Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dania mięsne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dania mięsne. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 lutego 2015

wołowina po burgundzku





Siwiuteńka, z włosami upiętymi w kształtny koczek, lekko zgarbiona, ubrana w milutki sweter, spódnicę za kolano i przyciasne, karmelowe podkolanówki, w oprawkach pamiętających początki minionego wieku, z laską lub bez, zawsze za to w moherowym berecie. Podobna do tej z ilustracji w Czerwonym Kapturku. Pod puchową pierzyną otoczona nieskończoną ilością krzyżówek i gazet z programem, albo w kuchni, nad parującym garem gołąbków tuląca do swej obfitej piersi ukochane wnuki. Karmiąca gołębie w parku, z upodobaniem upychająca naftalinowe kulki między kolejnymi warstwami wykrochmalonych obrusów… archetypowa babunia - taką nigdy nie będę, niestety. Żadne z moich wnucząt nie będzie zasypiać w sztywnej od krochmalu pościeli, ani nie pozna zapachu naftalinowych pastylek, nie wtuli się ani razu w moherowy sweter, nie poczuje jak smakuje jajecznica jedzona srebrną, wiekową łyżeczką, nie wypije herbaty ze szklanki z koszyczkiem. Nie będzie koszyczka, nie będzie koczka, nie będzie pewnie też siwizny, babcia pójdzie z duchem czasu, będzie przedsiębiorcza i bardziej skupiona na sobie, zamieni moher na modne ciuchy dla pań dojrzałych, wsmaruje w twarz serum przeciwzmarszczkowe, wieczorem wyjdzie na spacer z kijkami, być może nawet osiedlowe gołębie będą musiały się usamodzielnić. Babcia nie będzie wyglądać jak babcia mojego dzieciństwa. Wielu rzeczy nie będzie, będzie za to obiad z deserem - spuścizna po archetypowych babuniach, ten wspaniały punkt zaczepienia, który mimo upływu czasu, mimo zmian smakował będzie wybornie - tak jak tylko u babci smakować może.

Dziś na obiad wołowina po burgundzku, kiedyś nakarmię nią wnuki, to pewne!


składniki:

1 kg udźca albo ligawy wołowej,
6 wąskich marchewek,
3 ząbki czosnku,
8 szalotek,
8 pieczarek pokrojonych na ćwiartki, lub więcej drobnych łebków, których kroić nie trzeba
flasza czerwonego wytrawnego wina ( nadmieniam, że do brytfanny wlewamy pół litra, resztę zaś w siebie, gotując…  )
puszka pomidorów bez skórki,
bulion wołowy,
pieprz świeżo mielony,
tymianek świeży i suszony - nie żałować!
2 łyżki masła,
2 łyżki mąki,




Całą procedurę rozpoczynamy od pokrojenia mięsa w centymetrową kostkę, gdy już to uczynimy, należy niezwłocznie przerzucić je na patelnię z rozgrzanym olejem. Zrumienione mięso przerzucamy do brytfanki - przy czym żeliwna będzie tu najlepszym rozwiązaniem. Marcheweczki obieramy i kroimy w kształtne talarki, dorzucamy do mięsa, zalewamy winem i bulionem - tak by przykrył wszystkie składniki. Doprawiamy pieprzem, solą i dwoma rodzajami tymianku, wrzucamy ząbki czosnku. Brytfankę przykryć trzeba pokrywką i wstawić do piekarnika nagrzanego do 160 stopni. Po 2,5 - 3 godzinach oddzielamy płyn od reszty i zagęszczamy zasmażką, w tym momencie dodajemy także pomidory (o tej porze roku zdecydowanie winny być to pomidory z puszki). Zagęszczony sos o pięknej, ceglastej barwie wlewamy z powrotem do brytfanki, dodajemy podduszone szalotki i pieczarki, a potem pieczemy całość jeszcze jakąś godzinę.

Jeść tę potrawę można i z chlebem i z kartoflami i, jak my dzisiaj, z kopytkami. Wołowina tak przygotowana malowniczo rozlewa się na powierzchni talerza, sos należy bezwzględnie zjeść do ostatniej kropelki i choć podczas tych czynności nie będziemy zachowywać się jak państwo z wyższych sfer (zlizując resztki, przechylając talerz by strużka sosu spłynęła wprost do naszej paszczy, wycierając za pomocą palca wskazującego ostatnie kropelki sosu z talerza współtowarzysza, odrywając kolejną porcję bagietki, by talerz wytrzeć do czysta itp). Nie mogę opędzić się od wspomnień z urokliwej Prowansji, gdzie w oberży Lilas, boeuf bourguignon to jedna ze specjalności, talerz wycierało się, a jakże, pajdą chleba i było to jak najbardziej w dobrym tonie.



wtorek, 23 września 2014

lekcja polskiego - gumiklyjzy



Dziś po raz kolejny udowodniłam, że czynność tłuczenia bitek wołowych ma zbawienny wpływ na ludzką psychikę. 

Zanim przystąpiłam do wyżej zaanonsowanej czynności, nerwy miałam zszargane, a zęby zaciśnięte, wcale, a wcale nie pomogła mi poranna sesja jogi relaksacyjnej, wciąż wszystko we mnie wrzało, ba! kipiało nawet i wylewało się na świat niepohamowaną kaskadą złości, wyrzutów i niezadowolenia. Często jestem boginią mojego domowego ogniska i z uśmiechem, a'la Martha Stewart wykonuję wszelkie czynności codzienne. Dziś czułam się nie boginią lecz kurą jakąś, wściekłą kurą dziobiącą, której uśmiech jest obcy i zadowolenie z okalającego przybytku przez myśl jej nie przechodzi. Potrzebowałam mięsa, rzucanie mięsem niewiele daje - to wiem, za to jego ubijanie jak najbardziej kojący ma wpływ na samopoczucie. Nie bacząc więc na pierwsze wichry jesieni pognałam co tchu po udziec wołowy, reszta, wiedziałam, że przyjdzie sama, gdy utłukę mięso na bitki cieńsze niż pergamin. Skoro rozprawiłam się z ostatnim kawałkiem wszystko złe ze mnie zeszło i tak jak sądziłam zrodził się pomysł na to co dalej… - pomysł na gumiklyjzy!!! W moim domu ich nigdy nie było, nawet moja Babcia, która z lubością adaptowała na potrzeby rodzinnego stołu smakołyki podpatrywane u innych nigdy nie zaserwowała mi klusek śląskich. Ja robiłam je zaledwie kilka razy w życiu, ale jako, że moje dzieci miłością zapałały do nich ogromną podczas naszej czerwcowej wizyty w Katowicach postanowiłam gumiklyjzy przysposobić na stałe.
Dziś mi wyszły perfekcyjne! Zrazów zawijać mi się nie chciało, choć one byłyby tu najbardziej na miejscu, zrobiłam bitki a'la zrazy, bez owijania - boczek, ogórka i cebulę wrzuciłam luzem do sosu.   Modrej kapusty nie robiłam, bo tę celebrować będę zimą, dziś mięsu i gumoklejzom asystowała fasolka szparagowa od Państwa Majlertów.


składniki na kluski:

1 kg polskich ziemniaków - u mnie odmiana Lord, nie powinny być to odmiany nazbyt kleiste, 
mąka ziemniaczana, 
1 jajko od zadowolonej z życia kurki,
sól 


składniki na bitki:

0,8 kg udźca wołowego,
3 łyżki mąki,
ziele angielskie - kilka ziaren, 
50 g boczku wędzonego,
3 suszone grzybki,
1 duża cebula,
dwa listki laurowe,
4 małe korniszonki, 
sól, 
pieprz, 
świeży majeranek opcjonalnie

Ziemniaki po ugotowaniu należy ostudzić i ugnieść dokładnie, albo przecisnąć przez maszynkę. Przygotowane puree rozpłaszczyć w naczyniu, i wyjąć jedną z czterech jego części. Pozostałą pustą ćwiartkę uzupełnić należy mąką ziemniaczaną.  Do całości wbić jajo i wyrabiać, aż masa będzie jednolita i ładnie odchodząca od rąk. Potem wystarczy już jedynie uformować kuleczki wielkości orzecha włoskiego i w każdej zrobić wgłębienie a kluski ugotować w osolonej wodzie przez 2 minuty od wypłynięcia.

Udziec wołowy kroimy na plastry o szerokości mniej więcej 1 cm, po skumulowaniu całej mocy w przedramionach należy uderzać w nie za pomocą tłuczka tak długo, aż ujdzie z nas cała zła energia. Gdy doświadczymy już katharsis, trzeba osolić mięso, obtoczyć w mące i przełożyć na rozgrzany na patelni olej. Smażyć trzeba będzie partiami, bo mięsa jest sporo. Na sam koniec, gdy już wszystkie mięsne kąski będą zrumienione na tę samą patelnię wrzucamy drobno posiekaną cebulę, pokrojony boczek, listki laurowe oraz grzyby. Po podsmażeniu wkładamy tu wszystkie bitki, zalewamy wodą, doprawiamy solą i pieprzem i czekamy blisko godzinę, aż na wolnym ogniu mięso zmięknie. Na sam koniec dosypujemy pokrojone drobno korniszony i nieco świeżego majeranku.


Aż dziw bierze, że nie mam nic ze Ślązaczki bo danie mi wyszło pierwszorzędne.





czwartek, 10 kwietnia 2014

pieczony udziec jagnięcy - voulez vous manger avec moi?



Pogoda za oknem zmienna, ale wszystko w  normie, taką przecież naturę ma kwiecień. Jego szaleństw nie poskromimy, jedyne co poskromić by należało o tej porze roku to naszą absolutnie niewybaczalną chęć sięgania po podrabianą świeżyznę w sklepach. Nie dajmy się zwodzić kształtnym pełnym azotanów rzodkieweczkom, albo ogórkom prawie jak gruntowym, nie łudźmy się, ze młoda kapusta sprowadzana z Włoch da nam tyle samo radości co nasza wyczekana - ta o luźno rozmieszczonych liściach, nie oczekujmy, że cypryjski ziemniak złagodzi tęsknotę za polskim młodym... daremne to wszystko nadzieje. To jeszcze nie czas, ćwiczmy więc cierpliwość i korzystajmy z dóbr mijającego sezonu - korzenie wciąż wiele z siebie dają, stara kapusta też niczego sobie - ziemniaki, o ile trafimy na dobre źródło także będą nam smakować, mimo, że stare. A jeśli nie możemy się powstrzymać przed akcentem wiosennym mrożonka nie będzie złym rozwiązaniem, ja by dozielenić porcję obiadu zastosowałam mrożony bób. 




Siedmiogodzinną jagnięcinę robiłam już kilkakrotnie, za każdym razem, zmieniając coś na swoją modłę, niniejszym ogłaszam, ze tym razem osiągnęłam totalny ideał.  Zaserwowałam sobie i innym przysłowiowe niebo w gębie. Polecam i Wam tę przyjemność w trakcie oczekiwania na nowe!!!! Do takiej porcji mięsiwa należy dzień wcześniej przygotować pokaźną porcję gratin. Jedyna niedogodność jaka wynika z przygotowania tej potrawy to jej długie pieczenie - nie owijając w bawełnę - aby obiad był gotowy na 14:30, o 7:00 musisz wstawić mięso do piekarnika, zatem procedury przygotowawcze powinno się rozpocząć niedługo po 6 - dla mnie w weekend takie zachowanie to wyczyn, z całą pewnością jednak opłacalny.



składniki: 
u nas najadło się osiem osób

1 możliwie duży udziec jagnięcy (znakomicie poddaje się temu przepisowi także łopatka),
pół cytryny,
5 sporych marchewek, 
2 łodygi selera naciowego,
8 szalotek,
2 główki czosnku,
tymianek świeży - kilka gałązek,
tymianek mielony, 
pieprz, 
sól,
2 szklanki wody, 
50 g rozpuszczonego masła,
pół paczki mrożonego bobu

Zabawę zaczynamy o rzeczonej 6 rano, od osolenia mięsa - chyba, że zrobiliśmy to dzień wcześniej, co byłoby najlepszym rozwiązaniem :) Następnie na rozgrzaną patelnię z łyżką oleju wykładamy udziec i rumienimy go z każdej strony. Uprzedzam, że mięso pryska niemiłosiernie i już po chwili można się nieźle przejechać na tłustej podłodze wzdłuż kuchennego blatu - mówię o tym, bo o godzinie 6 rano nie każdy zwraca uwagę na takie szczegóły, a utrata zębów tudzież obicie miednicy nie umili nam z pewnością niedzielnego obiadu.
Gdy udo jest brązowe z każdej strony wkładamy je do dużej brytfanki, skrapiamy cytryną, a wokół układamy posiekaną w talarki marchewkę, selera, obrane szalotki w całości i nieobrane główki czosnku. Następnie zalewamy całość wodą ( może być białe wino, ale ono niekorzystnie według mnie wpływa na smak warzyw - dzieci nie chcą ich potem jeść), mięso prószymy solą, tłuczonym pieprzem i tymiankiem. Na koniec dolewamy topione masło i voila! Teraz wystarczy wstawić przykrytą brytfankę do piecyka rozgrzanego do 150 stopni i ze spokojnym sumieniem wrócić do łóżka.

Po dwóch godzinach należy bezwzględnie opuścić sypialnię by zmniejszyć grzanie do 135 stopni i zdjąć przykrywkę z naczynia, potem wypada zająć się śniadaniem i innymi weekendowymi przyjemnościami..., dobrze jest w międzyczasie ugotować na parze bób (bez soli).
Jagnięcina musi sobie dochodzić przez kolejnych 5 godzin - ja raz na jakiś czas przewracam mięso, by równomiernie dochodziło. Na pół godziny przed finałem do sosu dodajemy wyłuskane ziarna bobu, z kolei na 15 minut przed planowanym obiadem mięso powinno wyjść z pieca by odpocząć.
Ta jagnięcina - wzorowana na zjedzonej przeze mnie w mikroporcji z mężowego talerza w Paryżu, jest najlepszą jaka powstała w moim domu, ale także jedną z pyszniejszych jakie jadłam w życiu. Długie pieczenie w stosunkowo niskiej temperaturze ma cudowny wpływ na strukturę mięsa, warzywa są słodkie, czosnek wyraźnie acz nienachalnie aromatyzuje całość... mogłabym tak długo wychwalać!




Uwielbiam dania doprawione czasem, według mnie czas to najlepsza przyprawa :)



piątek, 21 marca 2014

gołąbki - wiosenny zbieg okoliczności!!



Wszyscy mówili wyrzuć jajka, wyrzuć koniecznie, bo będziesz miała jazdę bez trzymanki i w ogóle będzie śmierdziało - wyrzuć je kategorycznie - bez dwóch zdań!! A ja się uparłam, że nie wyrzucę, gwoli wyjaśnienia - nie chodziło bynajmniej o nieświeże jaja zalegające w mojej lodówce. Takie przestrogi słyszałam na każdym kroku dwa lata temu, dzieląc się swoją radością na temat nowo powstałego przy szczycie dachowym gniazda. Gniazdo uwiły dwa przepiękne, dzikie gołębie o długich jaskrawych dziobach i siwo-błękitnym upierzeniu. Każdego dnia witały nas przyjemnym gruchaniem, na zmianę wysiadywały jajka, a potem przyszły na świat dwa potwornie brzydkie pisklęta, zupełnie do rodziców niepodobne, ale kochane przez nich niewątpliwie. Rosły na naszych oczach, a my się przyglądaliśmy jak główki coraz wyżej wystają ponad gniazdo, któregoś dnia byliśmy nawet świadkami lekcji latania, wówczas odkryłam, że ptasie oblicze może mieć całkiem rozbudowaną mimikę. Juniorzy stanęli na swych chybotliwych nogach i patrząc w dół z balkonowej barierki mieli śmierć w oczach. Obok strofował je któryś z rodziców (nie mam pojęcia jak rozpoznać gołębią płeć) kiwał głową i wściekał się niemiłosiernie. Bidacy stali i byłam pewna, że lada chwila zaczną płakać, kilka razy wychylali się śmielej do przodu, ale po chwili odwracali się zwątpieni, czując że to jest absolutnie poza ich zasięgiem. Gdy w końcu odbył się pierwszy lot, spektakl przybrał rys komediowy - przynajmniej z pozycji obserwatora, bo jako punkt lądowania obrali sobie młodzi najwątlejszą z brzozowych gałązek, która pod ich ciężarem mocno się ugięła - wyraz gołębich twarzy był w tym momencie nie do przecenienia! Potem było już tylko skakanie z jednej gałęzi na drugą i coraz dłuższe dystanse.
Dziś na naszym balkonie pierwszy raz w tym roku rozległo się znajome gruchanie, dziwnym okoliczności zbiegiem grzywacze pojawiły się w tym samym dniu, w którym na obiad zaplanowane zostały gołąbki.





Gołąbki zrealizowane zostały w ramach wiosennych porządków, zużyłam między innymi resztki z trzech opakowań przypraw i pół kartonu ryżu arborio - jak się okazuje ten ostatni jest wprost idealny do gołąbków, bo cudnie absorbuje wszystkie smaki. Kapustę i mięso kupiłam specjalnie z okazji gołąbków. Znakomite danie na wczesnowiosenny czas, stara kapusta wciąż daje z siebie wszystko.



składniki na 12 sztuk:

200 g ryżu Arborio 
500 g mięsa wieprzowo-wołowego mielonego
potężna łycha czosnku niedźwiedziego suszonego,
potężna łycha papryki czerwonej słodkiej, 
łyżeczka majeranku,
sól,
1 duża cebula, 
2 ząbki czosnku, 
15 liści kapuścianych ze sporej główki,
2 grzybki suszone
woda, 
1 butelka passaty pomidorowej 680 ml,
5 ziaren ziela angielskiego, 

natka pietruszki, pieprz mielony


Zaczęłam standardowo od zeszklenia cebuli, następnie zmieszałam ją w dużej misce z ugotowanym uprzednio ryżem i surowym mięsem, dosypałam przyprawy. Kapuścianą głowę, po wykrojeniu łba, wrzuciłam do dużego gara z wrzątkiem. Po 15 minutach liście ładnie odchodziły od siebie i można je było swobodnie odrywać.  Liść za liściem ubiłam delikatnie tłuczkiem by uelastycznić twarde miejsca, potem ładowałam do każdego spory wałeczek z farszu. 
Na dnie brytfanny ułożyłam 3 liście bez nadzienia i dopiero na nich szeregowo kładłam zawinięte gołąbki. Gdy dno było zapełnione zalałam mój kapuściano-mięsny układ szeregowy gorącą wodą, dodałam grzybki, ziele, pokrojony czosnek i nieco soli. W tym stanie danie się piekło pod przykryciem przez 1 godzinę, w temperaturze 180 stopni, następnie gdy woda zamieniła się w smakowity, czerwony od papryki sosik, dodałam passatę pomidorową, dosoliłam i piekłam jeszcze 40 minut, tym razem bez przykrycia.


Chciało mi się takiego swojskiego obiadu!!!



środa, 29 stycznia 2014

lorneta z meduzą - ku pokrzepieniu strapionych umysłów (lorneta) i naderwanych więzadeł (meduza)



Mimo, że sezon narciarski wciąż przed nami, mój dom już zaczął przypominać szpitalny oddział pourazowy. Mamy na stanie dwie kończyny o naderwanych więzadłach, jest zabawnie, nie powiem! W obliczu klęski ortopedycznej sięgnęłam dwa dni temu po przepis, po który sądziłam, że nigdy nie odważę się sięgnąć - nóżki w galarecie - mają one ponoć własciwości sklejające i są pomocne przy tego typu kontuzjach. Wiem, że dla wielu to nic takiego, norma znana od dzieciństwa - mi nóżki majaczą we wspomnieniach, ale zupełnie nie pamietam procesu ich powstawania - chwała Bogu, widać dziecięca psychika wyparła ten niezbyt przyjemny szczegół. Dwa dni temu doświadczyłam tego, co ominęło mnie we wczesnej młodości - widok bulgoczących na wolnym ogniu świńskich kopytek nie jest fajny i przypuszczalnie prześladować mnie będzie już po kres. Zagryzłam mimo wszystko zęby, wzięłam się w garść i przygotowałam kosmiczną ilość mięsnej galarety. Po sporządzeniu wywaru, w naiwny sposób próbowałam doszukać się mięsa w przestrzeniach międzychrząstkowych.  Dobrze, że równolegle w małym garnku gotowały się udka z kurczaka, które ostatecznie robiły za mięso w moich nóżkach, bo w rozgotowanych kopytkach składników jadalnych nie było niemal wcale...

Jak to dobrze, że ktoś kiedyś wymyślił lornetę z meduzą, bo skoro już popełniłam nóżki w galarecie i skoro zaakceptować muszę chwilową niesprawność członków rodziny, to myślę, że lorneta dobrze mi zrobi. Galaretę jedzą kontuzjowani. 
Na zdrowie!




Składniki na 8 porcji:

8 nóżek (i kopytek świńskich),
5 smukłych marchewek,
3 pietruszki, 
1 duża cebula,
2 listki laurowe, 
kilka ziarenek pieprzu,
sól,
3, 5 litra wody

2 ćwiartki z kurczaka,

2 łyżki żelatyny,
mała puszka groszku, 
4 jajka,
natka pietruszki,

+ cytryna / ocet / kiełki do podania

Składniki wywaru gotujemy przez 3 godziny, w oddzielnym garnku gotujemy w osolonej wodzie ćwiartki z kurczaka przez ok 1,5 godziny. Gotujemy także jajka na twardo ( z dodatkiem łyżeczki soli, by ładnie się dały obrać).Wywar przecedzamy przez gęste sito, dodajemy nieco mielonego pieprzu.
Żelatynę rozpuszczamy w 200 ml gorącego wywaru, mieszamy by dokładnie się rozeszła, następnie łączymy z resztą wywaru. Marchewkę kroimy w talarki, na dnie miseczki układamy nieco marchewki, kawałków kurczaka, groszku i natki oraz przepołowione jajo, zalewamy wywarem.  Miseczki wstawiamy do lodówki na co najmniej 3 godziny.

Podane składniki starczą na 8 porcji, ale wywaru - galaretki jest więcej, ja przelałam ją do dużej miski, by się nie zmarnowała, bo w niej całe zbawienie dla więzadeł. Tym sposobem kształtna porcyjka nóżek zobrazowanych poniżej doprawiana jest każdokrotnie mniej kształtnym dodatkiem galarety 'czystej'.



Poszkodowani jedzą już kolejny dzień a ich kończyny odnotowują poprawę. Potrawa zbiera pochlebne recenzje. By zadać kres monotonii bywa polewana cytryną lub octem.




środa, 9 października 2013

hiszpańskie klopsiki w sosie migdałowym - idealne na jesienne smutki



Nie umiem się cieszyć jesienią, choćby była nie wiem jak piękna, złota i polska, dlatego jesienny czas umilam sobie na sposoby wszelkie.
Świetnie sprawdza się w tych okolicznościach zakupiona przy okazji wakacyjnych wojaży butelka znakomitego czerwonego wina, białe przecież nie smakuje już tak samo dobrze jak latem, wino zakupione u źródła ma tę cudowną właściwość, że wraz z jego otwarciem otwieramy cały zapas ciepłych wspomnień i z miejsca robi się nam przyjemniej.
Terapeutyczne właściwości wykazuje czas spędzony na ugniataniu pierogowego ciasta, faszerowaniu gołąbków i zapełnianiu kolejnych słoików darami lata i wczesnej jesieni - czynność ostatnia daje ponadto bardzo miłe złudzenie, że zachowamy lato na dłużej.
Dobrą metodą na umilenie jesiennych chwil, jest także według mnie najobfitszy gar esencjonalnego barszczu, który poprawia samopoczucie i dodaje sił witalnych, praktykuję to rozwiązanie choćby teraz popijając gorącą zupę z największego kubka jaki mam w domu.
Znakomitym sposobem na ocieplenie jesiennego klimatu jest także wizyta w knajpce, w której bije południowe, gorące serce.

Jakiś czas temu Pan Maciej Nowak - znawca tematu - zarekomendował jedno z takich miejsc (klik), szczególnie zachwalając tamtejszą cudowną paellę de Marisco, za jego namową Casa Krike przeżyć musiała niemałe oblężenie - w miniony weekend wśród najeźdźców byliśmy także my.




Przyznam, że zupełnie nie skusiła mnie komplementowana paella, gdyż nie lubię tego dania, ale wizja hiszpańskiej uczty przy tapasach, świeżych rybach i owocach morza, jak najbardziej!!!! Oczy mi się zaśmiały, gdy zobaczyłam w karcie mój kochany manchego z galaretką z pigwy, potem zaśmiały mi się po raz kolejny gdy w ruch poszło wino - jakież pyszne było to Sauvignon Blanc!! Na wstępie, z zaskoczenia,  podano nam sporą porcję golonki w zawiesistym sosie, posypaną chrustem ze smażonych ziemniaków. Następnie senior Krike zaproponował nam mix tapasów: były krewetki smażone w czosnku, chorizo w winie, pulpeciki skąpane w migdałowym sosie, plastry kaszanki z wyborną konfiturą z papryczek a na koniec navajas - małże o sztabkowatym, wydłużonym kształcie - takie, których nie spotkałam do tej pory nigdzie. W ramach dania głównego moi współbiesiadnicy zamówili rozsławioną paellę de Marisco - a jakże!! Niektórzy muszą mylić paellę z risotto choć ich konsystencja jest dalece odmienna, jak zauważa pan Nowak, w niezwykle pouczającej recenzji, paella powinna od spodu delikatnie się przypalić. Jestem pełna podziwu dla seniora Krike, który z wielką troską podchodzi do zawartości każdej przygotowywanej porcji.  Gdy ogromna patelnia zagospodarowała znaczną część naszego stolika, gospodarz zaczął niecierpliwie kołować nad naszym stolikiem by wypatrzeć upragnione socarrat. Ta spodnia, przypalona warstewka paelli świadczy o jakości dania. W naszej opinii wyglądała wyśmienicie, senior miał niewielkie zastrzeżenia - perfekcjonista!
Napawałam oczy monumentalnym, pełnym darów morza daniem, ale dla siebie zamówiłam kalmary z alioli - do kalmarów mam bowiem niemałą słabość. Deser przypadł w udziale dzieciom - było to smażone mleko o mocno wyczuwalnym cytrynowym aromacie - jakkolwiek nieprawdopodobnie to brzmi, smażone mleko przypominało kotlecik - było panierowane i nie miało nic wspólnego z toffee, poza wszystkim było niezwykle smakowite. Na koniec Krike przygotował dla nas bardzo oryginalne drinki z wódką i sorbetem cytrynowym.
Tym co było niezaprzeczalnie  cudowne w tym miejscu była atmosfera, jaką kreował gospodarz. Krike to wulkan energii, którą ostrzegam - zaraża. Po chwili w jego towarzystwie ma się ochotę tańczyć, śpiewać i pozostać na całą wieczność w niepozornym lokaliku na Jelonkach - w innych miejscach być może byłaby to zasługa napitków, tutaj niewątpliwie za tym zjawiskiem stało gorące hiszpańskie serce Krike. Wizytę polecam, szczególnie na jesienno-zimowe chłody, bo jest w stanie rozgrzać najbardziej dotknięte przesileniem dusze i uradować podniebienia prawdziwie hiszpańską ucztą :)

W ramach zachęty, o ile niewystarczająco zachęciłam słowem, przedstawiam jedno z dań, które uwiodło moje kubki smakowe minionej niedzieli, nie wiem, czy Krike przygotowuje je w ten sam sposób, w wydaniu domowym smakowały w każdym razie całkiem podobnie.




składniki na klopsiki:

750 g mięsa ( pół na pół cielęce lub wołowe i wieprzowe)
1 bułka nasączona w mleku i odsączona
1 duża cebula
2 ząbki czosnku
natka z pietruszki
jajko
gałka muszkatołowa
pieprz
sól
papryka słodka


Powyższe składniki mieszamy ze sobą i odstawiamy by składniki się 'przegryzły' przez godzinę. Następnie na oliwie smażymy malutkie klopsiki z każdej strony. Gdy wszystkie się równomiernie zrumienią na tej samej patelni przygotowujemy zalewę.


składniki na zalewę:

1 średniej wielkości marchewka
1 cebula
2 ząbki czosnku
łyżeczka mąki
bulion ok 1,5 szklanki
pół szklanki wina białego wytrawnego
sól

Startą na grubych oczkach marchew wrzucamy wraz z posiekaną drobno cebulką i czosnkiem na patelnię. Gdy uwolnią się aromaty zagęszczamy mąką, a następnie zalewamy bulionem i winem. Tak przygotowana zalewa powinna się delikatnie zredukować, po 10 minutach dodajemy utarte w moździerzu na proszek/pastę kolejne składniki:


składniki pasty:

solidna garść migdałowych płatków uprażonych na oliwie
ząbek czosnku
natka pietruszki
słodka papryka
kilka niteczek szafranu

Gdy zalewa jest kompletna wrzucamy do niej przygotowane wcześniej mięsne kuleczki i gotujemy 15 minut razem. Podajemy jako zakąskę w małej patelence.



Danie jest fantastyczne, cudownie pobrzmiewa w nim migdał. Dla tych, którzy nie będą mieli w najbliższym czasie okazji odwiedzić energicznego madrileńo, polecam skorzystać z tej receptury. Sprawdziłam i polecam, ja mam to szczęście, że Krike rezyduje całkiem niedaleko i wiem, że wrócę do niego jeszcze tej jesieni... ;)


poniedziałek, 18 marca 2013

roladki z indyka i suszony domowy pomidor w nich



Kończy się zima. To już fakt nieodwracalny. Bliskiego jej końca upatrywać można w bezchmurnym niebie i gwiazdach nocą widzianych, w ptasich trelach innych niż do tej pory, w topniejącym śniegu i w dłuższych popołudniach, jednak to wszystko są poszlaki. Dowód na koniec zimy jest jeden, to on każe nam być pewnym, że wiosna u bram - w spiżarni kończą się przetwory!!! 

Zima korzysta z dobrodziejstw zamkniętych w słoikach na całego - ogórki kiszone skończyły się u mnie najwcześniej, te zrobione w zalewie musztardowej też wyszły w ekspresowym tempie, po konfiturach truskawkowych ani śladu nie zostało, wiśniowej frużeliny powstałej w ramach akcji ratunkowej (miał być dżem ale owoce zbyt dużo wody puściły...) też zostały dwa słoiki na krzyż, na półce pozostało kilka sztuk ajwaru, który będzie nam służył jeszcze do jesieni, oraz jeden słoik pomidorów suszonych metodą domową. Przecier z antonówki - nie uświetni już zbyt wielu naleśnikowych porcji, nie mam już robionego ubiegłej wiosny sosu pomidorowego wg. Pani Tessy Capponi-Borawskiej. Co prawda w ostatnim czasie moją spiżarkę zasiliły maleńkie słoiczki wypełnione konfiturą z pomarańczy ale ona otwarta być może dopiero wówczas gdy upał nieznośny zapanuje i będzie można na trawniku rozkoszować się smakiem nurzanych w niej serów.





Korzystając z zawartości ostatniego słoika pomidorów suszonych, zrobiłam więc wczoraj obiad na pożegnanie zimy. Pomidory minionej jesieni robiłam po raz pierwszy, było to bodaj we wrześniu. Zakupiłam wówczas 10 kg pomidorów gruntowych za całe 10 zł - uwielbiam bazarowe przeceny - i zabrałam się za eksperyment. Dziś już wiem, że w 100% udany. Gruntowe, podłużne pomidorki mają stosunkowo niewiele pestek, za to dużo miąższu, cudownie się więc nadają do suszenia.  Słoiczków wyszło może z 10 - nie pamiętam dokładnej liczby ale starczyły mi do dzisiaj. Smak był czarujący, aromat zalewy bardzo zbliżony do kupnej. Wiem, że w tym roku kupię 30 kg pomidorów i znów zachowam je na chłodne miesiące - bardzo są tego warte!!





 Obiad  był niezwykle malowniczy - nie wiem czym tłumaczyć moją tendencję do zawijania, to już wszak drugie roladki wciągu tygodnia - skoro jednak chce mi się zawijać to nie stawiam sobie ograniczeń... Tym razem powstały więc roladki z indyka okutane grubą warstwą szynki parmeńskiej a w środku wypchane farszem z domowych pomidorów i szpinaku. Robiłam je już wiele razy wcześniej, jednak tym razem danie ma dla mnie wymowę szczególną, gdyż wraz z nim żegnam się z ostatnią porcją własnoręcznie urzeczywistnionych pomidorów w zalewie  a także z jakże nieustępliwą tego roku zimą.

Chciałam by danie było bardzo aromatyczne dlatego wraz z roladkami zapiekały się całe zęby czosnku,  gałązki rozmarynu i tłuczony pieprz. Aromatów jakie zapanowały w moim domu nie sposób opisać. Roladki wyglądają pięknie w każdej konstelacji, w formie, w pojedynkę, w całości czy też pokrojone na plastry. Zjadają je i duzi i mali, dodatek szpinaku we wnętrzu traktowany jest z pewną dozą nieufności ale w ostateczności - jako, że stanowi barwną plamę w przekroju zawiniątka zjadany jest ze smakiem nawet przez najmłodszych.




składniki na 12 roladek:
 
jeden filet z indyka ok 700 g,
12 plastrów szynki dojrzewającej, 
świeży szpinak 100 g,
12 suszonych pomidorów, 
pół główki czosnku,
świeży rozmaryn,
pieprz czarny ziarnisty,
oliwa, 
sól




Filet z indyka kroimy jak na kotlety, po czym brutalnie traktujemy tłuczkiem. Większe plastry kroimy na pół, mniejsze możemy pozostawić - roladki nie muszą być idealnie równe, jest weselej gdy nieznacznie różnią się kształtem i wielkością : ). Osolone plastry pozostawiamy na 30 minut by sól zdołała wniknąć w strukturę mięsa, możemy już wówczas włączyć piecyk by nagrzał nam się do 180 stopni. W tym czasie blanszujemy szpinak z czosnkiem i solą, kroimy także pomidory z zalewy na drobne paseczki. By farsz był gotowy wystarczy zmieszać jedno z drugim.  Na oczekujące plastry mięsa wykładamy po łyżeczce farszu i zwijamy w kształtne mniej lub bardziej roladki. Każde zawiniątko owijamy następnie w plaster dojrzałej szynki, która niczym skocz przytrzyma nam w ryzach mięso i jego zawartość.
Zapiekamy około 30 minut aż wierzch roladki się zarumieni. Podajemy z lekką sałatą lub szpinakiem po katalońsku oraz z pieczonymi ziemniakami.




Jakże zacnie potraktowane zostały moje ostatnie pomidorki!
Żal trochę, że nie starczy ich do lata jednak doświadczenie wskazuje, że ile bym przetworów nie narobiła to i tak zimą zejdzie ich większość, taką już zima ma naturę i taki apetyt w nas wyzwala.
 
 
Z życzeniami pięknej wiosny!!
                                           - Agata
 
 


                           
 
 

środa, 5 grudnia 2012

wykwintny bażant na Tokaju



Wszystko zaczęło się pewnego ciepłego październikowego popołudnia, kiedy to pojawił się u nas znajomy z darami. Miły gość przybył prosto z polowania,  miał na sobie zielone okrycie i maskującą zieloną czapeczkę - trochę brakowało mi sterczącego u rondka piórka i strzelby - jednak jako, że kolega z baśniowej scenerii leśnej przeniósł się właśnie na warszawskie przedmieścia strzelba u boku nie była już niezbędna. W każdym razie wyglądał - co tu dużo mówić - zjawiskowo.
Otworzył wieko bagażnika samochodu i wydobył z niego dwa świeżo upolowane, całkowicie opierzone bażanty. Pomyślałam, że oto nastała ta chwila w której wskrzeszę w sobie pierwotne, uśpione od dawna instynkty - będę pozbawiać piór, patroszyć i odcinać członki, następnie myśl ta w sposób płynny przeistoczyła się w przekonanie, że zrobi to mój mąż. Sekundę później okazało się jednak, że nie doświadczymy tym razem tego typu atrakcji albowiem z bagażnika wydobyta została świeża, całkiem nieopierzona tuszka bażancia, która trafiła w nasze ręce. Co tu kryć, odetchnęliśmy z ulgą.




Przyjęliśmy podarek z ogromną uciechą, teraz pozostawało tylko znaleźć przepis godny mięsa bażanta. Nasz darczyńca ostrzegł przed śrutem i poradził, że o ile ptaszysko ma posłużyć za pieczeń, to niezbędnym jest zamrożenie mięsa na czas jakiś. Mieliśmy dylemat czy postawić na bezpieczną klasykę czy wybrać rozwiązanie ryzykowne. Tym sposobem rosołu nie popełniłam, choć wiem, że wychodzi wyborny, nie przyrządziłam także mięsa w sposób najszerzej rekomendowany. Znalazłam w Magazynie Kuchnia przepis niebanalny, którego składowe oczarowały mnie bez reszty (oto i on). Autor przepisu zapewniał, że bażant by nie był włóknisty musi być solidnie obłożony tłuszczem na czas pieczenia, bądź powinien przejść wstępną obróbkę w winie. Słowo 'wino'  bardzo mi odpowiada we wszelkich konfiguracjach, tym razem odpowiadało mi tym bardziej, że przepis zakładał zastosowanie wina słodkiego a w moim składziku spoczywało wciąż kilka butelek zacnego Tokaja z winnicy Dereszla (o której pisałam jakiś czas temu tutaj).
Bardzo lubię otwierać wina, które są dla nas zapisem wspomnień, te które przenoszą nas do odwiedzonych miejsc i do ludzi, którzy tym winem nas częstowali jako pierwsi. Gdy otworzyłam Tokaja oczom mym ukazała się wielopoziomowa piwnica na wino i wszechobecne monumentalne pleśniaki... 



W oryginalnym przepisie polecane są rozmaite wina słodkie między innymi Sauternes i Tokaj Aszu, ale nie umiałabym  wlać do garnka pokaźnej ilości takiej klasy trunku, dlatego postawiłam na Tokaj Szamorodni. Przepis nakazuje zalać tuszkę do 1/3 wysokości, cóż w warunkach restauracyjnych, lub na dworze królewskim wydaje się być to całkiem możliwe, natomiast z moich wyliczeń wynika, że aby tę wysokość osiągnąć, musiałabym wlać zawartość dwóch butelek, czego nie zrobiłabym przenigdy (ptaszysko w całości jest dość niegramotne i różne jego części w znacznym stopniu odstają od dna naczynia). Zdecydowanie wolę wlewać to wino w siebie bezpośrednio niż do garnka, mimo wszystko. Poskąpiłam więc wina nieco, za to przez całą godzinę polewałam mięso winnym sosem i przewracałam go z boku na bok, licząc, że i ta metoda przyniesie zamierzony efekt.




składniki:

oprawiony bażant, 
1o0 g boczku wędzonego w plasterkach,
pół butelki Tokaja Szmorodni
5 ząbków lub raczej zębów czosnku
dwie garści orzechów laskowych, 
dwie garści suszonej żurawiny (zupełnie nie umiem ani nie chcę operować gramaturą porcji, niektóre składniki wolę odmierzać garściami, wybaczcie :) )
cząber suszony, 
sól
100 g śmietany 22%


Przepis został przeze mnie nieco tylko zmodyfikowany, poza zmniejszeniem ilości wina i uszczupleniem udziału czosnkowych ząbków wykonany został zgodnie z zaleceniami. 

Dzień wcześniej  mięso zostało natarte solą i cząbrem. Związałam też nóżki i skrzydełka.
W dniu obiadu na dnie patelni ułożyłam boczek a gdy próbowałam przezeń podsmażyć bażanta, za nic się nie dało, dlatego zarzuciłam ten plan i mięso zarumieniłam oddzielnie, boczek zaś przełożyłam na dno docelowego naczynia, w którym bażant miał na gazie przechodzić dalszą obróbkę. Kiedy ptak już tam spoczął zalałam go winem (aromaty nie do opisania), dorzuciłam delikatnie uprażone orzechy i żurawinę a także czosnek. Potem, zgodnie z tym, o czym już wspomniałam, przez godzinę stałam nad garem przerzucając i podlewając mięsiwo. W międzyczasie przykrywałam mój cudnej urody żeliwny garnek pokrywką. Następnie zdjęłam przykrycie i wstawiłam bażanta do piekarnika nagrzanego do 200 stopni na około 20 minut. 
Po tym czasie rozczłonkowałam mięso i wydobyłam z sosu wszystkie elementy stałe. Pozostały na dnie garnka aromatyczny płyn zaciągnęłam śmietaną
Bażanta podałam z pieczonymi ziemniakami, sos o cudownej kremowej barwie ułożyłam wokół dostojnej porcji po czym ozdobiłam mieszaniną boczku, orzechów i żurawiny. Smak był nieprawdopodobny!! Danie  niecodzienne, bardzo wyrafinowane z całą symfonią pięknie skomponowanych aromatów. Tokaj spisał się tu genialnie. Gdybyście mieli kiedyś okazję przyrządzać bażanta polecam Wam zestawić go ze słodkim białym winem.
Na zakończenie powiem tylko, że śrut nie trafił się mnie i, że mimo takiej obawy szczęśliwie nikt zęba nie stracił  : )



piątek, 2 listopada 2012

bigos kontra spaghetti - dziś wybieram bigos



Największym sprzymierzeńcem polskiej kuchni jest czas. 

By zupa smakowała musi się długo gotować, by bigos miał właściwą konsystencję powinien spędzić na gazie wiele godzin a potem winien być kilkakrotnie zamrożony, by dziczyzna była nie tylko zjadliwa ale pyszna wymaga długiego marynowania, gołąbki, pierogi ciasta drożdżowe, to specjały mogące wyjść spod ręki jedynie najcierpliwszych, gęś, pieczeń czy kaczka powinna się najpierw przez długi czas marynować a następnie piec niemal tyle godzin ile sama waży. 
Owe uroki polskiego kucharzenia niektórych bawią, innych sama myśl o nich doprowadza na skraj całkowicie uzasadnionej histerii.
Wszystkie powyższe specjały wymagają poświęcenia pokaźnej części dnia, jednak gdy traktujemy owe poświęcenie w kategoriach inwestycji - niewątpliwie opłaci się ten interes.
W sposób oczywisty - nie każdy jednak może sobie pozwolić by całe swoje jestestwo podporządkować powstającemu obiadowi, dlatego nierzadko na tę okoliczność wybieramy makaron - przyrządzany na sposób włoski, przy użyciu świeżych składników, niewymagających długiej obróbki termicznej. Żyjąc w pędzie odwracamy się od naszej tradycji kulinarnej, gdyż niewątpliwie stawia ona przed nami wyzwania, którym zazwyczaj trudno sprostać. Makaron przygotować możemy za pomocą najrozmaitszych składników ad hoc, by zrobić zrazy zawijane, czy pierogi ruskie, musimy mieć na stanie bardzo konkretne produkty, których na co dzień w lodówce raczej nie mamy.





Polska kuchnia jest ponadto dość trudna w odbiorze wizualnym. Spaghetti, mule czy sałatka grecka bez względu na to spod czyjej ręki wyszły wyglądają bajecznie. Bigos, czy zrazy zawijane z kaszą nie cieszą oczu w podobny sposób - aby podbić ich walory estetyczne trzeba się dodatkowo nastarać. Zajadanie nieskończenie długaśnych makaronowych wstążek czy wyławianie małży z gorącego, pachnącego winem kociołka wydaje się być znacznie bardziej romantyczną formą posiłku niżeli zanurzanie łychy w porcji chłopskiego żuru....może i tak ale co z tego?? 
Całe szczęście ani bigos ani żur nie aspirują do wyjścia na salony - i dobrze bo gdzie indziej ich miejsce, z resztą zupełnie nie wyobrażam sobie ich w wydaniu fusion bądź molekularnym...
Cieszy mnie całkiem ta niewytworność polskich dań tradycyjnych i czasem mam na nie niekłamaną ochotę, tak było i tym razem - powstał więc bigos - z nieprzypadkowych składników, powstawał kilka dni, zniknął zaś znacznie szybciej...powtórzę jednak, że zainwestowanie czasu w bigos zaprocentowało. Pokaźna jego porcja wyruszyła z nami do Belgii. Smakował bardzo, o czym świadczyło skrupulatne dojadanie wprost z garnka jego resztek. 
Teraz, gdy przyglądam się zdjęciom, muszę także przyznać, że całkiem ładnie się zaprezentował mimo braku garnirunku.




składniki:

mała główka białej kapusty (ok 1 kg), 
 kilogram kapusty kiszonej, 
4 kiełbasy śląskie lub jałowcowe, 
dwie łyżki domowego smalcu
 0,5 kg boczku wędzonego,
0,5 kg schabu,
1 duża cebula,
150 g śliwek suszonych,  
15 kapeluszy suszonych grzybów leśnych
garstka jałowca, 
garstka ziela angielskiego, 
5 listków laurowych,
pyszne czerwone wino wytrawne- takie jakim chcielibyśmy ten bigos popić - nieco ponad pół butelki,




Zabawę z bigosem rozpoczęłam od zagotowania grzybów i zalania śliwek suszonych wrzątkiem, w następnej kolejności poszatkowałam białą kapuchę, ujmując głąb. Do dużego garnka wrzuciłam pokrojony boczek, a gdy ten delikatnie się zrumienił dołożyłam do niego białą kapustę. Na patelni zaś rozgrzałam smalec na który wyłożyłam pokrojoną w piórka cebulę i po chwili kiszoną kapustę - kiszoną pocięłam kilkoma pociągnięciami noża by jej długie włókna nie zaburzyły spójnej struktury bigosu. Zarówno kapusta biała w garnku, jak i ta ukwaszona z patelni podgrzewały się w swoich miejscach przez blisko pół godziny. Dopiero po tym czasie, kapusta kiszona wylądowała w garnku swojej kuzynki. Wówczas także zawędrowały tam jałowiec i ziele.
Na patelni poddusiłam pokrojony, osolony schab na niewielkiej ilości oleju, następnie solidnie obsmażyłam pokrojoną w kostkę kiełbasę. Mięso w ślad za kiszoną kapustą trafiło do wielkiego gara z pachnącym już niezwykle zaczątkiem bigosu. Obgotowane grzyby i śliwki pokroiłam w paski i dorzuciłam do reszty spoczywającej w garnku. Wlałam także wywar grzybowy, którego po obgotowaniu grzybów zostało blisko 1,5 szklanki. Posoliłam i doprawiłam pieprzem bigosową bazę, po czym pozostawiłam wszystko na ogniu pod przykryciem na około godzinę. Po tym czasie zalałam wszystko winem, i gotowałam kolejne pół godziny. Po ostudzeniu bigos zagotowałam raz jeszcze dnia kolejnego, a następnie zamroziłam i rozmroziłam dwukrotnie, jak nakazują znawcy. Znawcy wiedzą co mówią bo wyczekana strawa smakowała dokładnie tak jak smakować powinna, przyznam szczerze, że był to jeden z najlepszych bigosów jakie jadłam.


...I choćbym odnosiła wrażenie, że wrastam w kuchenną podłogę przygotowując niektóre polskie specjały, póki co nie zamierzam odstąpić od tego zwyczaju, gdyż wciąż większą frajdę mi to sprawia niż niedogodność, kupiłam też ostatnio gigantyczną książkę o polskiej kuchni regionalnej, by zmusić się nieco do bardziej rzetelnej analizy regionalnych smakołyków. Mimo bowiem całej mej miłości i oddania daniom polskim, znacznie lepiej odróżniam gatunki włoskich makaronów czy francuskich serów od całkowicie egzotycznie brzmiących, powstających na naszych ziemiach: lemieszków, gałuszków, hałusków i im podobnych. O ile będę konsekwentna - a mam taką nadzieję - to mniej lub bardziej udane efekty nauki powinny być widoczne w kolejnych wpisach. Póki co zapraszam na bigos!


wtorek, 4 września 2012

kaczucha i jabłka na mangoldzie


Lato się kończy, dziś po raz pierwszy w tym roku wychodząc rano z domu poczułam w powietrzu wyraźny powiew jesieni. Powietrze ostre wbiło się w moje nozdrza i oznajmiło, że koniec z latem. Kolejnym na to świadectwem są grzyby, które masowo zaczęły wyzierać spod runa – niekoniecznie leśnego wcale, krajobraz przybiera barwy coraz cieplejsze, zieleń brunatnieje, na łąkach królują żółte mimozy, na straganach zapanowała dynia. Pora ta nie jest moją ulubioną, jest zapowiedzią wielu miesięcy w chłodzie i to co roku bardzo mnie martwi. Usłyszałam z resztą pewną bardzo niepokojącą nowinę, że tegoroczna zima będzie sroga niezwykle, bo kormorany z bałtyckiego wybrzeża wyleciały z Polski dwa tygodnie wcześniej niż zwykle.
Cóż, pozostaje nam korzystać na całego z ostatnich dni ciepła i liczyć na to, że kormoranom po prostu termostat się rozregulował…

Jest też pewien aspekt jesieni, który mnie cieszy i napawa sporym optymizmem, perspektywa wieczorów spędzonych na pasteryzacji i wekowaniu darów lata i wczesnej jesieni. Jesień na talerzu bardzo mi się podoba. Aby zatem jak najlepiej przeżyć tę nostalgiczną porę roku skupię się na tym co uważam w niej za najlepsze. Zrobię zastępy przetworów, pojadę na grzyby w ukochane Bory, będę częściej odwiedzać ulubione targowiska.
Dzisiaj na porę przejściową serwuję sałatę z przerośniętego już dość mangolda i treściwej pieczonej kaczuchy. Po polsku - z jabłkami i majerankiem, ten ostatni osiągnął już bardzo zacny gabaryt i za chwil pare będzie się prosił o zasuszenie.
Sałata z plastrami pieczonej piersi kaczej jest bardzo sycąca, nie może być zakąską bo nic już po niej nie zdołamy zjeść.
Jest to dość wytworne danie a jego przygotowanie nie zajmuje więcej czasu niż przeciętnego obiadu. Polecam!




składniki:


marynata:

pieprz czarny grubo mielony,
skórka otarta z pomarańczy,
majeranek świeży,
rozmaryn świeży,
sól,
opcjonalnie - ząbek czosnku


dwie piersi kacze,
2 słodkie jabłka,
kilka liści Mangolda (buraka liściowego),
1 pomidor malinowy lub garść małych pomidorków koktajlowych

sos do sałaty:

łyżka musztardy sarepskiej,
sok z połowy pomarańczy,
odrobina miodu,
sól,
malutki ząbek czosnku,
olej rzepakowy






Kacze piersi nacieramy marynatą i wstawiamy na noc do lodówki. Następnego dnia, w porze obiadowej obsmażamy piersi z obu stron, tak by się pięknie zarumieniły. Nie podlewamy oliwą, bowiem kaczucha jest tłusta niemiłosiernie, tłuszczu wytopi się z niej moc. Po zdjęciu piersi z patelni, przekładamy je do niedużej brytfanki, a na patelnię wrzucamy pokrojone w ćwiartki jabłka. Owoce również powinny się delikatnie zrumienić zanim dołożymy je do mięsa. Jabłka układamy dowolnie wokół piersi, posypujemy świeżym majerankiem, rozmarynem i mielonym pieprzem. Brytfankę wkładamy na 15 minut do piecyka rozgrzanego do 200 stopni. W czasie gdy mięso się piecze szykujemy sos sałatkowy - wszystkie składniki ucieramy w moździerzu, następnie mieszamy go z mangoldem i pomidorkami. 
Kaczucha po upieczeniu powinna odpocząć 5 minut, dopiero wówczas kroimy ją w plastry z ukosa i układamy na sałatce przetykając pieczonymi jabłkami.




czwartek, 5 lipca 2012

makaron ragu bez fiksa



Szwajcaria. Kraj skrajnego uporządkowania, kwitnących balkonów, przepięknych jezior, zapierających górskich panoram, raj dla koneserów sera żółtego i wyśmienitych czekolad. Fajne miejsce do życia chyba choć bardzo inne od naszej Polski.
Gdy ponad dekadę temu odwiedziłam Szwajcarię, z wrodzoną sobie ciekawością wyruszyłam na eksplorację miejscowego supermarketu. Doznałam tam zdziwienia, bowiem znaczną część asortymentu stanowiły dania gotowe. Na jednej z półek wyeksponowane były zgrabne torebeczki z sosami do dań na ciepło, w milionie chyba odmian: szpinakowym, serowym, sosie roquefort, grzybowym, pomidorowym z ziołami, bez ziół, dalej mijałam słoiczki z podobną zawartością, następnie dressingi do sałatek w niewyobrażalnej liczbie, w buteleczkach i torebeczkach, na sypko i na płynno, największym zaskoczeniem był jednak dla mnie dział z warzywami, gdzie na półkach prezentowały się opakowania z krojonymi sałatami, marchewkami, gotowanymi i próżniowo pakowanymi buraczkami, ziemniaczkami, miksami zieloności w szeregu różnych zestawień aby każdy mógł znaleźć coś dla siebie.
Dalej były zamrażalniki po brzegi wypełnione gotowymi lazaniami, zapiekankami, daniami na patelnię i do mikrofali. Nie mogłam uwierzyć w to, że Szwajcarzy faktycznie kupują te wszystkie opakowania, jednak któregoś razu zaproszona zostałam na obiad…na pięknym okrągłym stole domowy obiad w wersji instant stał się faktem. Gdy weszłam gospodyni oderwała wieko schłodzonego pakunku o zagadkowej zawartości po czym wstawiła danie do mikrofali. Po chwili wyjęła z lodówki paczuszkę idealnie pokrojonej dwukolorowej sałaty z tartą marchewką, wysypała do ogromnej, stojącej na środku stołu misy i obficie zalała dressingiem znanej marki. Zatknęła w sałatę dwie wielgaśne łychy sałatkowe i w tym momencie rozległ się sygnał z mikrofali. Parująca, mocno pachnąca substancja zawędrowała na stół i tym samym posiłek czas było rozpocząć.
Czy smakowało? Smakowało, przecież koncerny spożywcze zrobią wszystko by połechtać kubeczki smakowe konsumentów, z resztą w miłej atmosferze wszystko smakuje lepiej. Niemniej byłam przerażona zjawiskiem, w którym uczestniczyłam.




Sytuację tę opowiadałam po powrocie wiele razy, jako niestworzoną anegdotę kulinarną, wówczas w Polsce nikt nie znał definicji dania instant, niewielu miało w domu kuchenkę mikrofalową, obiad wymagał co najmniej 30 minut przygotowań, trzeba się było trochę narobić.
Dzisiaj wspomnienie szwajcarskiego supermarketu ożywa w polskim sklepie, półki uginają się od mnogości polskich zup w pieć minut, kisielków, sosów, warzyw mrożonych z niewiadomo czym aby po podgrzaniu w kilka minut mogły się przeistoczyć w pełnoprawny posiłek, fiksów, koncentratów, kostek, mieszanek smakowych. Opakowania kuszą, kuszą nawet mnie – mega zwolenniczkę żywności nieprzetworzonej, stoję, zachwycam się nazwą, konsystencją, czcionką na etykiecie, w końcu sięgam, czytam skład, odkładam z rozsądku, bo wiem, że chcę, że mogę, że potrafię ugotować dobry posiłek bez wsparcia gotowców. Wciąż mam w pamięci zapachy maminych i babcinych obiadów sprzed lat, chcę by zapach przygotowywanych przeze mnie posiłków wrył się w pamięć moich dzieciaków tak żeby po latach nie musiały z sentymentem wspominać torebkowych dań instant z rodzinnego stołu lecz prawdziwe pełnowartościowe jedzenie.





Pozwoliłam sobie na te małą anegdotę, wspominając powstały niedawno przepyszny sos ragu do makaronu. Zastosowałam w nim fenomenalny 'wzmacniacz smaku' pod postacią sosu pomidorowego wg przepisu Pani Tessy Capponi-Borawskiej, publikowanego na łamach miesięcznika Kuchnia. Sos ten zrobiłam miesiąc wcześniej i zawekowałam. Wedle zapewnień autorki miał to być najlepszy sos pomidorowy na świecie. Takim też się okazał. 
Świetnie, że mam jeszcze kilka słoików, w kolejnym roku zrobię ich z pewnością znacznie więcej.


składniki sosu pomidorowego:

6 młodych marchewek,
4 młode cebulki od dymki,
kilka łodyg selera naciowego z liśćmi,
3 ząbki czosnku,
2 garście bazylii,
pęczek natki pietruszki,
dobrej jakości pomidory w zalewie - u mnie butelkowane włoskie, bo na nasze, najpyszniejsze musimy jeszcze chwilkę poczekać,
oliwa,
 sól,
 pieprz,
 cukier

Grubo siekamy warzywa, wszystkie składniki gotujemy razem, około 1,5 godziny ale doprawiamy dopiero pod koniec gotowania. Na koniec miksujemy wszystko blenderem. 
Gorący sos wkładamy do wyparzonych słoików.

Taki sos pomidorowy z makaronem dowolnej maści to kategoryczne niebo w gębie, jednak tym razem posłużył mi on jako dopełniacz smakowy, bowiem postanowiłam zmierzyć się na poważnie z makaronem ragu. Nie kupiłam mielonego mięsa lecz spory kawałek udźca wołowego, który pokroiwszy podsmażyłam na smalcu z dużą ilością słodkiej, mielonej, papryki i z 3 cebulami pokrojonymi drobno. Następnie podlałam wodą i przez półtorej godziny kontrolowałam ilość płynu - musicie wiedzieć, że dość często przypalam garnki...
Gdy kawałki mięsa znacznie zmiękły zalałam całość znakomitymi pomidorami z zalewą, dodałam też pół słoiczka sosu opisanego powyżej,duuuużo suszonej szałwi, pieprzu, soli, nieco cukru i sporo oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia. Całość pobulgotała sobie jeszcze pół godzinki na małym ogniu, by zwieńczyć dzieło potraktowałam sos blenderem.

Oto znakomicie aromatyczny i intensywny w smaku sos do makaronu.





składniki sosu ragu:

600-700 g wołowiny (udziec, łopatka),
3 cebule,
2 łyżki smalcu,
łyżka słodkiej, mielonej papryki,
butelka lub dwie puszki pomidorów w zalewie,
ok 150 ml domowego sosu pomidorowego,
szałwia suszona,
 sól,
 oliwa,
 cukier,
 pieprz czarny grubo mielony,
makaron tagliatelle lub spaghetti