej postawy.  



Jakby się przyjrzeć bliżej Pani Perfekcyjnej, to myślę, że do wielu rzeczy można by się przyczepić…w moim ujęciu bowiem np. tort przyozdobiony lukrem plastycznym i kolorowymi cukierniczymi ozdóbkami jest na wskroś nieperfekcyjny, bo co z tego, że idealnie różowiutki skoro zrobiony na bazie pełnych chemii gotowców i z pewnością niesmaczny?  U Pani Perfekcyjnej rolę kluczową gra pierwsze wrażenie, przypuszczalnie podstawowym zadaniem tortu jest jego wygląd, inne sprawy spadają na dalszy plan.  Mam wrażenie, że przekłada się to na całą sferę życia, nie wydaje mi się by było możliwe połączenie nienagannego wyglądu własnego, samodzielne zadbanie o nieskazitelne wnętrze mieszkania a przy tym zachowanie niegasnącej pogody ducha i ogólnego życiowego zadowolenia. To musi się przekładać na wewnętrzną frustrację własną lub członków rodziny. Z drugiej strony jednak znam wiele osób, które znacznie lepiej radzą sobie z ogółem zadań okołodomowych, niż ja zachowując pozytywne nastawienie do świata i ludzi, także chyba wszystko zależy od jednostkowych predyspozycji danego przypadku.
Zrobiłam fajną kolację ale zmywanie sobie odpuszczę.  Dziś wsadzam miedzy bajki złote zasady w typie 'co masz zrobić jutro zrób dziś'. Pomogę dzieciakom ogarnąć się z lekcjami, zapalę świeczkę zapachową a potem usiądę na ulubionej kanapie z kieliszkiem dobrego czerwonego wina i poczytam książkę.
Czasem lubię tę moją nieperfekcyjność. Dziś ją lubię bardzo. 



Serek, który proponuję Wam dzisiaj przygotowała kiedyś moja dobra znajoma - jego smak wbił się w moją pamięć i często każe o sobie przypominać.  
Pierwszy kęs wywołuje zdziwienie, drugi powoduje lekkie zakłopotanie, gdyż zupełnie nie przychodzi nam na myśl czym to smakuje, trzeci kęs uzależnia - ostrzegam. 
Można go potraktować jako smarowidło do białego chleba ale chyba najlepiej sprawdzi się jako dip do grissini lub krakersów podczas imprezy. Jakkolwiek kontrowersyjne wyda się Wam połączenie składników nakłaniam zdecydowanie do podjęcia ryzyka. Jest słodko, jest ostro, jest słono i kwaśno, jest przedziwnie, niestandardowo ale wybornie.

Dodatkową zaletą jest fakt, że przygotowanie ogranicza się do wymieszania wszystkich ingrediencji w jednej miseczce..: ) Danie w sam raz dla Nieperfekcyjnej Pani lub Pana Domu - szybko, bezboleśnie przy użyciu noża, widelca i deski do krojenia.  Czasami takie rozwiązania bardzo sobie cenię, dziś jest taki dzień właśnie!!!



składniki: 

250 g sera białego półtłustego,
100 ml śmietany 18%,
2 łyżki cukru,
 pieprz cayenne - około pół łyżeczki,
łyżeczka cynamonu, 
szczypta soli, 
filiżanka kaparów, 
kilka drobno pokrojonych, suszonych pomidorów




Niech i Wam zasmakuje!!



środa, 19 września 2012

pasta sojowa - na zdrowie


Załamanie pogody zwykle idzie w parze z delikatnym spadkiem naszej formy psychofizycznej. W moim przypadku, tym razem spadek sił witalnych okazał się być dość dotkliwy, niemniej nie spowodował on całkowitego zawieszenia działań kuchennych, wręcz przeciwnie.
Osłabiony organizm trzeba wspierać i dogrzewać dlatego od wczoraj w domu pachnie bigosem, ponadto powstała cudownie uzdrawiająca i witalizująca pasta do chleba, którą ochoczo wcinają zainfekowani jak i potencjalnie narażeni.



Pasta sojowa, zwana zwyczajowo przez członków rodziny pasztetem sojowym, była obecna w moim domu może nie od kiedy pamiętam, ale prawie. Pierwszy z nią kontakt zapisał się w mej pamięci w sposób niezwykle barwny. W początkach lat 90-tych, na szare ulice polskich miast zaczęły wypełzać pokaźne grupy dziwnie wesołych ludzi. Chodzili w kolorowych, przepięknych kieckach i z nieudawanym uśmiechem wyśpiewywali jakieś orientalne pieśni, przygrywając do tego na małych bębenkach. Było ich mnóstwo, od wybrzeża po Tatry, w Warszawie wpisali się dla mnie na stałe w krajobraz pewnych miejsc. Szli, zarażając optymizmem i oddziaływając na tłum w sposób bezinwazyjny, subtelny i bardzo przyjemny. Nieraz łapałam się na tym, że wracając do domu pomrukiwałam pod nosem, niewiele dla mnie znaczące 'Hare Rama'.
Nie wiem jak dokładnie do tego doszło, ale widać moja mama również uległa tym pozytywnym wibracjom i któregoś razu wybrałyśmy się na wieczorek organizowany przez 'Krysznowców' w jednej z osiedlowych podstawówek. Zupełnie nie pamiętam na ile i czy wogóle  byłyśmy nawracane, pamiętam jednak, że podjęto nas wegetariańską ucztą. Wówczas okazało się jak ogromne pole do popisu daje kuchnia bezmięsna, jak fantastycznie bogata być może. Wówczas także zjadłam stanowczo nieprzyzwoitą liczbę kanapek z pastą o nieznanym mi do tej pory smaku. Cóż, w początkach lat 90-tych oferta sklepowa pozostawiała wciąż wiele do życzenia.
Odziana w pomarańczowe sari pani wręczyła nam przepis na pastę, czyniąc mnie w owym momencie, najszczęśliwszą istotą na ziemi. Ja dziś podaję ten przepis dalej. Jest to być może śniadaniowy banał ale ma zbawienne właściwości, dzieci chętnie go jedzą a co najważniejsze ma uzdrawiającą siłę.
Polecam, gdy dopadnie Was niemoc jesienna!!




składniki:

200 g soi (ja kupuję ekologiczną)
1 duża cebula,
3 łyżki czarnego sosu sojowego,
oliwa z oliwek,
sól,
1 ząbek czosnku


Soję gotujemy w osolonej wodzie do miękkości, tj około 40 minut. Cebulę kroimy w piórka i delikatnie szklimy na oliwie. Po przestudzeniu soi miksujemy ją wraz z cebulą w malakserze, dodając niedużą ilość płynu pozostałą z gotowania ziaren oraz dosmaczając całość sosem sojowym. W ten sposób uzyskujemy bazę. Możemy dodać do niej czosnek, co ja czynię tym razem z uwagi na stan zdrowia, dobrym rozwiązaniem jest także dodatek duszonych pieczarek, pieczonej papryki, koperku lub koncentratu pomidorowego. Pasta sojowa wybornie smakuje ze świeżą papryką, natką pietruszki i kiszonym ogórkiem.
Ilekroć przyrządzam tę pastę pobrzmiewa mi gdzieś z tyłu głowy radosna Maha Mantra, choć Krysznowców od dawna nie widziałam ani nad Bałtykiem ani w swoim mieście, to kolorowe wspomnienie pozostało...bardzo przyjemne i smaczne wspomnienie!




środa, 15 sierpnia 2012

ajwar czyli adaptacja znanego bałkańskiego specyfiku na rzecz naszego stołu powszedniego


Weekendowe lub świąteczne śniadanie.  Chwila celebracji przy dzbanku pełnym dobrej herbaty. Można  sobie wówczas pozwolić na taką  fanaberię jak chociażby jajko na miękko - u mnie w domu ten śniadaniowy evergreen nigdy nie jest serwowany w pozaweekendziu. Pieczony w piątek kawał kanapkowego mięsiwa, jakaś sałateczka lub twarożek, świeże, chrupiące pieczywo a po wszystkim jeszcze kawka i dżemik ze spiżarki.  Obowiązkowo także na naszym weekendowym stole pojawić się musi ajwar - pasta rodem z Bałkanów, którą szczególnie ukochała sobie nasza córka. Co roku, gdy tylko nastanie sezon paprykowy przygotowuję zastępy słoików napełnionych ajwarową masą by mogły nas cieszyć przez kolejne miesiące. W ubiegłą sobotę zajrzawszy do spiżarki, zauważyłam, że został w niej tylko jeden słoiczek, był to znak, że pora zakasać rękawy i uzupełnić niedobory.  
Ajwar jest ponoć traktowany jako dodatek, my go lubimy jako formę samostanowiącą, nie potrzebuje towarzystwa sera ani mięsa, fantastycznie się komponuje z kromką chleba - ciemnego, czy białego nieważne. Nasze dziecko potrafi rozprawić się z całym słoiczkiem podczas jednej konfrontacji. 
Ajwar nie traci absolutnie żadnych swych walorów po zapasteryzowaniu, znakomicie konserwuje go oliwa, która jest tu jednym z kluczowych składników. W związku z tym, że nastał urodzaj paprykowo-bakłażanowy zachęcam tych, którzy póki co nie mieli takiej jak ja tradycji, by w tym roku po raz pierwszy ajwar wykonali i nakarmili nim swoich bliskich.



składniki:

papryka czerwona 1 kg,
bakłażany 1 kg,
czosnek 3-4 ząbki,
papryczka chili - opcjonalnie i jej ilość zależna od indywidualnych upodobań,
szklanka dobrej jakości oliwy z oliwek,
sól

Podaję składniki na mniejszą ilość niż sama wykonuję, dla mnie satysfakcjonująca jest porcja z trzech kilogramów bakłażanów i papryki, wówczas mam zaopatrzenie na 12 miesięcy





Bakłażany obieramy ze skórki, kroimy w kostkę, paprykę czerwoną kroimy odjąwszy gniazda nasienne. Posiekane warzywa wrzucamy na gotującą się wodę na około 10 minut, po tym czasie odcedzamy i odciskamy paprykowo-bakłażanową krajankę na durszlaku. Przekładamy wszystko do malaksera i miksujemy, moim zdaniem ajwar nie powinien mieć konsystencji całkiem gładkiej, pozwólmy by kawałki papryki i bakłażana były wyczuwalne. Kolejny krok decyduje o efekcie końcowym naszej pasty. Na głęboką patelnię wlewamy oliwę, następnie wykładamy na nią zmiksowaną masę. Dopiero wówczas włączamy ogień i powoli mieszamy by oliwa związała nam całość. Gdy wyłaniać nam się zaczyna spójny zapach podgrzanej substancji jest to znak by ją doprawić - dodać zatem musimy czosnek, sól i ewentualnie chili. Ja robię zawsze dwie wersje ajwaru - ostrą i łagodną. Mojemu dziecku smakują obie.
Gorąca masę wkładamy do wyparzonych, niewielkich słoików, zakręcamy i odstawiamy do wystygnięcia do góry dnem.




Nawiązując do powyższych obrazków - gdy pieczywo pod ajwar jest własnego wypieku osiągamy pełnię śniadaniowej satysfakcji!


piątek, 15 czerwca 2012

Dip z awokado w Dzikim Zakątku

Jest w Warszawie pewne sympatyczne miejsce - restauracja Dziki Zakątek w lesie na Choszczówce. W ubiegłą niedzielę byliśmy na wycieczce rowerowej i tam postanowiliśmy zjeść obiad. Miejsce jest fajne z kilku powodów; stoliki ustawione są na zewnątrz w bezpośrednim sąsiedztwie placyku zabaw, jest to niewątpliwy atut dla rodziców, mogą odetchnąć nie tracąc z oczu swoich pociech, po drugie zwykle w weekendy można w sąsiedztwie baru pojeździć na konikach, po trzecie jest tam zupełnie niezła kuchnia i ceny bardzo znośne. Zdecydowanym mankamentem jest tu obsługa. Nie chcę uogólniać, bo być może mamy po prostu pecha i zawsze trafiać tu musimy na najmniej sympatyczną i najmniej zaangażowaną kelnerkę świata ale tak już jest, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Uważam, że miejsce to warte jest lepszej oprawy kelnerskiej, podbiłaby ona zdecydowanie całościowy odbiór spędzonych tam chwil.

Można w Dzikim Zakątku zjeść dania polskie tradycyjne lecz mamy także duży wybór dań międzynarodowych, jest również specjalne menu dla dzieciaków.
Zjadłam szpinakowe pierogi w bardzo smacznym serowym sosie ale to składowa posiłku mojego męża nie daje mi spać od tygodnia. 
Dostał jakieś meksykańskie zawijańce a do nich dwa zawiesiste sosy, jeden wedle zapewnień kelnerki był z awokado. Konsystencja dipu była emulsyjna, smak zadziwiająco inny od guacamole, gdy dłużej postał nieruszany oliwa oddzielała się od reszty składowych sosu. Zaintrygowana tajnikami powstania dipu, postanowiłam sprawdzić w domu, czy wyjdzie identyczny.



Eksplorując niezwykle wnikliwie każdą kroplę dipu doszłam do wniosku, że z całą pewnością mamy tu do czynienia poza awokado z czosnkiem pieczonym, z dużą ilością soku z cytryny, z chili - to było łatwe, i Bóg raczy wiedzieć z czym jeszcze, bowiem nie udało mi się zdiagnozować tego co ostatecznie zdeterminowało smak. W pierwszym odruchu pomyślałam, że to bakłażan, ale przecież logika wskazuje, że awokado i bakłażan to absurdalne połączenie więc nie podjęłam ryzyka.

Dip wyszedł pyszny, całkowicie inny od tego, w którym tak pieczołowicie się rozsmakowywałam. Znakomicie szedł w parze z razowcem i stanowił wraz z nim fantastyczną zakąskę podczas oglądania zmagań piłkarskich.
Okazało się, że wydobywanie składowych smaku z potraw o konsystencji kremu jest nie lada wyzwaniem.
Następnym razem nie zawaham się użyć bakłażana.

Zachęcam do spróbowania mojej wersji,  celem zgłębienia tajników pierwowzoru, musicie się udać do źródła. Zachęcam, mimo uchybień serwisowych.


składniki:
1 duże, miękkie awokado, 
pół główki czosnku,
1/3 papryczki chili, 
sok z 1 cytryny,
oliwa z oliwek z pierwszego tłoczenia,
sól

Czosnek w łupinkach, osolony i zalany niewielką ilością oliwy pieczemy ok 20 minut w temperaturze 
200 stopni, po upieczeniu oddzielamy od łupin i wrzucamy z resztą składników do blendera. Miksujemy aż do uzyskania jedwabistej konsystencji.
Podajemy z grzankami lub z razowcem.