Pokazywanie postów oznaczonych etykietą placki-omlety-naleśniki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą placki-omlety-naleśniki. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 października 2014

nasze ulubione placuszki z cukinii




Na zebraniu w przedszkolu zgromadzili się niemal wszyscy rodzice - panie mamy w długich lanserskich kurtkach i w czerwonych ustach, tatusiowie w nienagannie skrojonych gajerach, czasem w pojedynkę, czasem parami. Wszyscy piękni. 
Zebranie przebiegało spokojnie do momentu, gdy jedna z mamuś postanowiła zabrać głos w sprawie żywienia pociech w niniejszej placówce. Mamusia przełknąwszy ślinę głośno, zdecydowała się wyrazić sugestię dotyczącą ograniczenia w menu przedszkola ilości stosowanego cukru. Powołując się zresztą na wczorajszy jadłospis:

śniadanie:
płatki czekoladowe na mleku

obiad:
naleśniki z serem i cukrem, kompot

podwieczorek:
bułka drożdżowa z dżemem

Sugestia zdawała się oczywista, bardzo rozsądna i można się było spodziewać, tak przynajmniej autorka postulatu sądziła, że zabrzmią oklaski i pełne aprobaty potakiwania...
Okazało się jednak, że aprobaty nie było, padło za to hasło - zupełnie serio - że przecież cukier krzepi i aby uprzejma pani nie wyrażała swojego zdania, skoro jej postawa jest odosobniona, ostatecznie lepiej by dziecko jadło cukier niz nic nie jadło. Tu należy nadmienić, że dziecko Pani patrzącej na świat spod bordowych oprawek Gucci nie tknie zwykłej zupy, więc ona się cieszy, że w placówce karmi się dzieci nutellą i dżemem - dzięki temu córa je. 
Kontrowersyjna pani* pożałowała, że nie ma na sobie czerwonych ust, które być może zdołałyby ją wesprzeć w tej idiotycznej sytuacji. Przełknęła głośno ślinę raz jeszcze i postanowiła nic więcej nie mówić, w najblizszym zaś czasie przeniosła dziecko do przedszkola, w którym obowiazywały inne - nieco - standardy.

Moje dzieci jedzą dobrze, mimo, że w szkołach stoją automaty, mimo, że catering w stołówce - tak przynajmniej to oceniam. Jestem przekonana, że jest to wynik naszych - moich i męża wyborów, a nie zastanych okoliczności przyrody.
Na dowód przedstawiam nasze dzisiejsze pierwsze śniadanie :)

składniki:

2 średniej wielkości cukinie,
szczypta soli,
3 jajka od kury szczęśliwej,
1 opakowanie fety (kozio-owcza być musi, z krowią to już nie to samo)
łyżeczka proszku do pieczenia, 
ząb-ek, duży czosnku,
mąka do zagęszczenia konsystencji ciasta około pół szklanki

do smażenia 
mieszanina oleju rzepakowego i oliwy z oliwek

Cukinię siekam w czaszy malaksera albo ścieram na grubej tarce, solę i odstawiam na kwadrans by puściła wodę. Odciskam. Dorzucam pozostałe składniki, mieszam i znów czekam kwadrans. Smażę na rozgrzanej mieszaninie oleju i oliwy na złoto, podaję z sosem tzatziki.
Rzecz jest świetna na każdą okazję - śniadanie, ciepłą lub zimną przekąskę, na prowiant do auta lub samolotu. Już pewnie z tysiąc osób prosiło mnie o ten przepis, od dziś będę mogła entuzjastów placuszków odsyłać tutaj :)




*czytaj - autorka niniejszego wpisu

piątek, 9 maja 2014

suflet ze szparagami i serem szwajcarskim z Grzybowa




Jest takie miejsce w mazowieckim, do którego wrócić od dawna chciałam. Gdy byłam w nim po raz pierwszy z grupą przedszkolnych dzieciaków, zamarzyłam by w przyszłości zabrać tu własne pociechy. Rzecz się ziściła w tym tygodniu.
Gospodarstwo ekologiczne Państwa Ewy i Petera Stratenwerth to nie tylko cudowna, dziewicza okolica, nie tylko zwierzaki i świetne produkty, ale także i przede wszystkim eko-edukacja.  Dzieciaki uczą się rozróżniać gatunki zbóż, przesiewać mąkę, wyrabiać chleb, słuchają fascynujących opowieści o owadach, obserwują jak wygląda gniazdo trzmiela od wewnątrz, robią świece z pszczelego, pachnącego wosku, wąchają zioła, uczą się o ich właściwościach, sadzą drzewa, tworzą śliczniutkie wycinanki, z zaciekawieniem oglądają grill słoneczny i zachłystują się urokiem wsi bez końca.
Kolejny raz przywiozłam z Grzybowa wspaniałe wspomnienia, przywiozłam także fantastyczny chleb razowy wyrabiany na miejscu już od ponad 20 lat oraz przepyszny dwumiesięczny ser szwajcarski - trzeba nadmienić, że gospodarz Peter pochodzi z Bazylei, więc zacięcie do sera ma we krwi :) Gospodarze są wegetarianami, dlatego tutejszy ser powstaje przy użyciu podpuszczki mikrobiologicznej.

Grzybów to cudowne miejsce na wycieczkę, albo Zieloną Szkołę (grupy do 15 osób). Grzybowskim arcypysznym chlebom przyjrzeć się można bliżej na stronie Biopiekarni, na terenie Gospodarstwa działa odpowiedzialne ze organizację opisanych warsztatów Stowarzyszenie Ziarno, jednym z głównych jego celów jest edukacja i promowanie ekologicznego sposobu na życie. To bardzo świetny cel, oby więcej i więcej takich miejsc w Polsce!

....skoro mam ser z Grzybowa i mam także szparagi z Gospodarstwa Państwa Majlertów, co oczywiste bo mam je w sezonie codziennie, dziś serwuję wiosenny suflet z udziałem obojga, na który najserdeczniej zapraszam.








Sezon szparagowy w pełni, nie umiem się oprzeć tym warzywom, powiem zresztą szczerze, że nawet nie próbuję.  Szparagów nie widać co prawda na zdjęciach, ale zapewniam, że w jajecznym wnętrzu aż się od nich roiło :)


inspirowałam się przepisem od Amber


składniki na dwie porcje: 

2 jajka od zielononóżek - żółtka oddzielamy od żółtek,
10 g mąki, 
10 g masła,
100 ml mleka,
4 zielone szparagi,
estragon,
cztery łyżki tartego sera z Grzybowa (mój był krowi, dojrzewał dwa miesiące, miał wyrazisty smak, myślę, że można spokojnie zastąpić go charakternym Gruyerem),
odrobina młodego szczypioru z parapetu, 
sól
nieco masła do wysmarowania foremek


Zaczęłam od ugotowania szparagów, wrzuciłam je jak zawsze na osolony i lekko osłodzony wrzątek, dałam im 3 minuty, po czym ostudziłam przelewając lodowatą wodą.
Na patelni przygotowałam zasmażkę z masła i mąki, stopniowo dolewałam do niej mleko. Gdy masa była spójna i gładka wtarłam ser szwajcarski i dodałam sól. Odstawiłam do przestygnięcia.
Jajka oddzieliłam od żółtek, po czym z białek ubiłam sztywną pianę. Żółtka dolałam do wystudzonej masy serowej, wymieszałam i doprawiłam estragonem (może być suszony jak i świeży), następnie bardzo delikatnie wmieszałam ubite białka, na sam koniec wrzuciłam drobno pokrojone szparagi i szczypior. Wlałam do sufletówek wysmarowanych masłem, piekłam w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni, na środkowej blaszce przez 20 minut.


Połączenie szparagów i szwajcarskiego sera to nie nowość, dlatego wiedziałam, że duet ten wypadnie wybornie w suflecie, poza wszystkim suflet miły jest dla oczu. :) Wbrew temu, co niektórzy sądzą nie jest też wcale daniem trudnym, pracochłonnym, czy wymagającym. Polecam!




sobota, 31 sierpnia 2013

naleśniki po florencku i nikt mi nie wmówi, że kuchnia włoska jest z zasady prosta i łatwo osiągalna



...że ludzie  kochają makaron wiadomo, że tiramisu wybrzmiewa tęskną melodią na ustach wszystkich tych, którzy próbowali go u źródła także, że pizza z włoskiego pieca uzależnia i że carpaccio wołowe skropione doskonałej jakości oliwą i octem z Modeny wyborne - nie trzeba przekonywać... że ravioli, że tagliatelle, pappardelle, gnocchi, gorgonzola, pecorino, parmigiano, mozzarella nie tylko wdzięczne noszą imiona, ale przede wszystkim smakiem uwodzą także wiemy. To jest takie oczywiste!!! Nieoczywiste jest dla mnie natomiast dlaczego do kuchni włoskiej przylgnęła łatka, jakoby była z zasady kuchnią nader łatwą, lekką i niewymagającą.




Dzisiejsze moje danie zdecydowanie potwierdza tę moją wątpliwość; niby banalne naleśniki ze szpinakiem pod popularnym beszamelem, a jednak wcale nie takie zwykłe. Wielokrotnie przygotowywałam to danie, lecz dopiero dziś postanowiłam być wierna toskańskiej recepturze. Proces trwał na tyle długo, że zamiast obiadu była kolacja. Jako, że czas wydania posiłku był znacznie opóźniony, a słońce chowało się już za horyzont, zdjęć nie zrobiłam w dniu kolacji, zresztą diabelny głód nie sprzyjał sesjom. Pstryknęłam fotkę nazajutrz, serwując sobie odgrzewane naleśniki na 'lanczyk'. Podałam je, jak widać, nietypowo pokroiwszy każdy z naleśników na równe krążki. Całkiem fajnie się prezentowały.

Zacznijmy jednak od początku. Na sam widok składowych ciasta naleśnikowego musiał skoczyć mi cholesterol - nie przywykłam bowiem by w jednorazowej porcji topić aż 6 pełnowymiarowych jaj kurzych ani słusznej porcji topionego masła. Z uwagą potraktowane być musiało ciasto, które po przyjęciu formy ostatecznej czekało przed smażeniem pół godziny, szpinak także wymagał wielokrotnej obróbki - po umyciu trzeba go było podgotować, następnie przepłukać, odcisnąć, posiekać i znów odcisnąć a dopiero potem wymieszać z resztą składników. Na koniec przyszło mi zrobić beszamel i zapiec ładnie zawinięte naleśniki w 180 stopniach pod warstwą sosu. Do tej pory mój super sposób na naleśniki - którym nigdy nie miałam zbyt wiele do zarzucenia - polegał na tym, że szpinak z czosnkiem przesmażałam przez 2 minuty na wolnym ogniu a gdy był już miękki dodawałam polską 'fetę'. Wersja włoska jest znacznie subtelniejsza i czuje się w niej tę dbałość o szczegół - już sam naleśnik przyprawia o dreszcze rozkoszy - ma piękny kolor, ma smak, ma chrupkość i miękkość zarazem. Poza wszystkim muszę przyznać, ze ricotta znacznie ładniej podkreśla walory szpinaku niż mazisty, kwaskowaty produkt fetopodobny.


przepis pochodzi z  'Księgi Smaków Toskanii' autorstwa Lori de Mori

składniki na ciasto:

185 g mąki, 
sól, 
6 jajek od szczęśliwych kur
125 g masła roztopionego i ostudzonego
500 ml mleka

składniki na farsz:

500 g szpinaku - liści bez ogonków,
250 g ricotty,
50 g tartego parmezanu,
1 jajko,
sól, pieprz i gałka muszkatołowa - wszystko świeżo zmielone

składniki sosu:

560 ml mleka - następnym razem dam 600 ml by sos miał bardziej płynną konsystencję
60 g masła, 
60 g mąki, 
gałka pieprz i sól,
3 łyżki tartego parmezanu


Szpinak płuczemy i podgotowujemy przez 3 minuty, przelewamy zimną wodą, odciskamy nadmiar płynu i siekamy drobniutko by potem jeszcze raz odcisnąć. Łączymy z resztą składników farszu. Ciasto na naleśniki przygotowujemy z podanych składników i zostawiamy pod przykryciem na 30 minut, dopiero po tym czasie smażymy na wysmarowanej masłem patelni. Z podanej ilości składników wychodzi 18 sztuk, a farszu starcza na zaledwie 8, uprzedzam. Dla mnie jednak ten stosunek był właściwy, bo 10 naleśników nafaszerowanych zostało musem z antonówek i podanych dzieciom :)
Gdy uda nam się odstąpić od patelni, zawijamy naleśniki ze szpinakowym farszem w ruloniki i układamy w brytfance obok siebie. Beszamel przygotowujemy rozgrzewając masło na patelni i następnie łącząc je z mąką, po mniej więcej 3 minutach należy zacząć stopniowo dolewać mleka i energicznie mieszać, by niepożądane grudy się nie utworzyły. Na sam koniec doprawiamy parmezanem, solą, pieprzem i gałką. Beszamelem polewamy przygotowane wcześniej ruloniki, zapiekamy w 180 stopniach 20 minut.




Aby dokończyć wątek, od którego zaczęłam, spokojnie mogę skwitować, że we włoskiej kuchni najbardziej odpowiadają mi te dania, do których powstania przyczynił się czas - cudowne, domowej roboty makarony, maleńkie ravioli czy tortellini, zawiesiste, przearomatyczne sosy, które gotują się godzinami, czy moje dzisiejsze naleśniki po florencku. Tę odsłonę włoskiego smaku cenię najbardziej, choć przyznaję, że za banalną Caprese z domowym pesto też oddałabym wiele... :)


wtorek, 11 czerwca 2013

krokiety jajeczne z niespodzianką - póki sezon szparagowy trwa!




Sezon ma to do siebie, że raczy nas obfitością, co roku nasycamy się kolejnymi specjałami na tyle, byśmy przez kolejne pory roku nie zatęsknili do nich zbytnio. Opychamy się więc do nieprzytomności młodą kapustą, truskawkami, bobem, czereśniami, pomidorami malinowymi, słodką kukurydzą, grzybami z lasu itd. Mnie osobiście po każdym takim urodzaju wydaje się, że już nigdy przenigdy nie tknę tych darów pól, sadów i lasów ale gdy przychodzi co do czego zawsze im ulegam w kolejnym roku... Raz jeden zdarzyło się, że urodzaj spowodował moją długotrwałą awersję do jednego z darów lata. Miałam lat może 8, może 10 i na działce u ludzi, których dziś zupełnie nie kojarzę objadłam się agrestem. Był wysyp owoców i gospodarze błagali by jeść ich jak najwięcej. w następstwie tych próśb kilka godzin spędziłam na oskubywaniu krzaczków, a owocowy inwentarz trafiał wprost do mojej paszczy. To był mój ostatni raz z agrestem, zdarzyły mi się sympatyczne spotkania z dżemem agrestowym ale w świeżej postaci nie zjadłam go potem nigdy, choć minęły już ponad dwie dekady.

W tym roku, można by przypuszczać, że szparagi mi zbrzydną, bo jem ich mnóstwo, znacznie więcej niż w latach ubiegłych. Serwuję je bez dodatków, z dodatkami, z ulubionym pecorino, łączę je w sprawdzone lub całkiem niekonwencjonalne zestawienia. Tym razem pomyślałam, że je zawinę i to wcale nie w szynkę parmeńską, co nasuwa się w pierwszej kolejności, lecz w polski krokiet. 





Szparag doskonale wypada w towarzystwie jaj, lubię go też jako farsz do pierogów w silnej asyście koperku, dlatego owe trio zamknęłam w krokiecie. Chciałam by wyglądał wyjątkowo ładnie, dlatego do rozmąconego na panierkę jajka dodałam kilka szczypt kurkumy. Otoczka była złota jak nigdy!! Patent wart polecenia :)

Przepis na naleśniki część ma opanowany a część podobnie jak ja, zawsze robi ciasto na oko, czyli do uzyskania satysfakcjonującej konsystencji... u mnie dziś były:


dwa jajka ekologiczne,
mniej więcej szklanka mąki,
 mniej więcej łyżeczka cukru, 
 mniej więcej 1/3 łyżeczki soli, 
łyżka oleju, 
mniej więcej pół szklanki mleka,
mniej więcej pół szklanki wody,


do farszu natomiast użyłam:
3 jajka ugotowane na twardo, 
garść siekanego koperku,
3 łyżki białego, krowiego twarożku 
sól, 
pieprz drobno mielony,
 pęczek zielonych szparagów

 + na panierkę:
1 jajko,
bułkę tartą, 
dużą szczyptę kurkumy, 
olej rzepakowy do smażenia


Smażymy naleśniki, a w trakcie odwracania kolejnych sztuk przygotowujemy farsz. Ugotowane na twardo jajka ugniatamy widelcem z serem białym, koperkiem, solą i pieprzem. Szparagi gotujemy w osolonej i posłodzonej wodzie przez 3 minuty. Wyławiamy. Na naleśniki wykładamy  farsz jajeczny, a centralnie na nim szparag bez główki, 2 główki wetkniemy w krokiecik po jego przekrojeniu, by było jeszcze ładniej. Zawijamy delikatnie naleśnik od strony szparagowych szczytów a następnie zawijamy równolegle do położenia szparaga. Tak przygotowany pakunek maczamy w jajku z kurkumą, obtaczamy w bułce tartej i smażymy z każdej strony na złoto.



Naleśników usmażyłam 10, z czego 3 zostały przetworzone na krokiety, nie byłam bowiem pewna co wyjdzie z tego eksperymentu i na ile będzie zjadliwy. Był bardziej niż zjadliwy, następnym razem cały pakiet naleśnikowych placków pójdzie na krokiety. Bardzo lubię farsz jajeczny, szparag jest tu ciekawym i chrupiącym urozmaiceniem. Aby danie wypadło należycie nie wolno żałować jajecznej masy, w mojej wersji na każdy krokiet przypada jedno jajo i 2 szparagi, podałam je przekrojone by uwydatnić ich ciekawe wnętrze i ułożyłam na kopczyku z gotowanych szparagów. 
Polska, lubiana przeze mnie forma zyskała nowy, bardzo fajny wymiar. 
Zapraszam entuzjastów krokietów, tudzież szparagów :)

środa, 3 kwietnia 2013

naleśniki 'dwa sery' w sosie szpinakowym


Wszystko w tym roku póki co na głowie stoi, grudzień mieliśmy w marcu, na Wielkanoc bałwany a w Lany Poniedziałek bitwę na śnieżki, wiosna zagrała nam na nosie, nie ma co!! 

W naturalnym stanie rzeczy wiosenne sprzątanie przypada na okres przed świętami, tym razem można było co najwyżej ogarnąć, ale porządki z prawdziwego zdarzenia przyszło nam odroczyć na 'niewiadomokiedy'.
Pierwsze śmiałe promienie słońca dały już znać o sobie, ujawniając tym samym niezauważane do tej pory ślady dziecięcych łapek na szybach, niezgrabione jesienne liście na obrzeżach rabat, plamy z błota na ganku. Wiemy, że już najwyższy czas rozprawić się z tym wszystkim i choć słońce znów zaszło za śniegowymi chmurami, świadomość otaczającego nas nieładu pozostała. Dusza aż się rwie do prac porządkowych, ukryta gdzieś głęboko wewnątrz mnie Pani Perfekcyjna bardzo chce mieć swoje pięć minut.
Zaraz się zacznie! Już na dniach naród opętany zostanie obłędem sprzątania, to nieuniknione. Już niebawem osiedlowe śmietniki wypełnią się po brzegi a wczesnowiosenny krajobraz ubarwią postaci panów trzepiących dywany i pań lawirujących ze szmatą na krawędziach parapetów okiennych. Już czuję w trzewiach pierwsze symptomy tego poruszenia, jestem gotowa na zryw porządkowy, na ten symboliczny akt rozstania z porą chłodu. Wymiatam zimę ze swej świadomości, odkurzam wspomnienie minionej wiosny i robię  naleśniki - w sosie ze świeżego szpinaku, wypchane cudowną mieszaniną ricotty i niebieskiego Lazura.




Już w zeszłym roku odkryłam jak fantastycznym wynalazkiem jest sos ze świeżego zmiksowanego na miazgę szpinaku, kojarzyć się może z pesto ale smak ma zupełnie inny. Można nadać mu gęstość zależną od osobowych predyspozycji, ja tym razem chciałam by był gęsty, gdy stosuję go do makaronu, dolewam więcej śmietanki.
Zazwyczaj szpinak wykorzystujemy na farsz, ja potraktowałam go jako okrycie wierzchnie do naleśników, wnętrze natomiast wypełniłam cudownie delikatną mieszanką ricotty i wyrazistego sera pleśniowego.  Zestaw jest niezwykle trafiony. Mamy tu kremowe wypełnienie, chrupiące, maślane naleśniki i fantastyczny sos szpinakowy z czosnkiem, który dodaje animuszu całości.
Przygotowując to danie nie możemy zbagatelizować samych naleśników, powinny być cieniutkie i bardzo delikatne. Aby uzyskać ten efekt warto dodać do ciasta nieco wody gazowanej a patelnię zamiast olejem smarować niewielką ilością masła raz na jakiś czas. Masło robi tu wielką różnicę!


składniki na naleśniki (10-12 sztuk):

2 szklanki mąki pszennej,
2 jajka ekologiczne,
szklanka mleka, 
3/4 szklanki wody gazowanej, 
sól,
cukier,
masło

składniki na sos: 

200 g szpinaku w liściach, 
filiżanka śmietanki 30%, 
ząbek czosnku,
pieprz, 
sól

składniki na farsz:

małe opakowanie serka ricotta 250 g,
50 g sera lazur,
pieprz, 
sól



Składniki ciasta naleśnikowego mieszamy w misce i smażymy na niewielkiej ilości masła. Ja lubię gdy patelnia jest jedynie delikatnie nim muśnięta, wówczas naleśniki mają fajniejszy kolor i strukturę.
Ser ricotta mieszamy z pokruszonym Lazurem, solimy i delikatnie prószymy pieprzem - farsz powinien pozostać delikatny w smaku.
Z opakowania szpinaku pozostawiamy garść liści, resztę składników sosu miksujemy w robocie kuchennym, następnie wykładamy do podgrzania na patelnię.
Naleśniki zwijamy w ulubiony sposób, najlepiej jednak tak by ciekawe wnętrze wyłaniało się ze środka, polewamy podgrzanym zielonym sosem, posypujemy liśćmi szpinaku i możemy zacząć ucztowanie. 



Niezobowiązujący, niezwykle łatwy do wykonania przepis a smak ma właściwości rozpogadzające - nie wiem, czy przekłada się to bezpośrednio na aurę ale na nastrój jedzących z pewnością.

Smacznego zatem i pogody ducha w te chmurne dni!!




sobota, 29 grudnia 2012

bliny gryczane z kawiorem - na śniadanie



Cudownie wspominam wszystkie  nasze śniadaniowe celebracje, na które jest pora w weekendy, w święta oraz podczas wakacji. Śniadania odbywają się o kompromitująco późnej porze, towarzyszy im wyborny nastrój, najpierw herbatka, potem kawka, w między czasie "Kochanie! Jajko na miękko czy jajecznica?". Jest pyszne pieczywo, zwykle jakaś fajna sałatka lub twarożek oraz sezonowe warzywa i talerz rozmaitości. Jest w czym wybierać, bo stół z okazji śniadania zastawiany jest po brzegi.


Śniadania wyjazdowe są tym ciekawsze, że trzeba swą zwyczajowość dostosować do lokalnych uwarunkowań, czasem dobór składników okazuje się być wyzwaniem, ale częściej bywa, że bez najmniejszych problemów tworzymy wyborne menu śniadaniowe z dala od domu. W wakacyjnych okolicznościach jadamy śniadania na tarasie bądź przed domem, wówczas smakują najlepiej. Najczęściej gdzieś między jajkiem na miękko a kolejną kanapką zaczynają nas mijać inni letnicy, spoglądając na nas z niejakim zaciekawieniem, przechodzącym nierzadko w niedowierzanie, mijając nas rzucają niezobowiązujące Bonjour! Hello!, Hola!, Buon giorno! po czym wskakują do całkiem solidnie nagrzanego już basenu. Nasi cudowni belgijscy znajomi opisali nam dokładnie poziom zdziwienia wynikający z obserwacji naszych śniadaniowych zwyczajów. Siedząc nad basenem (opalając się rzekomo) spozierali na nas zza ciemnych okularów i nie mogli się nadziwić ile uwagi przykładamy do pierwszego wciągu dnia posiłku. Najpierw pół godziny przygotowań, zastawiania stołu, krojenia pomidorków, donoszenia nieskończonych ilości jedzenia, potem godzina celebracji i jeszcze kawka i nieraz mały deserek. Gdy opisali nam zjawiskowość tego naszego obyczaju dotarło do mnie, że wszędzie gdzie byliśmy do tej pory mogliśmy wzbudzać podobną sensację wszak śniadaniowa celebracja wpisana jest w naszą tradycję w sposób znacznie bardziej rzucający się w oczy niżeli w innych krajach. Także, w momencie gdy inni zdołali już spalić swe klaty i lica w przedpołudniowym słońcu, połączyć się z pracowym serwerem i wysłać szereg potwornie pilnych wiadomości, wyjść i wrócić z cudownej przechadzki po okolicy my wciąż raczyliśmy się śniadaniem i nigdy nie zdarzyło się nam żałować tak spędzonego czasu.




Wczoraj na naszym stole nastąpiło wykwintne śniadanie z pogranicza kultur, na stałe wpisane w krajobraz kulinarny wschodnich rejonów Polski. Cudowne bliny gryczane, kawior, a aby rozpusta była kompletna do tego szampan!! Nie jadamy takich śniadań często ale mieliśmy swoje wewnętrzne święto, zatem była okazja na tę śniadaniową wersję deluxe.

Zanim przystąpiłam do realizacji mojej śniadaniowej misji przestudiowałam dość rzetelnie literaturę faktu i zauważyłam, że przepisów na bliny jest wiele, jest wiele ich odmian i metod serwowania. W mojej ulubionej książce Pani Szymanderskiej bliny poleca się jeść z pomoczką  nie z kawiorem wcale. Jednak ja się uparłam, ze moje z kawiorem będą i że szampan im powtóruje zatem oparłam się na przepisie zamieszczonym w książce "Tradycje Polskiego Stołu" oraz bardzo zbliżonej recepturze jaką podaje Pani Applebaum-Sikorska w przepisach z jej pięknego ogrodu w Chobielinie.




składniki na liczbę imprezową:

2 szklanki mąki pszennej,
1,5 szklanki mąki gryczanej, 
2 szklanki mleka, 
30 g drożdży, 
3 białka, 
sól,
cukier (łyżeczka),
nieco stopionego masła, 

do podania:
kwaśna śmietana 18%, 
nieco cytryny, 
czarny kawior


Na dwie godziny przed planowanym śniadaniem przygotowujemy  ciasto, rozrabiamy drożdże z ciepłym mlekiem i cukrem, następnie dodajemy oba gatunki mąki, mieszamy dokładnie. Odstawiamy w ciepłe miejsce do podrośnięcia - najlepiej w dużej misce, gdyż ciasto rośnie w oczach :) Po tym czasie ubijamy pianę z białek, łączymy z wyrośniętym ciastem, solimy całość po czym smażymy na średnim ogniu, smarując patelnię niewielka ilością stopionego masła. Kopczyk usmażonych placuszków wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 100 stopni i wyjmujemy bezpośrednio przed podaniem. Bliny są najlepsze na ciepło. Ozdabiamy każdą porcję łyżką kwaśnej śmietany i kawiorem, możemy też delikatnie skropić je cytryną.
Otwieramy szampana lub jakieś fajne wino musujące i voila!!

Ciasto wyszło według mnie rewelacyjnie, każdy placuszek przypominał kształtną gąbczastą poduszeczkę, doskonale wyrośniętą i pełną smaku. Moja Połówka nie była niestety szczególnie zachwycona tym carskim śniadaniem, chyba aromat gryczany w plackach nie bardzo mu przypadł do gustu, dlatego poprzestał na dwóch i zaczął rytualne, niekończące się  wycieczki w stronę lodówki i z powrotem. Wszystko wróciło do normy, zjadłam blinów stanowczo za dużo, czego można się było spodziewać, jedno z moich dzieci ochoczo wsuwało wersję z samą śmietaną, drugie podobnie jak tata wybrało kanapki. Cóż, o gustach się nie dyskutuje, więc na tym poprzestanę.



Zjadłam, popiłam szampanem, teraz czuję się jak rasowa kulinarna rozpustnica. Bogini Nigella byłaby ze mnie dumna, a gdyby to śniadanie nastąpiło na jakimś letniskowym tarasie, z pewnością dosiadłyby się do nas tłumy i z lubością celebrowałyby te niecodzienne smakołyki, mimo, że tradycja ich do tego zupełnie nie zobowiązuje.

piątek, 9 listopada 2012

placki ziemniaczane bez bajerów



Gdy dzień się skraca i słońce wstaje coraz później, niemal co rano błogosławię moment, w którym zakończyłam edukację szkolną. Gdy sobie przypominam pobudki bladym świtem (choć w przypadku najtrudniejszych świtów jesienno-zimowych raczej były to zawsze świty ciemne..), wspominam codzienny autobus, który odjeżdżał z mojego przystanku kategorycznie za wcześnie, to bardzo trudno mi uwierzyć, że przetrwałam bez szwanku okres liceum.
Jak cudownie jest nie musieć wkuwać znienawidzonej fizyki i drżeć każdego dnia w obawie przed kartkówką, jak dobrze jest nie być narażonym na stres spowodowany przepytywaniem z geografii. Jak to dobrze jest wiedzieć, że to już zamknięty rozdział!

Gdy przypominam sobie czasy, w których koniec wszechświata wyznaczał dzień matury, naprawdę trudno mi uwierzyć, że bez większych problemów przetrwałam ten okres. Pamiętam te nerwowe, bure poranki, kiedy zlani potem spisywaliśmy przedsprawdzianowe memento na wszystkich możliwych częściach ciała, garderoby i na piórnikowych akcesoriach - zupełnie nie mam tu ochoty na jakże rzucającą się na usta sentencję - to były czasy!! Im bardziej wspominam tym bardziej jestem zachwycona, że jestem tu i teraz i, że autobus nr 513 odjeżdża beze mnie z tamtego przystanku...



W okresie liceum, człowiek nie myślał dostatecznie dużo o kwestiach żywienia, raczył się tym co w domu dostępne było a w szkole korzystał z dobrodziejstw sklepiku, specjalizującego się w zapiekankach z mikrofali. W którymś momencie nawet nabył przekonania, że parująca substancja, polana niebagatelną porcją keczupu jest niezwykle smaczna i do życia niezbędna. Nie godziło się wykorzystywać matczynych rąk do sporządzenia kanapek szkolnych a samemu całkowicie nie mieściło się w głowie by wygospodarować choćby jedną minutę więcej na przygotowanie drugiego śniadania. Jakże trudne to były czasy!! Zamiast wieczorem wyczarowywać pyszności na kolejny dzień, człowiek musiał ślęczeć nad lekcjami, wkuwać całkiem abstrakcyjne informacje na temat procentowego spożycia owsa i prosa w Ameryce Środkowej, musiał bądź nawet chciał bywać w miejscach, które nobilitowały go towarzysko...jak to dobrze, że dziś nie musi. Szczęśliwie mama gotowała wyborne obiady, zatem kubeczki smakowe także przechodziły rzetelny proces edukacji, miały szansę całkowicie nieświadomie złapać solidne podstawy gastronomicznej wiedzy z zakresu 'co z czym jak i dlaczego'. Nauka nie poszła w las.
Dziś spędziłam cudowne popołudnie w kuchni, zrobiłam potworny bałagan, zajmując każdy milimetr blatu roboczego. Dziecko dołączyło się do zabawy. Oto najlepsza forma piątkowego relaksu. Wyhodowana wciągu tygodnia chandra pięknie się rozeszła, na dodatek w domu zapachniało latem, gdyż upieczone zostały ciasteczka z nadzieniem różanym (gdyby ktoś, podobnie jak ja miał chrapkę na powiew lata przepis znajdziecie tutaj). 
Weekend będzie boski, biorąc pod uwagę, że w poniedziałek nie trzeba iść do szkoły - kolejny tydzień również zapowiada się świetnie:)))






Dziś bez fanaberii, bez zadęcia, na całkowitym gastronomicznym luzie serwuję placki ziemniaczane. Placki  choć to typowo polski  przysmak, stoją w kontrze wobec bigosu - robi się je migiem. W nadchodzącym sezonie będą z pewnością często spotykanym zjawiskiem na moim stole, z różnymi dodatkami, sosami i posypkami, dziś jednak wersja podstawowa bo na taką mam ochotę.


składniki: 

1 kg ziemniaków, 
2 jajka,
1 średnia cebula,
3-4 łyżki mąki
łyżeczka soli, 
pieprz czarny mielony,
olej rzepakowy


Wszystkie składniki zmiksowałam w malakserze, smażyłam na oleju z obu stron aż placki zrobiły się złote. Mój drogi Dziadek zwykł ścierać kartofle ręcznie i zawsze czekał by od ziemniaczanej brei oddzieliła się skrobia, dopiero wówczas mieszał z nią resztę składników. To też był dobry sposób, jednak zdecydowanie bardziej wymagający.
Ja tym razem wybrałam drogę na skróty - cała filozofia ograniczyła się do obrania ziemniaków i naciśnięcia guzika 'on' w robocie kuchennym.  Gotowe placki posypałam czerwonym pieprzem, 
podałam ze śmietaną i cytryną.

Proste i pocieszne, chyba wszyscy o tym wiedzą!!



sobota, 22 września 2012

zapiekane naleśniki z porami i boczkiem



Mija tydzień w chorobie, zawartość lodówki jest więc mocno przerzedzona, gdzieś z zakamarka majaczy do mnie resztka wędzonego boczku, pozostałego z bigosu, spozierają na mnie chyłkiem cztery ostatnie ekologiczne jajka, odrobina sera żółtego błaga by ją zużyć. Całe szczęście mam też dwa pory i kilka pomidorów, jest szansa na obiad!
Cotygodniowa akcja - czyszczenie lodówki, znana jest chyba każdemu, najczęściej owocuje potrawą jednogarnkową, makaronową zapiekanką lub dość przypadkową formą sałatkopodobną. Każda z wyżej wymienionych form jest zacna i nobilituje nas do miana perfekcyjnych pań lub panów domu, zużywamy ostatki, jesteśmy cudownie ekologiczni, nie marnujemy jedzenia...



Mistrzyniami kulinarnego recyklingu były niewątpliwie gospodynie w epoce PRL, dziełem ich rąk powstawały miedzy innymi jędrzejowskie kotlety z chleba - z resztek suchego razowca czy kisiel z owocowych obierków. Tamten kuchenny recykling był jednak innej natury i inną miał genezę niż dzisiejszy. Chodziło bowiem o to by ugotować coś z niczego, lub też zastąpić pożądany produkt  tańszym substytutem, dziś chodzi po prostu o szacunek do jedzenia. Nie wyrzucajmy więc jadalnych resztek, tylko pięknie je wykorzystajmy. Dziś przychodzi nam walczyć z nadmiarem i karcić siebie wewnętrznie, gdy strawa idzie na zmarnowanie, tylko dlatego, że nie mogliśmy się opanować przed kupieniem ilości nie do przejedzenia... Mnie udało się lodówkę opróżnić tym razem niemal do końca, z pozostałą resztką mleka i jajkami jakoś sobie poradzę na dniach, najbardziej problematyczna wydaje się być zawartość słoików otwieranych z różnej okazji i w różnym czasie. Co zrobić z otwartym dżemem z truskawek, galaretką z pigwy, powidłami ze śliwek, tahini, pieprzem zielonym w zalewie, super ostrymi papryczkami piri-piri, jak je mogę szybko zutylizować? Stanowczo za dużo tego naotwierałam, oj, jest nad czym pracować!!!

Niemniej, w poczuciu chwały i lekkiego samouwielbienia zrealizowałam swój misyjny posiłek. Pyszny i miły dla oka także. Teraz mogę z czystym sumieniem jechać po zaopatrzenie...

Czym chata bogata tym rada!



składniki na ciasto naleśnikowe:

2 jaja ekologiczne,
1,5 szklanki mąki, 
szklanka mleka, 
szklanka wody gazowanej, 
szczypta soli i cukru, 
łyżka oleju rzepakowego

składniki na farsz: 

boczek resztkowy oraz dwa plastry długodojrzewającej szynki (uwierzcie mi, dojrzewała jeszcze nim się znalazła w mojej lodówce)
2 białe części z pora (zielone poszły na zupę krem),
1 pomidor

składniki polewy serowej:

łyżka masła, 
2 łyżki mąki,
szklanka mleka, 
drobno tarty ser żółty dowolnej maści, 
świeżo starta gałka muszkatołowa, 
sól



Aby przystąpić do dzieła należy, rzecz jasna zacząć od usmażenia samych naleśników, ja robię to na suchej patelni, gdyż odrobinę tłuszczu dolewam zawsze do ciasta. Na drugiej patelni podsmażamy boczek,  a gdy ładnie zbrązowieje dorzucamy pokrojonego w talarki pora. Po 5 minutach, gdy pory zmiękną, zdejmujemy patelnię z ognia i dokładamy pozbawionego skórki, pokrojonego drobno pomidora. To by było na tyle z farszem, pozostaje jeszcze przygotować zalewę. Na patelni podgrzewamy masło, dodajemy mąkę, następnie mieszając energicznie wlewamy mleko, starty ser oraz przyprawy, gdy konsystencja polewy będzie odpowiednio gęsta i jednolita, zdejmujemy ją z gazu. Naleśniki zawijamy w rulonik i układamy obok siebie w foremce do zapiekania, polewamy wszystko sosem i wstawiamy na 30 minut do piecyka nagrzanego do 180 stopni.



sobota, 25 sierpnia 2012

omlet hiszpański po polsku


Wiele krajów ma swój sposób na omlet. W Polsce zakorzeniony od lat śniadaniowy omlet grzybek na słodko coraz częściej ustępuje miejsca wersjom wytrawnym, znanym na zachodzie: włoskiej fritattcie wypchanej sezonowymi specjałami, francuskiemu - delikatnemu omelette, hiszpańskiej - sycącej tortilli.  Ja też dzisiaj hołduję iberyjskiej odmianie omletu, ale przygotowałam ją z najlepszych polskich produktów: szpinaku z pobliskiego pola, pysznych ziemniaków Irga, jajek od zielononóżek i szczypioru czosnkowego.
Tortilla jest bodaj najbardziej znanym hiszpańskim daniem, jada się ją pokrojoną w trójkąty jako zakąskę, podaje się do obiadu lub grilla, ma także szerokie zastosowanie w tapas barach, gdzie podaje się ją między innymi na grzankach.
W Hiszpanii jadałam wyłącznie klasyczną wersję tortilli, jeden jedyny raz zaserwowano mi wersję delikatnie udziwnioną, mianowicie z ziemniaków ubitych, nie pokrojonych. Była pyszna, chociaż jej przekrój nie prezentował się już tak okazale. Moja dzisiejsza wersja została delikatnie ubarwiona zielonością szpinaku, był to miły akcent zarówno kolorystyczny jak i smakowy.
W gospodarstwie rolnym nieopodal mojego domu urodzaj trwa nieprzerwanie, ostatnio oczarował mnie szczypior czosnkowy, który wdzięcznie komponuje się w rozmaitych kompozycjach, smakuje – jak sama nazwa wskazuje, jak skrzyżowanie czosnku ze szczypiorem. Ponadto wygląda bosko, gdy kupimy okaz kwitnący, naszą potrawę ubarwią cudne białe, jadalne kwiatki. U mnie udoskonalił już niejedną sałatkę, kanapkę a dziś posypałam nim omlet. Wyglądał zjawiskowo, smakował fenomenalnie…




Podstawą dla wszystkich omletów są jajka, muszą być świeże i muszą pochodzić od szczęśliwych kurek.
U mnie w domu od wielu już lat używamy jajek oznakowanych numerkiem 0 lub 1, często także kupujemy białe jajeczka od zielononóżki, których walory są niezaprzeczalne. Jajka wysokiej jakości od kur hodowanych w godnych warunkach, można dostać już w niemal każdym sklepie, nie widzę więc powodu by w ich miejsce wkładać do koszyka jajka klasy L z numerem 2 lub 3.
Tortillę próbowałam przygotować już wiele razy ale dopiero od niedawna zaczęła mi wychodzić w sposób odpowiedni, oświecona lekturą zakupionej w Barcelonie książki kucharskiej umiem przyrządzić tortillę bliską ideałowi, gdybym jeszcze dysponowała obustronną patelnią, jakiej używają w Hiszpanii… ale nie można mieć wszystkiego, zatem muszę uprawiać kuchenną ekwilibrystykę przy przerzucaniu omletu, licząc na to, że ani omlet ani ja przy tym nie ucierpimy.




składniki:

2 szalotki  lub 1 mała, biała cebula,
5 dużych ziemniaków Irga pokrojonych w plasterki,
garść szpinaku sałatkowego (tj tego o drobnych liściach, większe liście trzeba posiekać),
5 jajek od zielononóżki,
2 łyżki oliwy,
3 łyżki masła,
sól,
pieprz,
szczypior czosnkowy do posypania gotowego już omletu



Jak się okazało, po rzeczonej  hiszpańskiej lekturze, podstawą by tortilla wyszła jest, oczywiście poza jakością jajek, sposób jej smażenia. Po pierwsze ziemniaki powinny się smażyć długo na niewielkim ogniu, na mieszaninie masła i oliwy, po dwudziestu minutach plasterki są mięciusieńkie i tylko delikatnie zrumienione. Nie chodzi nam wszak o efekt frytek, tylko zwartych, podgotowanych ziemniaczanych krążków. Razem z ziemniakami smażyć się powinna drobno pokrojona cebulka.
Po wspomnianych dwudziestu minutach zdejmujemy warzywa z patelni i odkładamy by delikatnie przestygły.  W misce mieszamy jajka widelcem, suto solimy i pieprzymy. Na patelnię ( ja zwykle przekładam na mniejszą niż użyta do smażenia kartofli, by tortilla była wyższa) wykładamy łyżkę masła poczym wlewamy 1/3 jajecznej masy, następnie wykładamy ziemniaki, świeży szpinak i zalewamy resztą jajek. Wzruszamy nieco ziemniaczaną strukturę, by jajka się ładnie rozeszły.  Ogień nie może być zbyt duży, bowiem ta strona tortilli potrzebuje aż 15 minut zanim ją będziemy mogli przerzucić.
Gdy czas ten minie zaczyna się kuchenna gimnastyka - należy za pomocą talerza, o średnicy zbliżonej do patelni, przerzucić omlet na drugą stronę. W miarę możliwości trzeba tę czynność wykonać szybko - wierzchnia warstwa, jeszcze nie jest ścięta... Patelnię można delikatnie natłuścić, drugiej stronie omletu potrzeba kolejnych 10 minut na gazie. Potem pozostaje już tylko posypać tortillę szczypiorem i kwiatkami. Wbrew powszechnemu przekonaniu tortilla nie powstaje w pięć minut, ale efekt jest więcej niż zadowalający. Przysięgam!



Można jeść na zimno i na gorąco - smakuje zawsze świetnie !