Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 maja 2015

beurre blanc - elegancja Francja!


Puree ziemniaczane, phi! Łatwizna serwowana do każdego przeciętnego obiadu, tam jednak smakuje  jak danie samostanowiące, nie dodatek. Zanurzasz widelec w tej cudownej konsystencji, a potem  smakujesz całym sobą. Idealnie gładkie, pozbawione grudek, przyjemnie aromatyzowane pieczonym  czosnkiem. Ziemniaki - ot, taki banał. Obok nich wytrawny flan - nie przyszłoby ci do głowy, że z pospolitego selera. Mój Boże, jaki on jest pyszny!!! Główną atrakcję talerza, stanowi biała ryba podana na kopczyku z czarnej soczewicy, filet nurza się w beurre blanc, sos się nie rozwarstwia jest spójny, cudownie pobrzmiewa w nim wino. Jest tak przepyszny, że milkną rozmowy, ci którzy nie doświadczają takiego jedzenia na co dzień, chcą w pełni oddać się chwili smakowania. W kieliszku musują bąbelki, wokół cudowna melodia francuskiego popołudnia.
Drodzy Państwo, witamy w Szampanii, à ta santé!




Założywszy słomkowy kapelusz próbowałam zgrabnie wtopić się we francuskie tło, co oczywiście udać się nie mogło, albowiem:
- wypiłam nieprzyzwoitą ilość szlachetnego wina i poruszałam się krokiem najogólniej rzecz ujmując fantazyjnym (Ministerstwo Śmiesznych Kroków z pewnością mogłoby mnie obsadzić na jednym ze stołków), 
- w milczeniu zjadłam kilka niezapomnianych posiłków (Francuzi nigdy nie jedzą w milczeniu), 
- pstryknęłam fotkę sławetnemu Dom Perignon, a następnie milionie innych miejsc, aparat, jak słomkowy kapelusik, był nieodzownym elementem mojej urlopowej stylizacji
- upaprałam sobie płaszczyk pyłkiem kwitnącego rzepaku, a białe buty grząskim podłożem szampańskich winnic (potem wyklinałam jedno i drugie w gwarze dalekiej od lokalnej), 
- wzruszyłam się oglądając dostojną katedrę w Reims, podczas gdy lokalsi zupełnie obojętnie sączyli kawkę u jej stóp

Uwielbiam być turystą we Francji. Jako że od kilku dni obsesyjnie przygotowuję wciąż beurre blanc, mogę ogłosić, że zaczęło mi wychodzić modelowo, dziś podaję więc na nie sposób. Z rybą jest najlepsze, ale znakomite także ze szparagami i innymi warzywami. Voila!




składniki:

dwie szalotki,
pół szklanki wina białego,
kostka schłodzonego pokrojonego na kawałki masła, 
kilka kropli soku z cytryny, 
sól,
ewentualnie biały pieprz,

Szalotki drobno kroję i delikatnie podsmażam na odrobinie masła, następnie zalewam je winem i czekam aż zredukuje się o połowę, po tym czasie można, co sugeruję, zblendować lub przetrzeć przez sito winną cebulkę, potem zmiksowaną znów należy podgrzać. Ciepłą bazę zdejmuję z ognia i dodaję nieduży kawałek masła. Zaczynam intensywne ubijanie rózgą, dodaję kolejne kosteczki schłodzonego tłuszczu, nieustannie mieszając powstający sos, z czasem nabiera on koloru kości słoniowej i cudnej kremowej konsystencji. Pod sam koniec dodaję odrobinę soku z cytryny wciąż ubijając i sól, we Francji częstym dodatkiem jest też biały pieprz, ale ja go nie lubię więc nie dodaję. Julie Child poleca by w beurre blanc znalazł się także ocet z białego wina, mi jednak bardziej odpowiada wersja wyłącznie na winie, jest subtelniejsza ( robiłam już sos według kilku receptur).

Na moim obrazku uchwyciłam przypadek z udziałem musu szparagowego, ale nie był szałowy, więc nie ma o czym mówić. 


niedziela, 29 marca 2015

torcik czekoladowy z wiśniami (zawiera gluten, tłuszcz i najgorsze alergeny)



Aktualnie w dobrym tonie jest nie jeść glutenu - cichego zabójcy, który niepostrzeżenie trawi nasze organy wewnętrzne, wystrzeganie się nabiału jest również mile widziane, laktoza = zło wcielone. Mięso też, aby być na czasie, należałoby ominąć, ewentualnie możnaby zrobić ukłon w stronę piersi z indyka, ponieważ dietetycy krzyczą, że to najchudsze, tym samym najzdrowsze mięso. Wielce pożądane jest posiadanie zaprzyjaźnionych sklepów w których każdy dostępny produkt opatrzony jest certyfikatem super ekologicznej, wolnej od chemii żywności. W takim sklepie kupimy przecież olej lniany, którym płukać będziemy usta z rana na poprawę ogólnej kondycji psychofizycznej, dostaniemy tu również fantastyczną wędlinę sojową o smaku salami, która nie zawiera białka zwierzęcego, a to nas cieszy. Chcąc być na czasie należy raz na jakiś czas zamówić sobie dietę cud z dostawą do domu, wówczas zbilansowany posiłek wyląduje na naszym stole bez cienia naszego wysiłku. Dieta cud będzie rzecz jasna wolna od glutenu, nabiału i czerwonego mięsa. Kawę zbożową suto podlejemy z rana mlekiem migdałowym, na śniadanie kupimy sobie paczkowany chleb z gwarancją bezpieczeństwa "gluten free" a do niego zjemy miks sałat z folijki, no bo wiadomo, że warzywa zielone więcej witamin zawierają niż te pieczone, gotowane, smażone. Biały cukier na stałe zastąpimy stewią, czarne jak smoła, wypłukujące magnez espresso zamienimy na rumianek, względnie na pokrzywę, a watowaty chlebuś posmarujemy  margarynką obniżającą zły cholesterol. Będziemy się czuli wspaniale, nasze trzewia wreszcie będą wolne od złogów, cały organizm wypłukany z toksyn, cera stanie się promienna, nie do poznania! Stracimy w niedługim czasie 30% masy ciała. Wszyscy wokół będą zachwyceni naszą konsekwencją i przemianą na lepsze.
Wchodzicie w to? Ja nie, dziękuję, mimo wszystko. Trudno się mówi, nie będę trendy… zjem kosmicznie niezdrowy, słodki, mocno czekoladowy torcik, a potem nie będę się wcale bić w piersi. Przyjemności też są przecież ważne w życiu.

* Posłowie.
Żeby nie było. Ludziom, którzy cierpią na nietolerancję bądź dotkliwą odmianę alergii współczuję straszliwie i trzymam za nich kciuki by mimo rygorów dietetycznych ich życie miało smak. Nie umiem natomiast zrozumieć jak można nie będąc alergikiem, wybierać paczkowany, nafaszerowany chemią chleb bezglutenowy w miejsce razowca i odczytywać to jako wybór dla zdrowia (oczywiście niektórzy pieką sami fajne bezglutenowe pieczywo, ale nie jest to normą). Nie umiem zrozumieć jak można zajadać się wędliną sojową lub dietetyczną piersią z kurczaka dzień w dzień skoro można raz w tygodniu przygotować sobie gęś albo jagnię, o rezygnacji z masła na rzecz utwardzonych tłuszczów roślinnych nie potrafię nawet myśleć, bo z miejsca musiałabym zalać się łzami.


Tym, którym gluten, czekolada i jajka niestraszne polecam mój urodzinowy torcik - pyszny! Na spodzie brownie z czekoladowym musem i wiśniami. Poezja! Nie da się go zjeść dużo, więc nie grozi  nam chyba gwałtowny skok glukozy.




składniki na torcik o średnicy 24 cm:

spód brownie:

0,5 kostki masła (prawdziwego, nie można zastąpić margaryną)
dwa jajka ( kurze, jak najbardziej szczęśliwe jajka)
0,5 szklanki cukru białego ( najbielszego pod słońcem)
0,5 szklanki białej mąki (najbielszej pod słońcem)
gorzka czekolada 100g


mus:

0,5 kostki masła
gorzka czekolada 100 g
3 jajka
2 kopiaste łyżeczki kakao, 
100 g cukru,
2 łyżeczki żelatyny rozpuszczone w 1/4 szklanki wody

garść wiśni mrożonych (resztę spożytkujcie na kompot)


do ozdoby:
bratki od znajomego hodowcy, aby bezpiecznie można je było zjeść


Zabawę z ciastem zaczynamy od upieczenia spodu. Stratujemy od rozpuszczenia czekolady z masłem - ja robię to na najmniejszym palniku, nie w kąpieli wodnej. Gdy masa ostygnie dorzucam cukier jajka i mąkę. Cisto na brownie wlewam do foremki wysmarowanej masłem i wstawiam do piekarnika  rozgrzanego do 180 stopni na 25-30 minut.
Dalszym krokiem jest przygotowanie musu czekoladowego, warto zacząć od rozpuszczenia i dokładnego wymieszania żelatyny. Podobnie jak w przypadku spodu rozpuścić należy czekoladę i masło, a później ostudzić tę obłędnie pachnącą masę. Następnie oddzielamy żółtka od białek. Białka ubijamy na sztywną pianę z cukrem, żółtka mieszamy z kakao. Potem stopniowo łączymy wszystko razem, dodając pianę na samym końcu i delikatnie mieszając dużą łychą.
Rozmrożone wiśnie układamy na ostudzonym spodzie brownie i zalewamy musem czekoladowym. Wstawiamy na noc do lodówki aby od rana móc cieszyć się tym czekoladowym cudem od rana.
Przed podaniem z okazji wiosny ozdobiłam mój egzemplarz bratkami z Rysin.
Jest cudnie!


wtorek, 24 marca 2015

spaghetti z pulpecikami - szałowe bo szałwiowe, z winem na dodatek!






Ja, mała w gęstym, starym sadzie, wokół niemal wszystko zielone - dom, soczysta poprzetykana tu i ówdzie mniszkami wysoka trawa, kształtne liście owocowych drzewek tworzące gęstą girlandę niewiele ponad moją głową, drewniany domek pomalowany jest także na zielono. W oddali kontrastuje z otoczeniem jedynie biała sukienka innej dziewczynki, która wspina się wysoko na palcach by dosięgnąć najdorodniejszej czereśniowej parki. Chodzimy po soczystej trawie na bosaka. Zrywamy najczerwieńsze okazy, zawieszamy je sobie na uszach, a potem porównujemy czyje kolczyki są ładniejsze. 
Najprostsza chwila szczęścia utrwalona i zachowana na później.

Wspomnienie to przyszło do mnie nagle i od kilku tygodni nie daje o sobie zapomnieć, za sprawą narady rodzinnej udało się ustalić tożsamość sadu oraz jego właścicieli, wiadomo także, że wszystkie pękate od czerwieni czereśnie były pełne lokatorów i że pestkami pluło się dalej niż sięga wzrok. Nieznana jest natomiast przyczyna dla której sad wrócił do mnie akurat teraz, może jest to element mojej ulubionej koloroterapii? Pewnie tak, wiosna dopiero się budzi do życia, a u mnie zielono już od jakiegoś czasu, w soczystych wspomnieniach z wczesnego dzieciństwa. Czuję się świetnie, marzec to mój czas! Na dowód przedstawiam jedno z moich dokonań, a jest ich sporo ostatnio, uwierzcie, choć niestety nie wszystkie mają szansę być utrwalone. Dla tych, których martwi moja rzadsza aktywność w naszej blogosferze - pocieszam, mój blog nie umiera, zapału nie brakuje, tylko czasu na utrwalanie i pozbieranie myśli trochę mniej. Niniejszy makaron to klasyk gatunku, u mnie musi być mocno szałwiowy i podlany czerwonym winem, dzieci za nim przepadają, dorośli również. Wspaniałe danie na rodzinny obiad.





składniki na obiad dla czterech osób na dwa dni, tj 8 solidnych porcji:

0,5 kg mielonego mięsa wołowego,
0,5 kg mielonego mięsa wieprzowego,
4 ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę,
kilka dorodnych listków szałwii 
garść świeżej bazylii, 
sól

dwie puszki pomidorów krojonych (znakomicie sprawdzi się także dobrej jakości passata),
dwie duże cebule,
4 gałązki selera naciowego, 
1 duża marchew,
3 ząbki czosnku pokrojone w talarki,
pół butelki czerwonego wytrawnego wina,
sól, 
pieprz, 
łyżka cukru,
świeża szałwia i bazylia

+ do podania
spaghetti i parmezan


Mięso wyrabiamy wraz z przyprawami w sporej misce, niechaj nam się wszystkie mięsa ładnie wymieszają z ziołami i solą. Następnie formujemy malutkie pulpety, które obsmażyć należy ze wszystkich stron na niewielkiej ilości oleju. Gotowe kulki wkładamy do żeliwnego garnka, zalewamy winem pozostawiając bez przykrycia by alkohol odparował. Na patelni w tym czasie podsmażamy drobno pokrojoną cebulę, seler naciowy, marchew startą na grubej tarce i czosnek, gdy zmiękną dorzucamy je do wina, odbezpieczamy dwie puszki z pomidorami, zawartość także umieszczamy w żeliwnym garnku. Mieszamy, solimy, pieprzymy i przykrywamy pokrywką. Po 30-40 minutach jest czas by dosypać świeże zioła - drobno posiekaną szałwię i bazylię.
Szałwia w połączeniu z winem potrafi zdziałać cuda, dzięki niej to proste danie zyskuje finezję i zaciekawia wielością aromatów. Polecam :)



niedziela, 11 stycznia 2015

Lazania ze szpinakiem, gorgonzolą i orzeszkami piniowymi


Orkan Feliks stuka do drzwi i z uporem maniaka wyważyć chce szyby w oknach, pamiętam gdy w zeszłym roku po Polsce pałętał się imć Ksawery i szkód narobił co niemiara. Marudyzm nie ima się mnie ostatnio, ale wiatru nie znoszę nawet wówczas gdy tryskam optymizmem. Nie cieszy mnie bałtycka bryza nawiewająca do oczu nieskończone ilości mikro-ziarenek, nie cieszy kochany przez windsurferów wiatr w Zatoce Puckiej, nie korcą wyjazdy na wyspy omiatane solidnym wichrem przez rok cały, halny mnie nie cieszy, a już wietrzysko w pakiecie z marznącą mżawką jest kwintesencją całego pogodowego zła. 
Co począć? 
Boję się wychylić nos poza bezpieczne domowe ramy, gotuję a przy tym niebezpiecznie wybiegam myślami w przód. Widzę siebie rozpartą przy stole ogrodowym, z nogami bezwstydnie opartymi o blat. Wiosenne słońce rzuca światło zza mojej ulubionej brzozy tworząc impresjonistyczny rysunek na trawniku, siedzę, suszę paznokcie, słucham poćwierkiwania wróbli, piję kawkę, albo kręcę kieliszkiem - w zależności od nastroju, czasem przejedzie samochód, czasem przejdzie ktoś z sąsiedztwa, a ja siedzę, milczę i jest mi dobrze. Otula mnie ciepły, wiosenny zefirek i zapach zieleni. 

Zdecydowanie za wcześnie na takie marzenia, ale jestem bezradna wobec tego, co widzę za szybą.   Sądzę zresztą, biorąc pod uwagę okoliczności, że nie jestem osamotniona w tej tęsknocie. :) Wspomagam się wizją kolejnego sezonu i serwuję lazanię pachnącą Italią.
Na śnieg się nie obrażę, w końcu to jego czas, ale wiatr niech idzie precz skąd przyszedł!




składniki dla 4 osób:

8 płatów lazanii,
paczka mrożonego szpinaku w liściach,
opakowanie gorgonzoli,
1 duża cebula, 
4 ząbki czosnku, 
sól

beszamel:
0,5 l mleka
50 g masła,
50 g mąki,
gałka muszkatołowa, 
sól,
parmezan utarty na wierzch,
garść orzechów pinii

Lazania to danie banalne, powstaje raz dwa i można ją faszerować na milion sposobów. Niespecjalnie przepadam za klasyczną mięsno-pomidorową wersją, wolę warzywne z serowymi dodatkami. Nie trzeba płatów makaronu obgotowywać, wszak zmiękną pod wpływem beszamelu i sosu, jednak, ja lubię je zanurzyć we wrzątku na 2 minuty by stały się plastyczne. Dzięki temu gotowa lazania w przekroju wygląda ciekawiej, jest mniej regularna.

Zaczynamy od sosu szpinakowo-serowego. Drobno posiekaną cebulę delikatnie dusimy, gdy jest miękka dorzucamy czosnek w plasterkach a następnie szpinak. Przykrywamy pokrywką na 10 minut. Po tym czasie jeśli na patelni pozostał płyn, warto go odparować. W końcowej fazie dodajemy rozdrobnioną w palcach gorgonzolę i nieco soli. Beszamel przygotowujemy na drugiej patelni. Połowa sukcesu to zasmażka z masła i mąki, potem stopniowo należy ją mieszać za pomocą trzepaczki z mlekiem. Gdy sos będzie jednolity - konsystencję powinien mieć nieco bardziej gęstą niż ciasto naleśnikowe - dodajemy sporo gałki i soli. Dno naczynia żaroodpornego smarujemy warstewką masła, wykładamy pierwsze dwa lekko obgotowane płaty ciasta, na nie kolejno szpinak i beszamel. Nie trzeba się silić by szpinak ułożony był równo, szpinakowe góry i doliny fajnie zadziałają na stronę wizualną dania. Ostatni płat makaronu przykryjemy tylko beszamelem, na wierzch pójdzie już tylko tarty parmezan i orzeszki piniowe. Tak przygotowaną lazanię pieczemy 25-30 minut w 180 stopniach. 




Mimo całego mojego uwielbienia dla dań miejscowych jestem zdania, że gotowanie śródziemnomorskich specjałów zimą wpływa korzystnie na psychikę, dlatego aplikuję sobie tę przyjemność gdy tylko najdzie mnie ochota. 





wtorek, 17 czerwca 2014

knekkebrød - wspólne czerwcowe chrupanie


To nie mogło się nie udać! Mimo abstrakcyjnie brzmiącej nazwy i skandynawskiej proweniencji, która pozostaje dla mnie wciąż słabo zgłębiona, udało mi się sprostać zadaniu i upiec nasz czerwcowy chleb . Chleb szyty na miarę dla mnie - bo bez zakwasu, który przeto lubi mi figle płatać i bez mozolnej procedury wyrabiania, wałkowania, maglowania, które to czynności cierpliwość moją na próbę za każdym razem wystawiają. Dziś było idealnie, obyło się bez wyrabiania, bez zakwasu - ba! nawet obeszło się bez drożdży, do tego wszystkiego wypiek znakomicie wpisuje się w mój dietowy nastrój, śmiem twierdzić, choć dietetykiem nie jestem, że jego spożycie sprzyjać będzie dalszej, lawinowej utracie kilogramów no bo błonnik, otręby, naturalna miotełka dla naszego układu trawiennego i tym podobne. Sprostawszy więc wyzwaniu, zagryzam rozkoszne, wiosenne, wyszczuplające kanapeczki i myślę o tym, jak świetnie wyglądać będę już lada chwila w bikini...





Składniki:
200 ml otrębów pszennych

200 ml płatków owsianych

200 ml pestek dyni

200 ml pełnoziarnistej mąki żytniej

200 ml ziaren słonecznika
100 ml siemienia lnianego
100 ml ziaren sezamu
2 łyżeczki soli
700 ml wody






Wszystkie składniki wymieszać i odstawić na 10 minut. (Leń mną zawładnął, zatem uprościłam sobie tę i tak prostą procedurę miksując wszystkie składniki w malakserze)
Wykładamy blachę papierem i rozsmarowujemy ciasto cieniutko  równą warstwą. ( moje ciasto było dość jednolite, bo wszytko sprytnie zmiksowałam, ale z wierzchu potraktowałam je siemieniem i sezamem by było ładniej)
Wstawiamy do nagrzanego piekarnika do 150 stopni z termoobiegiem na 10 minut (u mnie bez termo, bo nie działa, górna i dolna grzałka dały radę)
Po 10 minutach wyciągamy i kroimy na prostokąty. Wstawiamy ponownie do piekarnika jeszcze na 30-40 minut.
Wyciągamy i odstawiamy do wystygnięcia – po ostygnięciu stwardnieje.
Najlepiej przechowywać w szklanym lub ceramicznym pojemniku z przepuszczalną pokrywką.

Mój chrupki chlebek potraktowałam wszystkim, co miałam pod ręką. Stworzyłam sobie wiosenną rozpustę na śniadanie - były szparagi, przepiórcze jajko, rzodkiewki, Philadelphia, zioła, młody bób i piękne słońce za oknem. Oby tak dalej! Jutro powtarzam tę przemiłą poranną sytuację.
Sceptyków (ja też do nich należałam, bo za chrupkim pieczywem nie przepadam) zachęcam do wypróbowania tej arcyprzyjemnej, bezinwazyjnej receptury, zapraszam także na wnikliwe przestudiowanie blogów pozostałych uczestników chrupiącej czerwcowej piekarni! Oto one:


Smacznego :)







czwartek, 12 czerwca 2014

Eton Mess - każdy ma taki deser na jaki zasłużył...




Wszystko zaczęło się od białek, które od pewnego czasu misternie były przeze mnie zbierane do zamykanego pudełeczka w zamrażarce. Z każdym zużytym do sosu holenderskiego żółtkiem, przy każdym lemon curd, ilekroć robiłam bajeczny domowy makaron jajeczny - a robię go nader często - białko lądowało w zbiorczym pojemniku. Planowanym finałem dla kosmicznej liczby białek miała być wielka niczym słoń Pavlova, podana na jakiejś tłumnej imprezce, Pavlova miała być tyleż ogromna, co idealna  i wszyscy zgromadzeni mieli jęknąć z zachwytu na jej widok...
Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy na wpół rozmrożone białka odkryłam dnia któregoś spoczywające na kuchennym, mocno nasłonecznionym blacie... pomyślałam więc o Pavlovej, ale jako, że aktualnie dręczę się dietą nie był to pomysł najlepszy. W ramach ocalenia arsenału białek popełniłam więc całkiem niegroźne beziki, które zamknąć można przecież w szczelnej puszeczce i zapomnieć o ich istnieniu na czas jakiś. 





Wbrew przypuszczeniom beziki nie dały o sobie zapomnieć, do dziś pozostało ich zaledwie kilka, jednak ja - przysięgam - nie zjadłam ani jednej. Pozostałam obojętna (pozornie acz skutecznie), popijając koktajl z banana i truskawek. Dzieciom serwowałam bajeczny Eton Mess - angielski warstwowy deser z kruszoną bezą, bitą śmietaną i owocami. Coby było im jeszcze przyjemniej, w deserze znalazły swoje miejsce także lody śmietankowe, warstwy następowały naprzemiennie - kruszonej bezy nie należy żałować! Eton Mess jest chwalony, robię go już któryś dzień z rzędu, bezy znikają.  
Cóż, zaczynam więc znów kolekcjonować białka...



składniki na bezę:

białka,
cukier puder

(na 6 białek - 300 g cukru pudru)

+
truskawki krojone i miksowane,
bita śmietana z odrobiną cukru pudru,
lody

lub w wersji dla nieposiadających białek, lub czasu, lub ochoty na suszenie - gotowe bezy z cukierni


Wobec braku wiedzy na temat faktycznej liczby białek ustalenie właściwych proporcji odbywało się na oko. Powyższe proporcje są jednakowoż sprawdzone więc podaję, jeśli ktoś natomiast jest w posiadaniu niepoliczonej liczby białek w zamrażalniku, należy badać konsystencję piany, a robi się to tak:
Zaczynamy od ubijania mikserem samej piany bez cukru. Gdy będzie już sztywna, stopniowo dosypujemy cukier puder miksując, aż piana stanie się lśniąca i ciągnąca. 
Papier do pieczenia smarujemy niewielką ilością oleju, a następnie wykładamy zgrabne kopczyki z piany tworząc u góry zawijas. Wkładamy blachy z kopczykami do piekarnika nagrzanego do 100 stopni, gdzie suszyć się będą przez ok 3 godziny. Po wyjęciu bezików dajemy im ostygnąć na kratce, a potem chowamy do zamkniętego pojemnika.



Eton Mess udokumentowałam, polecę za sprawą rekomendacji gości i potomstwa, ze swojej strony mogę za to polecić miksowanego z truskawkami banana :)

A Wy? Zasłużyliście sobie na Eton Mess?




poniedziałek, 2 czerwca 2014

estragonowa tarta z białymi szparagami




Była niesamowita. Przychodziła do mnie co najmniej raz w tygodniu i opowiadała o swoich nowych kulinarnych odkryciach. Ja zresztą nie pozostawałam jej dłużna, gdy tylko zdarzyło mi się w kuchni coś niezwykłego śpieszyłam, by jak najszybciej jej o tym donieść. Przybiegała do mnie i od progu z nieposkromioną radością oznajmiała, że oto kupiła niespotykaną odmianę pomidorów, że skorzystała ze znalezionego w 'Chwili dla Ciebie' rewelacyjnego przepisu na zapiekankę warzywną i, że rzecz jasna jedno i drugie przytargała dziś dla mnie bym mogła podzielić jej entuzjazm. Była otwarta na nowe, z rozkoszą eksplorowała tajniki kuchni dalekich, na jej stole obok dań codziennych pyszniły się rarytasy pozornie wyrwane z kontekstu, a znakomicie oddające jej naturę i ciekawość świata. To ona pierwsza powiedziała mi o szparagach, to ona nakarmiła mnie zupą z białych łebków - była to zupa finezyjna, kremowa, zagęszczona płatkami ryżowymi, kremówką i ubarwiona dużą ilością świeżego koperku. Z lubością i sentymentem wracam do tej zupy, zawsze gdy sięgam po biały pęczek cofam się myślami do naszych chwil i do tej radości ze wspólnego odkrywania. 

Dziś sięgnęłam po białe łebki pierwszy raz w tym roku i usadowiłam je na tarcie z mocnym estragonowym akcentem. Estragon suszony dodał charakteru ciastu, świeży natomiast dopełniał smak zalewy serowo-jajecznej, sama nie wiem, kto jest bohaterem pierwszoplanowym tego dania - szparag i estragon równie intensywnie zaznaczają tu swą obecność.  
Piękne, delikatne danie, piękne aromaty, piękne wspomnienia. 




składniki:

na spód

dwie szklanki mąki pszennej,
150 g masła, 
łyżka suszonego estragonu,
jedno jajko, 
łyżeczka soli


pęczek białych szparagów lub 15-20 białych łebków na wagę
100 ml śmietanki kremówki
100 g tartego Emmentalera
3 jajka,
cebula,
pieprz, 
sól, 
gałka muszkatołowa,
świeży estragon


Zagniotłam ciasto na tartę - masło miałam niemiłosiernie twarde więc je starłam na grubych oczkach tarki, dosypałam mąkę, sól, dodałam jajo i estragon po czym maglowałam w łapkach do uzyskania kształtnej kulki (gdy ciasto jest mało plastyczne można dodać łyżkę kwaśnej śmietany). Sztuka nakazuje schłodzić przygotowane ciasto, ale nie miałam ochoty czekać, więc z miejsca wyściełałam nim formę do tarty. Ponakłuwałam delikatnie i wstawiłam do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni na 15 minut. Gdy spód się rumienił ugotowałam szparagi - białe potrzebują 8-10 minut, jako, że miały być poddane dalszej obróbce cieplnej wyłowiłam je niedogotowane i przelałam zimną wodą. Na patelni podsmażyłam pokrojoną drobno cebulkę. W misce wymieszałam jajka, świeży estragon, śmietankę i utarty Emmentaler, cebulę, posoliłam, doprawiłam gałką muszkatołową. Gdy spód był rumiany wyjęłam go, udekorowałam białym szparagami, a na koniec wszystko zalałam czekającą w miseczce masą. Tarta wróciła do piekarnika, potrzebowała 25 minut by stać się idealna.





wtorek, 20 maja 2014

truskawkowa charlotte


Leżę. Oczy mam zamknięte, bo wolę nie patrzeć. Wokół zgliszcza. Odsunąwszy stertę prezentowych toreb leżę rozpłaszczona na ulubionej kanapie. W plecach czuję przeszywający ból, więc leżę by ukoić styrane kręgi. Z kuchni dobiega mnie melodia pracującej już od wielu godzin zmywarki. Otwieram jedno oko by ocenić skalę czekającego mnie przedsięwzięcia - po chwili zamykam je znowu i leżę. Jeszcze nie jestem gotowa. Brudne gary nie uciekną. Nie wabi mnie wcale wciąż stojąca na stole patera z ciociną karpatką ani maminą pyszną szarlotką, nie kusi brytfanna w której zrazy pojedyncze się były ostały. Przypuszczalnie nie tknę jedzenia przez najbliższe stulecie, nie dlatego, że się objadłam do nieprzytomności, lecz dlatego, ze zwyczajnie przedawkowałam kuchnię...  Leżę, ledwo żyję i czuję, że przepełnia mnie niewymowne szczęście porównywalne przypuszczalnie ze szczęściem maratończyka, który dobiegłszy do mety ma ochotę skakać z radości pod niebiosa. Ja nie skaczę, lecz leżę i nie wiem kiedy wstanę, kiedy coś ugotuję, bo na chwilę obecną wydaje mi się, że od teraz będę stołować się u innych. Odessanie z energii jest jednak tylko pozorne, doświadcza go wyłącznie moja powłoka - duch się cieszy, pozytywnie naładowany poprzez obcowanie z bliskimi.




Skoro w najbliższym czasie planuję nie gotować (jakkolwiek nieprawdopodobna wydaje się moja deklaracja i mało realna, biorąc pod uwagę wilczy apetyt współdomowników) podzielę sie z Wami charlotte, którą przygotowałam na przedwczorajszą okoliczność rodzinną. Wyszła przepiękna i przedelikatna, była także znakomitym pretekstem do zainaugurowania sezonu truskawkowego. Przewiązana kremową wstążką wspaniale wpisywała się w charakter przyjęcia - polecam na chrzciny, komunie i wesela. Charlotte uwiodła mnie w książce Rachel Khoo, gdzie zdobiły ją kwiatowe płatki w cukrze, jednak nie skorzystałam z jej przepisu, postawiłam na improwizację i jestem zadowolona.


składniki:

kocie języczki,
dwa opakowania mascarpone 500 g
400 ml śmietanki 36%,
cukier puder - u mnie skromna ilość,
400-500 g truskawek,
laska wanilii,
4 łyżeczki żelatyny rozpuszczone w połowie szklanki wody,
owoce, kwiaty i liście mięty bądź melisy na szczyt charlotte





A zrobiłam to tak ;)
Zaczęłam od konstrukcji z herbatników. Dno tortownicy  ( o 20 cm średnicy) przykryłam papierem do pieczenia, następnie zamknęłam obręcz, potem należało ułożyć płotek i dno z biszkoptów.
Żelatynę rozpuściłam w gorącej wodzie, a następnie wzięłam się za ubijanie śmietany. Cukier puder, mascarpone i wanilię dodałam gdy śmietana była już dość sztywna. Do połowy masy wblendowałam garść truskawek. Na sam koniec w oba kremy wmieszałam przygotowaną wcześniej żelatynę. Masę różową wyłożyłam na biszkoptowe dno, potem utworzyłam pięterko z plasterków truskawek i drugą - białą warstwę kremu.  Zwieńczeniem charlotte były truskawki w całości, przepołowione i małe morelki. Charlotte chłodziła się całą noc.
Tuż przed podaniem dodałam miętę i bratki, oprószyłam ciasto cukrem pudrem, uwolniłam z obręczy i przewiązałam kremową wstążką. Wnętrze się nie rozjeżdżało, delikatny róż i biel wyglądały pięknie w przekroju, konsystencja mojej wersji była tortowa, ale można ją nieco usztywnić dodając więcej żelatyny, by uzyskać coś na kształt sernika na zimno. Bardzo fajny zamiennik dla tortu! A a propos tortów - taki klasyczny też powstał ( na wypadek gdyby eksperymentalna charlotte nie wyszła :)). Bratki bardzo ładnie prezentują się na białym śmietankowym tle.





piątek, 9 maja 2014

suflet ze szparagami i serem szwajcarskim z Grzybowa




Jest takie miejsce w mazowieckim, do którego wrócić od dawna chciałam. Gdy byłam w nim po raz pierwszy z grupą przedszkolnych dzieciaków, zamarzyłam by w przyszłości zabrać tu własne pociechy. Rzecz się ziściła w tym tygodniu.
Gospodarstwo ekologiczne Państwa Ewy i Petera Stratenwerth to nie tylko cudowna, dziewicza okolica, nie tylko zwierzaki i świetne produkty, ale także i przede wszystkim eko-edukacja.  Dzieciaki uczą się rozróżniać gatunki zbóż, przesiewać mąkę, wyrabiać chleb, słuchają fascynujących opowieści o owadach, obserwują jak wygląda gniazdo trzmiela od wewnątrz, robią świece z pszczelego, pachnącego wosku, wąchają zioła, uczą się o ich właściwościach, sadzą drzewa, tworzą śliczniutkie wycinanki, z zaciekawieniem oglądają grill słoneczny i zachłystują się urokiem wsi bez końca.
Kolejny raz przywiozłam z Grzybowa wspaniałe wspomnienia, przywiozłam także fantastyczny chleb razowy wyrabiany na miejscu już od ponad 20 lat oraz przepyszny dwumiesięczny ser szwajcarski - trzeba nadmienić, że gospodarz Peter pochodzi z Bazylei, więc zacięcie do sera ma we krwi :) Gospodarze są wegetarianami, dlatego tutejszy ser powstaje przy użyciu podpuszczki mikrobiologicznej.

Grzybów to cudowne miejsce na wycieczkę, albo Zieloną Szkołę (grupy do 15 osób). Grzybowskim arcypysznym chlebom przyjrzeć się można bliżej na stronie Biopiekarni, na terenie Gospodarstwa działa odpowiedzialne ze organizację opisanych warsztatów Stowarzyszenie Ziarno, jednym z głównych jego celów jest edukacja i promowanie ekologicznego sposobu na życie. To bardzo świetny cel, oby więcej i więcej takich miejsc w Polsce!

....skoro mam ser z Grzybowa i mam także szparagi z Gospodarstwa Państwa Majlertów, co oczywiste bo mam je w sezonie codziennie, dziś serwuję wiosenny suflet z udziałem obojga, na który najserdeczniej zapraszam.








Sezon szparagowy w pełni, nie umiem się oprzeć tym warzywom, powiem zresztą szczerze, że nawet nie próbuję.  Szparagów nie widać co prawda na zdjęciach, ale zapewniam, że w jajecznym wnętrzu aż się od nich roiło :)


inspirowałam się przepisem od Amber


składniki na dwie porcje: 

2 jajka od zielononóżek - żółtka oddzielamy od żółtek,
10 g mąki, 
10 g masła,
100 ml mleka,
4 zielone szparagi,
estragon,
cztery łyżki tartego sera z Grzybowa (mój był krowi, dojrzewał dwa miesiące, miał wyrazisty smak, myślę, że można spokojnie zastąpić go charakternym Gruyerem),
odrobina młodego szczypioru z parapetu, 
sól
nieco masła do wysmarowania foremek


Zaczęłam od ugotowania szparagów, wrzuciłam je jak zawsze na osolony i lekko osłodzony wrzątek, dałam im 3 minuty, po czym ostudziłam przelewając lodowatą wodą.
Na patelni przygotowałam zasmażkę z masła i mąki, stopniowo dolewałam do niej mleko. Gdy masa była spójna i gładka wtarłam ser szwajcarski i dodałam sól. Odstawiłam do przestygnięcia.
Jajka oddzieliłam od żółtek, po czym z białek ubiłam sztywną pianę. Żółtka dolałam do wystudzonej masy serowej, wymieszałam i doprawiłam estragonem (może być suszony jak i świeży), następnie bardzo delikatnie wmieszałam ubite białka, na sam koniec wrzuciłam drobno pokrojone szparagi i szczypior. Wlałam do sufletówek wysmarowanych masłem, piekłam w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni, na środkowej blaszce przez 20 minut.


Połączenie szparagów i szwajcarskiego sera to nie nowość, dlatego wiedziałam, że duet ten wypadnie wybornie w suflecie, poza wszystkim suflet miły jest dla oczu. :) Wbrew temu, co niektórzy sądzą nie jest też wcale daniem trudnym, pracochłonnym, czy wymagającym. Polecam!




wtorek, 29 kwietnia 2014

wstążki z rukolą i mascarpone - pyszny makaron w kwadrans


Nie raz już wspominałam, że moją ulubioną przyprawą w kuchni jest czas, dlatego lubię ogromnie przepisy które wymagają poświęcenia im sporej części dnia. 



Lubię wstać rano i nastawić siedmiogodzinną jagnięcinę, albo zrobić własne ciasto na makaron, a potem faszerować, lepić, zawijać, lubię zupy pyrkające godzinami na wolnym ogniu i długo duszone aromatyczne sosy, gratin ubóstwiam, lubię dopieszczone czasem składniki - aromatyczne wina, oliwy, octy, sery, z cierpliwością dojrzałe warzywa i owoce, nalewki, których smak rozwija się z każdym miesiącem - oto najwierniejszy portret mojej osobowości kulinarnej, czasem jednak czy mi się to podoba czy nie muszę zrobić coś na szybko. Wtedy tryb relaksacyjny i medytacyjny spokój jaki towarzyszy mi zazwyczaj wśród garów, ustępuje miejsca pośpiechowi i dążeniu do zadowalających efektów w możliwie krótkim czasie. Wówczas proces przestaje być ważny - nie ma chwili by rozkoszować się zapachem czy zasłuchiwać w subtelną melodię bulgoczącej na patelni substancji. Ma być migiem i w miarę możliwości pysznie, szybkie zaspokojenie głodu jest tu priorytetem.
Wiem, że nie każdy odnajduje w kuchni tę samą przyjemność, którą codziennie odkrywam na nowo ja, dlatego jako ukłon w stronę takich właśnie osób (które nota bene apelowały o garstkę receptur na szybko) podaję dziś przepis na makaron w kwadrans, który uskuteczniam w chwilach nieopisanego głodu lub spadku formy kulinarnej. 
Nie do końca sezonowy niestety bo cukinia i sprowadzane z daleka pomidorki, ale cóż - nie można mieć wszystkiego, rukola pochodzi z pobliskiego pola i to ona stanowi o tym daniu najdobitniej. 





składniki dla czterech osób:

łyżka oliwy,
3 duże ząbki czosnku,
1 duża cebula,
duuuużo świeżo mielonego pieprzu,
1 średniej wielkości cukinia,
pomidorki - najlepiej małe daktylowe lub cherry 10-15 sztuk,
opakowanie mascarpone, 
odrobina wody, 
sól, 
pęczek rukoli

makaron


Nie powiem zatem dzisiaj - w drodze wyjątku - że makaron należy uformować ręcznie, sprawdzi się każdy paczkowany (może z wyjątkiem zacierek i innych drobnych kształtów). Wodę na makaron wstawiamy w dużym garze, obficie solimy, przykrywamy pokrywką i co tchu zaczynamy pościg z czasem! Zaczynamy od cebuli pokrojonej w półpiórka - wrzucamy ją na rozgrzaną na patelni oliwę, następnie idzie obrana cukinia pokrojona na półplasterki, gdy zaczyna mięknąć jest moment by dorzucić posiekany na cienkie plasterki czosnek. Warzywne trio suto pieprzymy. Moment ten zbiega się z chwilą w której woda bulgotać zaczyna, śmiałym ruchem zatem wrzucamy do wrzątku zadowalającą nas ilość makaronu. Gotujemy zapewne od 8 do 12 minut, w zależności od gatunku klusek. Gdy czosnek lekko się podsmaży - nie może być bowiem surowy, dorzucamy mascarpone i wlewamy trochę wody, by sos ładnie i równomiernie się rozszedł. Solimy i dajemy mu chwilkę by smaki się połączyły. Na samiuśkim końcu wrzucamy pokrojone, wszystko jedno jak, pomidorki i porwaną w dłoniach rukolę. Makaron po odcedzeniu łączymy z sosem, bacząc by sosu nie było ani za dużo ani za mało, powinien on otulać każdą kluskę, serowy akwen na dnie talerza zupełnie nas nie interesuje.
A potem jemy, ale błagam, skoro gotować nam przyszło w pośpiechu, to podczas posiłku dajmy sobie chwilę na spokojne celebrowanie obiadu :) Nie dajmy się zwariować!


Tak oto powstaje bardzo smaczny makaron w dwie chwilki, choć nie jest to danie w moim ulubionym stylu i choć czas go nie doprawia, mimo wszystko polecam. Dzieci także lubią kremowość tego sosu, przetestowałam więc wiem. Dla tych którzy prosili, albo dla tych którzy nie prosili, acz są w potrzebie , poniżej podaję linki do innych zaprezentowanych przeze mnie dań na szybko, w stosunku do dań czasochłonnych nie jest ich wiele na moim blogu, ale te, które przedstawiam są naprawdę bardzo mało wymagające i smaczne.




makaron z duszoną cukinią - przepis hicior tego bloga, mnie samą zaskoczył bo mimo małej ilości składników wychodzi coś pysznego, cukinia jest tu duszona, nie smażona, a to fajna odmiana

szpinakowe gnocchetti tirolesi - danie z pewnością znane narciarzom szusującym w Tyrolu, w stokowych jadłodajniach najczęściej niejadalne, za to zrobione w domu rzuca na kolana

makaron z kurkami i jabłkiem - moje osobiste odkrycie, moja duma i chluba - prażone jabłko i kurka kochają się razem w tym makaronie

grillowana sałata z aioli - pyszna alternatywa dla tych, którzy dość mają tradycyjnych sałat na zimno, tutaj jędrna sałata rzymska podgrzana jest na grillu, z ręcznie kręconym aioli jest jej pysznie

oberiba na gęsto - mimo, że tradycyjnie polska, to nie znana szerszej publiczności - duszona kalarepka, a szkoda bo smakuje bardzo podobnie do młodej duszonej kapusty i przygotowujemy ją znacznie szybciej

brukselka z patelni - ja przepadam za brukselką w każdej postaci, ale niektórzy nie lubią charakterystycznej słodkiej goryczki tej małej kapustki - wówczas warto skorzystać z innej metody przygotowania, brukselka z patelni smakuje zupełnie inaczej

prowansalska sałatka z kozim serem - klasyk serwowany w niemal każdej prowansalskiej knajpce, koniecznie z kozim serem - świeżym albo dojrzałym, cudowny obiad na porę letnią, powstaje w zaledwie kwadrans

serek przedziwnie pyszny - bardzo fajna i przedziwna rzecz, najlepsza jako zagryzka pod piwko, albo winko, słodko-ostro-kwaśna i niezwykle szybka w przygotowaniu

sałata z truskawkami i bryndzą - kolejny mój hicior - truskawka i bryndza się uwielbiają, jeśli nie znacie tego połączenia - zachęcam, jest świetne

sałatka z karmelizowanymi orzechami - szybka sałatka tym razem z orzechami włoskimi karmelizowanymi w miodzie - miodzio!

sałatka z grillowaną gołką - polski klasyk, grillowana gołka cudownie wypada na posłaniu z sałaty z borówką - przestrzegam jednak by była to borówka bez żelu, na samym cukrze lub z gruszkami

camembert na grillowanym ananasie - ekspresowe mega kaloryczne danie, dla potężnie głodnych entuzjastów sera





czwartek, 24 kwietnia 2014

wiosenny bulion z tortellini - prosto z Jamie's Italian


Nigdy Wielkanoc nie smakowała mi tak bardzo jak w tym roku.




Wróciłam z podróży na święta - wygłodniała i wytęskniona prawdziwej domowej kuchni. Zawsze tęsknię, mimo znakomitych wrażeń kulinarnych tęsknię za polskim obiadem, w ten sam oczywisty sposób w jaki tęskni się za domem rodzinnym, tym razem tęsknota miała jednak inne podłoże - wynikała mówiąc wprost z totalnej kulinarnej miernoty jakiej przyszło mi doświadczać przez tydzień.
Z zasady nie ufam stereotypom muszę jednak przyznać, że ten dotyczący powszechnej kuchni angielskiej jest jak najbardziej zasłużony. Produkty smażone w hektolitrach oleju to tamtejszy chleb powszedni, nawet na śniadanie w hotelu serwowana jest opcja frytkopodobna pod postacią hash browns, do tego sławetna fasolka w masie keczupowej - niewątpliwie z puszki, jajo i bekon, tost oraz jako ukłon w stronę entuzjastów warzyw - grillowany pomidor, który mając na uwadze porę roku też nie smakuje pysznie. Dobrze, że Anglicy piją chociaż dobrą herbatę, której często brakuje mi w innych krajach, herbata łagodziła nieco niesmak oraz poczucie wyrządzonej na własnym żołądku krzywdy.
Jeśli chodzi o obiady czy kolacje temat powinnam pominąć milczeniem, bo nie ma zupełnie o czym mówić. Niewątpliwie w Anglii zdarzać się muszą dobre knajpy, ale trzeba wiedzieć gdzie ich szukać - niestety krajobraz dominują smażalnie fish and chips, marne knajpy z fast foodem, hamburgerownie, Mc Donaldy i KFC, to u ich bram skupiają się największe tłumy - tak jakby ich oferta była spełnieniem doczesnych marzeń każdego śmiertelnika, to z nich wychodzą radzi dwustukilowi konsumenci dźwigając pod pachą nieskończenie wielkie paki frytek, ziemniaczków w mundurkach z majonezem, dorszów z frytury i cheeseburgerów z potrójnym serem...
Wiedziałam czym rozświetlić ten smutny, tandetny, ociekający tłuszczem landszaft. Słodką okrasą moich kulinarnych wspomnień miał być Jamie Oliver.




W Nottingham jedliśmy w Jamie's Italian, kolacja w tym miejscu złagodziła ogólny niesmak wynikający z obserwacji  zwyczajów żywieniowych Brytyjczyków. Jedliśmy znakomite kalmary, sałatkę z kozim serem i z miętą, całkiem sympatyczny makaron z dzikim królikiem i cytrynowym mascarpone, dzieci pochłonęły klasyczne Bolognese i Penne Pomodoro tak jakby były najwybitniejszymi daniami tego świata, znajomi zamówili cudnej urody tortellini w rosole.
Muszę powiedzieć, że odetchnęłam z ulgą, bo obawiałam się, że Oliver zblednie w moich oczach po posiłku - nic takiego sie jednak nie stało, podobnie jak już nie raz przekonałam się gotując z jego książek czy programów, tak i teraz pozostałam zachwycona. Talerze skomponowane były finezyjnie, acz swobodnie, bez zadęcia za to z pieczołowitą dbałością o jakość.

Z radością wróciłam do polskiej Wielkanocy, na którą pierwszy raz w historii nic nie ugotowałam bo czasu nie było. Dziś celebruję pierwsze zielone szparagi i gotuję zapamiętaną u Jamiego wiosenną zupę.

składniki bulionu:

1 kurczak - u mnie 6 pałeczek z kurczaka 
3 marchewki,
2 pietruszki, 
2 łodygi selera naciowego, 
1 cebula, 
5 litrów wody

składniki tortellini (na 24 duże egzemplarze):

300 g semoliny,
3 jajka ekologiczne,
ok dwie chochle bulionu, 
łyżka oliwy z oliwek,

na farsz:

ugotowany kurczak - najlepiej posiekany nie zmiksowany,
pół ugotowanej marchewki,
tarty parmezan  2-3 łyżki
estragon - słuszna łycha, 
sól, 
pieprz

groszek i łuskany bób
szparagi zielone, 
płatki parmezanu, 
sporo świeżo mielonego pieprzu na wierzch


Instrukcja gotowania rosołu myślę, że jest zbędna - taki wyłącznie na kurczaku wymaga krótszego gotowania, w godzinę, będzie gotowy.
Ostudzone części z kurczaka siekamy drobno nożem wraz z marchewką, mieszamy z estragonem - to on powinien stanowić o smaku farszu, gra tu kluczową rolę - Jamie proponuje świeży u mnie był suszony. Doprawiamy tartym parmezanem, pieprzem i solą.
Składniki ciasta mieszamy w malakserze, gdy jest za twarde można chlusnąć nieco więcej bulionu. Potem warto je odstawić by odpoczęło w lodówce, wymaglować łapkami i w fazie przedfinałowej cienko rozwałkować i wykroić z niego kółeczka. Gdy ciasto odpoczywa możemy się zająć przygotowaniem warzyw na parze, gotujemy je na półtwardo, by nie straciły ładnego koloru i by zachowały jak najwięcej smaku. 
Bób i groszek dzisiaj u mnie z mrożonki, ale już lada chwila będzie można uskuteczniać wersję ze świeżo zerwanych warzyw. Szparagi jak najbardziej świeże i miejscowe z ukochanego Gospodarstwa Państwa Majlertów . Przed gotowaniem pokroiłam je na cienkie plastry - trzeba kontrolować na ile są miękkie, bo przegotowane będą niejadalne.

Na kółka z ciasta wykładamy farsz, tortellini formujemy niemal jak uszka tylko łączymy je w tej samej płaszczyźnie, w której uformowany został pierożek - łączenie możemy figlarnie wydłużyć w dzióbek.
Rzecz arcyważna: tortellini gotujemy w rosole.
Gdy pierożki wypłyną na powierzchnię bulionu, po około minucie możemy je śmiało wyłowić, zalać rosołem, obłożyć zielonymi warzywami, posypać pieprzem i parmezanem, a potem jeść z rozkoszą z widokiem na kwietny, bujny kwiecień...



Ów przepis jest kompilacją tego co widziałam w knajpie Jamie's Italian oraz tego, co podpatrzyłam w  przepisie z Jamie's Magazine. Bardzo fajne lekkie i konkretne zarazem danie mi wyszło.
Cieszę się ogromnie na tę naszą piękną polską wiosnę i na pierwsze zielone smaki nowego sezonu!

czwartek, 10 kwietnia 2014

pieczony udziec jagnięcy - voulez vous manger avec moi?



Pogoda za oknem zmienna, ale wszystko w  normie, taką przecież naturę ma kwiecień. Jego szaleństw nie poskromimy, jedyne co poskromić by należało o tej porze roku to naszą absolutnie niewybaczalną chęć sięgania po podrabianą świeżyznę w sklepach. Nie dajmy się zwodzić kształtnym pełnym azotanów rzodkieweczkom, albo ogórkom prawie jak gruntowym, nie łudźmy się, ze młoda kapusta sprowadzana z Włoch da nam tyle samo radości co nasza wyczekana - ta o luźno rozmieszczonych liściach, nie oczekujmy, że cypryjski ziemniak złagodzi tęsknotę za polskim młodym... daremne to wszystko nadzieje. To jeszcze nie czas, ćwiczmy więc cierpliwość i korzystajmy z dóbr mijającego sezonu - korzenie wciąż wiele z siebie dają, stara kapusta też niczego sobie - ziemniaki, o ile trafimy na dobre źródło także będą nam smakować, mimo, że stare. A jeśli nie możemy się powstrzymać przed akcentem wiosennym mrożonka nie będzie złym rozwiązaniem, ja by dozielenić porcję obiadu zastosowałam mrożony bób. 




Siedmiogodzinną jagnięcinę robiłam już kilkakrotnie, za każdym razem, zmieniając coś na swoją modłę, niniejszym ogłaszam, ze tym razem osiągnęłam totalny ideał.  Zaserwowałam sobie i innym przysłowiowe niebo w gębie. Polecam i Wam tę przyjemność w trakcie oczekiwania na nowe!!!! Do takiej porcji mięsiwa należy dzień wcześniej przygotować pokaźną porcję gratin. Jedyna niedogodność jaka wynika z przygotowania tej potrawy to jej długie pieczenie - nie owijając w bawełnę - aby obiad był gotowy na 14:30, o 7:00 musisz wstawić mięso do piekarnika, zatem procedury przygotowawcze powinno się rozpocząć niedługo po 6 - dla mnie w weekend takie zachowanie to wyczyn, z całą pewnością jednak opłacalny.



składniki: 
u nas najadło się osiem osób

1 możliwie duży udziec jagnięcy (znakomicie poddaje się temu przepisowi także łopatka),
pół cytryny,
5 sporych marchewek, 
2 łodygi selera naciowego,
8 szalotek,
2 główki czosnku,
tymianek świeży - kilka gałązek,
tymianek mielony, 
pieprz, 
sól,
2 szklanki wody, 
50 g rozpuszczonego masła,
pół paczki mrożonego bobu

Zabawę zaczynamy o rzeczonej 6 rano, od osolenia mięsa - chyba, że zrobiliśmy to dzień wcześniej, co byłoby najlepszym rozwiązaniem :) Następnie na rozgrzaną patelnię z łyżką oleju wykładamy udziec i rumienimy go z każdej strony. Uprzedzam, że mięso pryska niemiłosiernie i już po chwili można się nieźle przejechać na tłustej podłodze wzdłuż kuchennego blatu - mówię o tym, bo o godzinie 6 rano nie każdy zwraca uwagę na takie szczegóły, a utrata zębów tudzież obicie miednicy nie umili nam z pewnością niedzielnego obiadu.
Gdy udo jest brązowe z każdej strony wkładamy je do dużej brytfanki, skrapiamy cytryną, a wokół układamy posiekaną w talarki marchewkę, selera, obrane szalotki w całości i nieobrane główki czosnku. Następnie zalewamy całość wodą ( może być białe wino, ale ono niekorzystnie według mnie wpływa na smak warzyw - dzieci nie chcą ich potem jeść), mięso prószymy solą, tłuczonym pieprzem i tymiankiem. Na koniec dolewamy topione masło i voila! Teraz wystarczy wstawić przykrytą brytfankę do piecyka rozgrzanego do 150 stopni i ze spokojnym sumieniem wrócić do łóżka.

Po dwóch godzinach należy bezwzględnie opuścić sypialnię by zmniejszyć grzanie do 135 stopni i zdjąć przykrywkę z naczynia, potem wypada zająć się śniadaniem i innymi weekendowymi przyjemnościami..., dobrze jest w międzyczasie ugotować na parze bób (bez soli).
Jagnięcina musi sobie dochodzić przez kolejnych 5 godzin - ja raz na jakiś czas przewracam mięso, by równomiernie dochodziło. Na pół godziny przed finałem do sosu dodajemy wyłuskane ziarna bobu, z kolei na 15 minut przed planowanym obiadem mięso powinno wyjść z pieca by odpocząć.
Ta jagnięcina - wzorowana na zjedzonej przeze mnie w mikroporcji z mężowego talerza w Paryżu, jest najlepszą jaka powstała w moim domu, ale także jedną z pyszniejszych jakie jadłam w życiu. Długie pieczenie w stosunkowo niskiej temperaturze ma cudowny wpływ na strukturę mięsa, warzywa są słodkie, czosnek wyraźnie acz nienachalnie aromatyzuje całość... mogłabym tak długo wychwalać!




Uwielbiam dania doprawione czasem, według mnie czas to najlepsza przyprawa :)



środa, 2 kwietnia 2014

Dynastia, Ace of Base, Sprite i pizza z jajem!





W zamierzchłych czasach, tych samych, których upływalność podkreślał kolejny z miliona odcinek Dynastii, tych samych, w których serce rozdzierała tęsknota za przyszłą miłością - najlepiej o aparycji zbliżonej do Brandona Walsha lub Dylana z Beverly Hills, w epoce, w której MTV mówiło z przepięknym brytyjskim akcentem, a szczytem filmowej rozpusty była Akademia Policyjna, w tym czasie dokonała się w mojej duszy głęboka i nieodwracalna transformacja kulinarna. 
Gdzieś w połowie drogi między Pewexem, a osiedlową Baltoną powstało pachnące innym, lepszym światem eldorado, na imię mu było Vesuvio. Od mojego pierwszego w nim razu,Vesuvio było najlepszą nagrodą w zamian za czwórę z matmy (która w moim wydaniu była nie lada osiągnięciem), najodpowiedniejszym miejscem by pogadać z przyjaciółką o wielkiej miłości do chłopaka z sąsiedniego bloku, najlepszym sposobem na celebrowanie urodzin i w ogóle było kategorycznie miejscem, w którym człowiek czuł się świetnie.  Potem już nic nie było tak samo. Mamine obiady, choćby nie wiem jak dopieszczone, nie cieszyły już jak dawniej, jedynym kulinarnym marzeniem stała się pizza, pizza którą, gdyby można było, jadło by się bez końca, najlepiej zapijając zimnym, pełnym rozkosznych bąbli (jakże innych od bąbli ptysiowych) spritem.
Naturalnym następstwem miłości małoletnich do pizzy, pizza wkroczyła do domów, matki za wszelką cenę próbowały podrobić smak i konsystencję, którą tak ukochały sobie ich dzieci. Efekt był zawsze ten sam - z rozgrzanego do czerwoności piekarnika wychodziła wysoka buła gęsto przykryta serem i duszonymi pieczarkami lub w wersji deluxe - ananasem. Obok stała największa z możliwych flasza keczupu, której zawartością należało suto doprawić danie. Co tu kryć, pizza pozostała pizzą wyłącznie w lokalu, w domu to już nie było to...
Pizza nobilitowała, pizza sprawiała, że człowiek we własnych oczach stawał się lepszy, ważniejszy, światowy, niezależny.  Niemal wszyscy wybierali Hawajską - odważne połączenie puszkowanego ananasa z szynką, czyniło ten zestaw nader kuszącym, ja zawsze zamawiałam pizzę, której nazwy nie pamiętam, za to smaku nie zapomnę nigdy. Kluczowym jej składnikiem było jajo - ledwie ścięte, wylane na pizzę w końcowej fazie pieczenia, na warstwie sera spoczywały pomidory, cebula i dużo oregano, w wersji oryginalnej była tam chyba także szynka, której ja nigdy nie chciałam widzieć na swojej pizzy. Nigdy potem nie jadłam takiej pizzy nigdzie - ani u Włochów, ani tutaj w Polsce, aż do dzisiaj, gdy wiedziona sentymentem i wspomnieniem wielu godzin spędzonych na wiosennym tarasie Vesuvio - postanowiłam zaserwować sobie przenosiny w czasie i poczynić ją w domu.
Jem i smakuje mi niemal tak samo jak dawniej, tylko okoliczności przyrody są inne, Dynastia - choć kiedyś w to wątpiłam, jednak się skończyła, Vesuvio też już nie ma, Pewex i Baltonę zamknęli niedługo po otwarciu pizzerii, ale co najważniejsze - znalazłam swojego Brandona! W tle zamiast przebojów Haddawaya i Ace of Base słyszę przekomarzanie własnych dzieci, zamiast widoku na ulicę Cynamonową, po drugiej stronie miasta patrzę na budzącą się do życia łąkę.



korzystałam z przepisu Faceta z nożem, który nie tylko zna się na kuchni, ale i pięknie o niej prawić potrafi:

składniki:

450-500 g mąki - mieszanki semoliny i zwykłej pszennej. Semolinę przywiozłam sobie z Włoch więc miałam. Jak ona dobrze wpływa na konsystencję ciasta!
300 ml wody ciepłej 
25 g świeżych drożdży - u faceta 7 g suchych, ale ponoć jedno odpowiada drugiemu, ja suchych jakoś nie czuję
1, 5 łyżeczki soli, u faceta 1 
łyżeczka cukru pudru
łyżka oliwy z oliwek

Procedurę rozpoczynamy od zmieszania drożdży z wodą i cukrem. Po pięciu minutach mieszamy powstały płyn z mąką, semoliną i solą. Moje ciasto nie zgarnęło całej mąki, wyjęłam je więc z michy i poczęłam wyrabiać na blacie, do momentu, gdy ręce odmówiły współpracy. Facet sugerował kwadrans, mi sił starczyło na 10 minut :) Zgrabną kulkę ciasta odstawiłam w pobliże piekarnika, który rozkręciłam na maksa, czyli do temperatury 250 stopni. Pod ściereczką ciasto urosło, po 30 minutach podzieliłam je na dwie części, jedną zrobiłam dla młodych, a drugą zgodnie z moim kontrowersyjnym, (jak się okazało) jajecznym sentymentem.

na wierzch użyłam:

passatę pomidorową 
oregano, 
krążki cebuli, 
mozzarellę,
drobno pokrojony czosnek, 
pomidorki daktylowe, 
odrobinę soli,
oraz jedno jajo od zielononóżki, 
całość jeszcze przed upieczeniem polałam oliwą z oliwek

Pizza siedziała w piecu niecały kwadrans, przy czym w ostatnich 3 minutach przyozdobiona została jajem. Białko powinno pozostać delikatnie ścięte, żółtko zaś musi płynąć!


Pyszności uczyniłam co tu kryć, ale przyznam się Wam, że tak jak dawniej, pizza nadal najlepiej smakuje mi w pizzerii, w której prawdziwy piec ją opiekać może. Z pizzą, mam trochę jak z sushi - wolę jeść ją tam gdzie jej twórcy są mistrzami w swoim fachu.  Lubię gdy działa na nią żywioł ognia, podbijając jej walory i zdobiąc figlarnie brzegi, nie lubię gdy pizzę się lekceważy. Od mojego pierwszego razu w Vesuvio minęły ponad dwa dziesięciolecia, a jakże niewiele znalazłam od tego czasu miejsc w których pizza jest wyborna. To pozornie proste danie można naprawdę spektakularnie spartolić!