Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dania polskie tradycyjne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dania polskie tradycyjne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 grudnia 2014

piróg biłgorajski - pyszny czy niezjadliwy ? * niepotrzebne skreslić


Mąż wgryzł się w kształtną porcyjkę upieczonego przeze mnie piroga biłgorajskiego, piroga tak kształtnego, tak równiuśkiego i tak pysznego, że cała chodziłam z poczucia dumy.  Pierwszy raz piekłam, a wyszedł jak z obrazka. Nie znoszę kaszy gryczanej, ale w nim mnie ujęła, była absolutnie czarująca, zgrabnie wtopiła się w ziemniaczano-serowe tło. Czekałam więc na jęk zachwytu nad tą nowinką kulinarną, która choć tradycyjnie polska, to zupełnie nam do tej pory nieznana… Piróg mężowi musiał przypaść do gustu, wszak on za kaszą gryczaną przepada. Wraz z pierwszym kęsem twarz mojej drugiej połowy wykrzywiła się w grymasie nie do opisania, oczy zdawały się krzyczeć - "Dlaczego mi to zrobiłaś?! i Ty przeciwko mnie?!" Jakbym oto dokonała skutecznego zamachu na subtelny, wysublimowany gust smakowy męża. Nie mogłam uwierzyć w ten zupełnie bezpodstawny sprzeciw wobec smaku pysznego, faszerowanego kaszą, serem i kartoflami placka, zdołałam więc     namówić ślubnego na drugie podejście, było tylko gorzej. Poczucie krzywdy przybrało na sile, a ja zgłupiałam. Po raz kolejny przekonałam się jak odmienne mogą być smaki. Syn nie odważył się nowego spróbować, córka zjadła, ale nie okrzyknęła dania hitem sezonu.



Piróg biłgorajski zjadłam w całości więc sama, bo smakował mi ogromnie, było to zgubne w skutkach dla mojej figury, ale trudno. Ze swojej strony mogłabym go polecić, jednak onieśmiela mnie nieco opinia bliskich. Przedstawię więc pewne sugestie, a czy piróg pyszny czy wręcz przeciwnie niech każdy kto się po moim wstępie nie boi, oceni sam we własnej kuchni.
- niechaj ci, którzy kaszy gryczanej nie lubią nie żywią zbytniej obawy przed pirogiem, nie gra tu ona pierwszych skrzypiec
- jeśli nie lubią tej kaszy wybitnie niech zamienią, tak jak ja, gryczaną paloną na niepaloną, która jest łagodniejsza
- jeśli za piróg wziąć się chcą bezglutenowcy nic nie stoi na przeszkodzie, można go zrobić bez spodniej i wierzchniej warstwy ciasta, jeżeli natomiast pirogiem zainteresuje się wegetarianin niechaj pominie dodatek boczku i zastąpi go tą samą ilością masła. Weganom nie po drodze z pirogiem, bo bez jajek i masła nie ma on racji bytu...
- piróg może nie smakować tym, którzy nie lubią tart wytrawnych i ruskich pierogów. Mój mąż szczerze nie znosi jednego i drugiego, a piróg  takie właśnie przywołał w nim skojarzenia.



Korzystałam z przepisu na najpiękniejszy piróg w internetowej przestrzeni z bloga Kamarki Every cake you bake. Wprowadziłam pewne modyfikacje - uszczupliłam ilość jaj, użyłam kaszy niepalonej i zamiast zwykłego sera białego zastosowałam resztkowe sery maści rozmaitej. Ricotta i polskie dania tradycyjne niewiele mają ze sobą wspólnego jednak, jako że kulinarny recykling cenię sobie niezwykle, połączyłam jedno z drugim - według mnie z sukcesem.



składniki:

na ciasto:

3 szklanki mąki,
200 g masła,
20 g drożdży,
szczypta proszku do pieczenia,
1 łyżeczka cukru,
1/2 łyżeczki soli,
2 łyżki kwaśnej śmietany

na farsz:

700 g ziemniaków,
500 g kaszy gryczanej - u mnie niepalona
350 g sera twarogowego - u mnie resztki przywiezionych z ekologicznego gospodarstwa twarogu i ricotty,
1 szklanka śmietany,
3 jajka,

100 g boczku pokrojonego drobno, podsmażonego wraz z wytopionym tłuszczem,
sól, 
pieprz, 


+ na wierzch 
odrobina jajka
czarnuszka

Składniki ciasta połączyłam w malakserze, bo nie lubię zabawy z wyrabianiem. Jedyne co wymieszałam oddzielnie to mieszanina śmietany, cukru i drożdży. Ciasto wyszło świetne! Kaszę miałam ugotowaną od poprzedniego dnia, odmierzyłam jej odpowiednią ilość, połączyłam z gniecionymi ziemniakami i mieszanką białych świeżych serów, na koniec wbiłam jajka, dodałam boczek, sól i pieprz. Nie dodawałam sugerowanej przez Kamarkę mięty, bo podejrzewałam niepokój (który i tak mnie nie ominął) innych potencjalnych konsumentów. Ciastem wyłożyłam dno prostokątnej blaszki, wyłożyłam na nie farsz, który przykryłam drugą warstwą rozwałkowanego uprzednio ciasta. Całość wysmarowałam jajem i posypałam czarnuszką. Piekłam 1,5 h w temperaturze 180 stopni.


W związku z tym, że niemal cały piróg zjadłam w pojedynkę przybyło mi tu i ówdzie, mając na uwadze rychłego Sylwestra i konieczność zmieszczenia się w jakąkolwiek z dostępnych w szafie sukienek, powinnam, do świąt włącznie, rzucić jedzenie. Mimo trzech dni z pirogiem sam na sam, podtrzymuję opinię, że pyszny. Wiem, że istnieją na świecie tacy, którzy się ze mną zgodzą, w moim domu innych ode mnie amatorów piróg niestety nie znalazł.


poniedziałek, 1 grudnia 2014

zielone ruskie - wyrwane z kontekstu


Chomiś po nocnym maratonie zakopuje się głęboko pod ściółką w swojej klatce, nad łebkiem tworzy nasyp z trocin, a potem godzinami odpoczywa, wychodzi tylko po to aby coś przekąsić albo dać się wyprzytulać dwunożnym domownikom. Latem i wczesną jesienią zasypiał w pozycjach dowolnych na stanowiskach nieosłoniętych, eksponowanych, a teraz kuli się w gnieździe, przykrywa ze wszystkich stron. Patrzę na to maleństwo i muszę przyznać, że nieźle to sobie wykombinowało - z miłą chęcią bym poszła w jego ślady (wyłączając maraton).
...Wymościć sobie łóżko nieskończoną ilością puchowych poduszek, obwarować stosami książek, zaparzyć Earl Greya w wiadrze najlepiej, spod kołdry wyłazić tylko na okoliczność przygotowanego przez innych posiłku i tak przeczekać chłody, ale by było cudnie! Na tydzień przed Gwiazdką obudziłby mnie z tego zimowego półsnu Michael Bolton  albo George Michael - byłabym wypoczęta, nasycona lekturą, błogo połechtana nicnierobieniem i chętna do roboty. Nie wiem jak będzie w istocie, bo zamiast zainspirowana chomisiem okopać się w sypialni robię wprawkę przed grudniowym wyrabianiem pierogów i uszek. Już chce mi się lepić więc lepię, czasu na nicnierobienie jakoś znaleźć nie mogę, a może raczej nie potrafię…
Poniższe pierogi jedynie kolor mają rewolucyjny, wnętrze jest banalne, bo ruskie. Gdy powiedziałam dzieciom, że dziś serwuję wiosenne pierogi postukały się w czoło, że matka przypuszczalnie straciła resztki rozumu  "okej, okej - pierogi nie są wiosenne wcale, jedynie kolor mają zielony" - sprostowałam.
Dobrze im ze śmietaną i koperkiem, polecam jako element jesienno-zimowej chromoterapii.



Przepis na szpinakowe ciasto pierogowe pochodzi z książki Magdy Gessler "Smaczna Polska"



składniki dla 4-5 osób:

dwie solidne garści szpinaku świeżego,
1/2 kg mąki,
2 jajka szczęśliwe,
kilka łyżek ciepłej wody do uzyskania właściwej konsystencji ciasta,
odrobina soli,

200 g sera białego półtłustego, 
200 g ugotowanych w mundurkach ziemniaków (sypkie będą lepsze od kleistych),
duża cebula, 
łyżka masła,
sól, 
pieprz,
kwaśna śmietana, 
koperek 

Zaczynamy od zmiksowania w malakserze umytego szpinaku, potem dorzucamy resztę składników, wodę pozostawiając na koniec. Gdy malakser pracuje przez górny otwór dolewamy jej tyle by ciasto miało jednolitą, dość zwartą konsystencję. Nie trzeba by odpoczęło, z miejsca można uformować z niego kulę, następnie placek i zacząć wykrawanie kółek.

Farsz do ruskich każdy robi wedle uznania. Ja mieszam ugotowane ziemniaki i ser 1:1, zwyczajowo dodaję także majeranek, którego w zielonych pierogach poskąpiłam bo kłóciłby mi się z wierzchnim koperkiem. Wystarczyły sól i pieprz, no i nieodzowna, delikatnie podduszona cebulka. Szpinak wchodzący w skład ciasta nie miał niemal żadnego wpływu na smak, za to na uciechy wizualne jak najbardziej. Pierogi gotowałam w  osolonej wodzie przez 2 minuty od wypłynięcia, po wyłożeniu na talerz polałam kwaśną śmietaną i posypałam koperkiem. 

czwartek, 18 września 2014

wężymord po polsku - przepyszny brzydal


Skorzonera to dziwne zjawisko - wygląda zupełnie niepozornie, powiedziałabym nawet, że zniechęcająco - niczym korzeń jakiejś rabatowej byliny, ciemna skórka sprawia wrażenie umorusanej w ziemi. Jest brzydka i imię ma zupełnie dziwaczne S-K-O-R-Z-O-N-E-R-A, gdzie 'rz' czyta się rozłącznie, wiedząc to z dwojga złego wolę używać nazwy alternatywnej 'wężymord' - skadinąd też niezbyt wdzięcznej. W kuchni staropolskiej wężymord był poważany, szczególną popularnością cieszył się w XIX wieku, dziś powraca do łask. Od jakiegoś czasu ów dostępny jest w Gospodarstwie Państwa Majlertów i dziś mimo pewnej obawy, zakupiłam kilka korzeni, w nadziei, że mi zasmakują. Przygotowałam je najzwyczajniej, po polsku, chociaż można z nimi różne cuda wyczyniać - zapiekać przecierać, nurzać w sosach rozmaitych. Spodziewałam się, że korzeń będzie włóknisty, miło zaskoczyła mnie cudowna, mięciutka, rozpływająca się konsystencja wężymordu i mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że nazywanie go zimowym szparagiem jest w pełni uzasadnione - wężymord to arystokrata - w brzydkim wierzchnim okryciu, ale bezsprzecznie arystokrata! Wbrew podejrzeniom nie ma nic z pietruszki, smakuje nadzwyczajnie i zaskakująco delikatnie. Będę kupować i serwować z rozkoszą!!




składniki:

0,5 kg wężymordu
łyzka soli,
łyzka cukru,
łyżka masła, 
bułka tarta

połówka cytryny do wstępnej obróbki


Wężymord obrać należy ze skórki, założywszy przedtem jednorazowe rękawiczki, bo paskudzi ręce kleista substancją. Następnie obrane, bielutkie korzonki wrzucić warto do miseczki z wodą i sokiem z cytryny by nie ściemniały. Tak przygotowaną skorzonerę gotować należy w osolonej i pocukrzonej wodzie przez kwadrans- do 20 minut. Po wyłowieniu zaś potraktować bułką podsmażoną z masełkiem.



piątek, 21 marca 2014

gołąbki - wiosenny zbieg okoliczności!!



Wszyscy mówili wyrzuć jajka, wyrzuć koniecznie, bo będziesz miała jazdę bez trzymanki i w ogóle będzie śmierdziało - wyrzuć je kategorycznie - bez dwóch zdań!! A ja się uparłam, że nie wyrzucę, gwoli wyjaśnienia - nie chodziło bynajmniej o nieświeże jaja zalegające w mojej lodówce. Takie przestrogi słyszałam na każdym kroku dwa lata temu, dzieląc się swoją radością na temat nowo powstałego przy szczycie dachowym gniazda. Gniazdo uwiły dwa przepiękne, dzikie gołębie o długich jaskrawych dziobach i siwo-błękitnym upierzeniu. Każdego dnia witały nas przyjemnym gruchaniem, na zmianę wysiadywały jajka, a potem przyszły na świat dwa potwornie brzydkie pisklęta, zupełnie do rodziców niepodobne, ale kochane przez nich niewątpliwie. Rosły na naszych oczach, a my się przyglądaliśmy jak główki coraz wyżej wystają ponad gniazdo, któregoś dnia byliśmy nawet świadkami lekcji latania, wówczas odkryłam, że ptasie oblicze może mieć całkiem rozbudowaną mimikę. Juniorzy stanęli na swych chybotliwych nogach i patrząc w dół z balkonowej barierki mieli śmierć w oczach. Obok strofował je któryś z rodziców (nie mam pojęcia jak rozpoznać gołębią płeć) kiwał głową i wściekał się niemiłosiernie. Bidacy stali i byłam pewna, że lada chwila zaczną płakać, kilka razy wychylali się śmielej do przodu, ale po chwili odwracali się zwątpieni, czując że to jest absolutnie poza ich zasięgiem. Gdy w końcu odbył się pierwszy lot, spektakl przybrał rys komediowy - przynajmniej z pozycji obserwatora, bo jako punkt lądowania obrali sobie młodzi najwątlejszą z brzozowych gałązek, która pod ich ciężarem mocno się ugięła - wyraz gołębich twarzy był w tym momencie nie do przecenienia! Potem było już tylko skakanie z jednej gałęzi na drugą i coraz dłuższe dystanse.
Dziś na naszym balkonie pierwszy raz w tym roku rozległo się znajome gruchanie, dziwnym okoliczności zbiegiem grzywacze pojawiły się w tym samym dniu, w którym na obiad zaplanowane zostały gołąbki.





Gołąbki zrealizowane zostały w ramach wiosennych porządków, zużyłam między innymi resztki z trzech opakowań przypraw i pół kartonu ryżu arborio - jak się okazuje ten ostatni jest wprost idealny do gołąbków, bo cudnie absorbuje wszystkie smaki. Kapustę i mięso kupiłam specjalnie z okazji gołąbków. Znakomite danie na wczesnowiosenny czas, stara kapusta wciąż daje z siebie wszystko.



składniki na 12 sztuk:

200 g ryżu Arborio 
500 g mięsa wieprzowo-wołowego mielonego
potężna łycha czosnku niedźwiedziego suszonego,
potężna łycha papryki czerwonej słodkiej, 
łyżeczka majeranku,
sól,
1 duża cebula, 
2 ząbki czosnku, 
15 liści kapuścianych ze sporej główki,
2 grzybki suszone
woda, 
1 butelka passaty pomidorowej 680 ml,
5 ziaren ziela angielskiego, 

natka pietruszki, pieprz mielony


Zaczęłam standardowo od zeszklenia cebuli, następnie zmieszałam ją w dużej misce z ugotowanym uprzednio ryżem i surowym mięsem, dosypałam przyprawy. Kapuścianą głowę, po wykrojeniu łba, wrzuciłam do dużego gara z wrzątkiem. Po 15 minutach liście ładnie odchodziły od siebie i można je było swobodnie odrywać.  Liść za liściem ubiłam delikatnie tłuczkiem by uelastycznić twarde miejsca, potem ładowałam do każdego spory wałeczek z farszu. 
Na dnie brytfanny ułożyłam 3 liście bez nadzienia i dopiero na nich szeregowo kładłam zawinięte gołąbki. Gdy dno było zapełnione zalałam mój kapuściano-mięsny układ szeregowy gorącą wodą, dodałam grzybki, ziele, pokrojony czosnek i nieco soli. W tym stanie danie się piekło pod przykryciem przez 1 godzinę, w temperaturze 180 stopni, następnie gdy woda zamieniła się w smakowity, czerwony od papryki sosik, dodałam passatę pomidorową, dosoliłam i piekłam jeszcze 40 minut, tym razem bez przykrycia.


Chciało mi się takiego swojskiego obiadu!!!



niedziela, 7 kwietnia 2013

lekcja polskiego - oberiba na gęsto



Co by było gdyby świat nie stanął na głowie? Wiosna by była! A co się jada wiosną? Sięgnijcie pamięcią do najsmaczniejszych kwietniowych i majowych wspomnień a z pewnością traficie tam na młodą kapustę z koperkiem. Gdyby wiosna wiosną była a kwiecień prawdziwym kwietniem, lada dzień moglibyśmy się raczyć najcudowniejszym z wiosennych specyfików, niestety tym razem kapuściany sezon nastanie z opóźnieniem, być może zresztą będzie to całkiem długi poślizg. Na tę niedolę znajdzie się jednak sposób - odkryłam go dziś całkiem przez przypadek.

Realizując swój blogowy projekt 'lekcja polskiego' postanowiłam rozprawić się z jakże wdzięcznie i egzotycznie brzmiącym daniem kuchni śląskiej - z oberibą na gęsto. Oberiba to kalarepka po prostu, a że warzywo to popada w zapomnienie perspektywa wskrzeszenia go we własnej a być może i w świadmości innych była jak najbardziej pokrzepiająca. Dokonując kwerendy odkryłam przy okazji, że danie to jest wpisane na listę produktów tradycyjnych i na Śląsku jest poważane niezwykle, jednak w źródłach internetowych zbyt wielu dowodów na ten fakt nie znalazłam.




Lekcje polskiego opieram w dużej mierze na 'Potrawach Regionalnych Kuchni Polskiej' Pani Szymanderskiej, skąd też pochodzi dzisiejszy przepis. Przyznam, że nie pamiętałam smaku kalarepki, rozmył się wśród zapamiętanych i z nią kojarzonych smaków białej rzodkwi i czarnej rzepy. Oberiba na gęsto wymaga duszenia - smaku gotowanej kalarepki tym bardziej nie pamiętałam, gdyż nie miałam nigdy okazji jeść jej w tej formie.
Pokrojone w słupki kalarepki rozbudziły apetyt potomstwa - co najmniej jedna trzecia słupków została schrupana nim zdążyłam włączyć gaz. Przy użyciu reszty składników zaczęłam realizować zagadkową potrawę, której smaku nijak nie umiałam sobie wyobrazić. Proces trwał cały kwadrans. Gotowe danie wygląda niezbyt wytwornie acz bardzo zachęcająco, a gdy zanurzy się w nim widelec i skosztuje dzieją się cuda! Oberiba na gęsto smakuje jak - wypisz wymaluj - młoda duszona kapusta z koperkiem.




składniki:
 
średniej wielkości cebula
2 kalarepki,
łyżka masła,
filiżanka wody,
łyżka mąki pszennej,
łyżka koperku,
sól,
dużo utartego w moździerzu pieprzu


Na ptelni rozgrzewamy masło na które wrzucamy po chwili pokrojoną drobno cebulę. Kalarepki kroimy w słupki po czym dorzucamy je na patelnię. Wlewamy wodę, doprawiamy solą i czekamy 15 minut aż warzywa będą miękkie. W ostatniej fazie dodajemy utarty pieprz, koperek i mąkę. Po kilku sekundach cząstki kalarepek połączone zostaną niewidzialnym spoiwem. Na tym proces należy zakończyć. Od razu chwytamy za widelec i choć źródła zachwalają jakoby oberiba na gęsto znakomicie akompaniowała karbinadlom i ziemniakom, mi wystarczyła w pojedynkę. Jest fenomenalna sama w sobie!



Już wiem jak zaspokoić kapuściane niedobory, Wam także polecam ten eksperyment, gdy zżerać Was będzie tęsknota za prawdziwą wiosną. Ja szaleję z zachwytu i chętnie poszłabym w świat głosić radosną nowinę o oberibie na gęsto, która w smaku do złudzenia wiosenną kapustę przypomina.


środa, 27 marca 2013

rosół z bażanta i dryfujace w nim pierożki


Kwiecień plecień bo przelata, trochę zimy, trochę lata.

Nigdy to powiedzenie nie miało dla mnie takiej wymowy jaką ma w tym roku, zawsze wiązało się z pewną  obawą, tym razem zaś budzi nadzieję, bo skoro przeplata - jest szansa na choćby kilka dni bez śniegu, być może nawet na temperaturę powyżej zera, na słońce. Już niebawem 1 kwietnia liczę zatem, że miesiąc trochę namiesza w planach pogodowych i postawi na głowie długoterminowe prognozy. Zmarniałe lica obywateli domagają się słońca, entuzjazm i inicjatywa wszelka wciąż pogrążone są we śnie zimowym.
Kto by pomyślał, że pod koniec marca zapamiętale myśleć będę o rosole, kto by przypuszczał, że będę go jeść ze smakiem?




Z uwagi na wegetariańskie dzieciństwo i młodość, nigdy nie miałam okazji  przywyknąć do zup na mięsnych wywarach. Do dziś zupa na mięsie nie zyskuje mojej sympatii, jednak tym razem mój doświadczony przez zimę organizm wielkimi literami zwrócił się do mnie z prośbą o rosół. W zamrażalniku miałam jeszcze zapas bażantów upolowanych jesienią przez Maćka, wiedząc, że mięso bażancie z pewnego źródła pochodzi postanowiłam stanąć oko w oka z rosołem. Bardzo udana to była konfrontacja, pierwszy raz rosół mi prawdziwie smakował. Zupa na dzikim ma inny aromat, jest bardziej esencjonalna, konkretniejsza, pobrzmiewa w niej cała feeria aromatów - cudowna woń tymianku i mocno wyczuwalna nuta jałowca. Na etapie tworzenia rosołowego business planu stwierdziłam - w obawie przed nielubianym do tej pory smakiem, że należałoby coś fajnego do gotowego rosołu włożyć. Znalazłszy fantastyczny przepis Tomasza Jakubiaka doszłam do wniosku, że pierogi z bażancim mięsem sprawdzą się w zupie doskonale!! Odwracanie uwagi od smaku rosołu okazało się zbyteczne - był pyszny nawet w pojedynkę, niemniej dryfujące w porcji klarownej zupy żółte, pękate pierożki niewątpliwie podniosły rangę dania i zaspokoiły wzmożone zimą apetyty.





składniki na zupę przygotowaną w 5 litrowym garze:

1 bażant,
200 g łaty wołowej
6 marchewek,
3 pietruszki, 
pół selera,
1 duża cebula, 
1 mala cebula z łupinką,
1 biała część z pora,
pęczek natki pietruszki,
dwa duże suszone prawdziwki, 
kilka gałązek świeżego tymianku, 
pół łyżeczki suszonego lubczyku,
8 ziaren ziela angielskiego,
8 ziaren jałowca,
sól, 
pieprz czarny mielony,
natka pietruszki do posypania




składniki na pierożki:

2 jajka ekologiczne,
mąka pszenna, 
łyżeczka kurkumy, 
odrobina ciepłej wody





Gotowanie rosołu zaczęłam od warzyw z włoszczyzny i grzybów, którym pozwoliłam się lekko podgotować nim dorzuciłam mięso bażancie i łatę.  W momencie gdy mięso zostało zanurzone we wrzącym zupy początku wrzuciłam także przyprawy i cebule. Jedna została przeze mnie obrana a po przekrojeniu na pół mocno przypalona na suchej patelni, drugą - mniejszą zaś wrzuciłam do wywaru w całości wraz z łupiną - babcia nauczała, że łupina wyciąga z rosołu szumowiny i nadaje mu piękny kolor.  Łaknąc intensywnych aromatów, ziele angielskie i jałowiec częściowo pozostawiłam w całości ale częściowo utarłam w moździerzu - po czym taką mieszanką zasiliłam gar. W tej formie dałam zupie niemal 3 godziny na gazie, przy czym na godzinę przed szczęśliwym zakończeniem dorzuciłam natkę pietruszki w pęczku i sól. Po trzech godzinach rosół był gotowy, przecedziłam go więc na durszlaku. Mięso oddzieliłam od kości i zmiksowałam w malakserze z trzema marchewkami, grzybami z wywaru, z ząbkiem czosnku, tymiankiem i z odrobiną jałowca. Osoliłam i doprawiłam pieprzem mielonym.

Wybaczcie, że nie podam proporcji ciasta pierogowego, robiłam je na oko, byłam tak rozentuzjazmowana projektem 'rosół z bażanta', że nawet przez myśl mi nie przeszło by z aptekarską precyzją liczyć miarki. Wymieszałam wszystkie składniki w malakserze, ciasto było miękkie, łatwo ustępowało pod naporem wałka, rozwałkowałam je cienko. Na powstałym placku wykładałam małe kopczyki mięsa - tak by zagospodarować połowę placka pierogowego, następnie nakryłam kopczyki drugą częścią ciasta po czym wykrawałam pierożki za pomocą kieliszka do szampana - jego średnica nadaje się do tego wprost idealnie!!

Pierogi gotowałam w osolonym wrzątku przez 3 minuty od wypłynięcia. Wykładałam po cztery pierożki na talerz, zalałam przearomatycznym rosołem, posypałam odrobiną siekanej natki a potem już tylko rozkoszowałam się smakiem.
Teraz czekam czym kwiecień mnie zaskoczy...

niedziela, 10 marca 2013

chleb na zakwasie i szynka z jałowcem - zapachy w kuchni z rana!!!



Od kilkunastu dni borykałam się z katarem. Katar spowodował, że w kuchni towarzyszyć mi musiał asystent do spraw doznań smakowo-zapachowych. Ja bowiem nie odbierałam żadnych, nawet najintensywniejszych bodźców. Robiąc chili con carne nachylałam się nad gorącą patelnią jak zwykle i próbowałam wyczuć czy potrawa jest wystarczająco zrównoważona przyprawami... łzy szły z oczu od intensywności chili ale zapach nie docierał. Ostatecznie to dzieci musiały konsultować skalę ostrości mojego dania - zabawne doświadczenie : ) Czułam się jałowa i bezproduktywna w kuchni, bo jak tu gotować smacznie, gdy zmysły nie chcą współpracować??

W ten weekend poczułam na nowo smak i zapach, aby więc zintensyfikować doznania, z rana zabrałam się za pieczenie. Na śniadanie była domowa, pieczona szynka i cudowny chleb na zakwasie - zapachy z nimi związane uzupełniły niedobory spowodowane ubiegłotygodniowym katarem. Nie prezentuję dziś nic specjalnie odkrywczego lecz nadzwyczajną zwyczajność, którą nade wszystko uwielbiam. Chleb według tego przepisu robiłam pierwszy raz, za to wielokrotnie jadłam go u mamy, która osiągnęła już w zakresie wypieku wyższą specjalizację. Dojrzały zakwas miałam od niej, ona z kolei dostała go od najcudowniejszej refleksolożki w Warszawie (klik), która także cuda w kuchni czynić potrafi. 

Szynka natomiast to wypiek, w którym ja się specjalizuję i doskonała wychodziła mi już nie raz. Jest odpowiednio soczysta, a jej skórka cudownie aromatyczna.





składniki na chleb:

0,75 l ciepłej wody,
1,5 łyżeczki soli, 
0,5 kg mąki pszennej,
zakwas (u mnie filiżanka zakwasu),
0,25 kg mąki żytniej razowej,
0,25 szklanki siemienia lnianego,
kminek (u mamy) lub pestki słonecznika (u mnie),
0,5 szklanki płatków owsianych
+ odrobina czarnuszki na wierzch

Składniki dołączamy zgodnie z powyższą kolejnością po czym mieszamy drewnianą łyżką do uzyskania spójnej masy chlebowej. Ujmujemy nieco ciasta ( ja odłożyłam ilość równą objętości 1 filiżanki, bo taka jest odpowiednia na jeden bochenek), wkładamy do słoika, zakręcamy i chowamy do lodówki.  Resztę masy chlebowej przekładamy do wysmarowanej masłem i oprószonej bułką tartą formy - keksówki, przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce. Wierzch chleba można posypać ulubionymi przyprawami lub ziarnami aby nie odpadły, należy za pomocą pędzelka przesmarować je wodą lub olejem.
Ciastu powinniśmy dać całą noc na wyrośnięcie, rano zaś nastawiamy piekarnik na 180 stopni, włączamy termoobieg i pieczemy 70 minut.



szynka pieczona:

szynka ok 600-700 g,
5 ziaren jałowca, 
8 ziaren pieprzu,
sól, 
3 ząbki czosnku,
2 liście laurowe,
2 łyżki oleju,
szklanka wody




Szynka także powinna się marynować całą noc, mocno  natarta solą, tłuczonym w moździerzu pieprzem i jałowcem. Rano związujemy ją sznurkiem i smażymy na niewielkiej ilości oleju z każdej strony, tak by pięknie się zrumieniła. Ja zawsze na patelnię wykładam także 3 ząbki czosnku i liście laurowe. Następnie przekładam zrumienioną szynkę i przyprawy do żeliwnego garnka, zalewam wodą, przykrywam pokrywką i wstawiam do piekarnika nagrzanego do 180 stopni.  Godzinę szynka piec się powinna pod przykryciem, dwukrotnie ją w tym czasie obracam. Ostatnie pół godziny daję jej bez przykrycia by skórka zrobiła się chrupiąca.




Pięknej i smacznej niedzieli życzę!!!

niedziela, 6 stycznia 2013

makrelowa i łososiowa pasta do pieczywa


Zima dziwnie łagodna tym razem. Zamiast sie chwalić swoim pięknym białym licem, skrzypieć mrozem, kreślić lodowe rysunki na szybach, zaszyła się nie wiadomo gdzie i próżno zgadywać czy zachce nas zaszczycić swoją obecnością w najbliższym czasie. Znając ją  Kapryśna Pani ukaże się nam w pełnej krasie dokładnie wówczas, gdy wyglądać zaczniemy pierwszych symptomów wiosny. Zima w całej okazałości przydałaby się chociażby  po to by wymrozić bezwzględne drobnoustroje, które w ostatnich tygodniach położyły do łóżek całe rzesze Polaków. Zewsząd dobiega mnie wielogłosowa aria z wydmuchwianych nosów, charczących gardzieli, rzężących oskrzeli - mam wrażenie, że mój dom jest tym ostatnim bastionem, który nie poddał się zarazie. Na tym moim przylądku gotuję więc rosół, zaparzam prawdziwy sok malinowy i przygotowuję mocno energetyczne śniadania.


Aura powoduje, że instynkty zawodzą, trzeba się podpierać rozsądkiem. Staram się nie kupować sałat, stronię od paczkowanej zieleniny, cytrusy stosuję incydentalnie, stawiam na korzenie, ziemniaki, aromatyczne mięsa, mocno doprawione pasty z ryb i ze strączkowych, pieczone warzywa z dodatkiem rozgrzewających przypraw. Czasem niestety, wiedziona tęsknotą, ulegam pokusie. Kilka dni temu ze stoiska łasił się do mnie pomidor - kształtny i przyjemnie czerwony - niczym ten pierścień kazał się wydobyć z odmętu sklepowej skrzynki. W stanie stuprocentowego ogłupienia, dotarłam do domu i rozkroiłam mój nabytek, jak smutny był to pomidor nie muszę chyba mówić... był dokładnie taki sam jak zawsze, gdy zimą nieznane przesłanki każą mi sięgać po niego - mdły, suchy, twardy, bez wyrazu, bez smaku, bez życia.

Dlatego na śniadania nie serwuję zimą świeżyzny, tym razem były pasty rybne na dwa sposoby, bardzo konkretne, jak najbardziej na miejscu o tej porze roku. Pasta z makreli - polski klasyk, a druga nieco lżejsza ale równie ładna - pasta ze smażonego łososia podkręcona wdziecznym dodatekiem czerwonego pieprzu i kaparów. 
Polecam obie. A jeżeli  wytrzymać nie możecie bez elementu świeżego na swoim styczniowym stole codziennym, znakomitą metodą na wprowadzenie namiastki wiosny jest wysianie rzeżuchy. U nas dzielnie rośnie przez rok cały, co prawda zimą idzie jej to znacznie ciężej niż w porach ciepłych a kolor jest nieco bledszy ale zapach i smak nie traci wiele ze swej intensywności. Moja akurat się skończyła, dlatego szczypiorek zastąpił ją na zdjęciach, szczęśliwie kolejna rzeżuchowa grządka została już wysiana - za tydzień znów żniwa :)



pasta z makreli:

1 średniej wielkości makrela,
2 łyżeczki koncentratu pomidorowego, 
2 łyżeczki majonezu,
odrobina cebuli (nie przepadam za świeża, więc u mnie tylko symbolicznie, możecie dodać więcej)
sól (duża szczypta),
cukier (duża szczypta),
pieprz, 
cytryna, 
jedno jajko na twardo, 
szczypiorek lub rzeżucha do podania

Mięso makreli z przyprawami, majonezem i koncentratem miksujemy na gładką masę, dokwaszamy cytryną, mieszamy z drobniuteńko pokrojoną cebulą i jajkiem ugotowanym na twardo. Przed podaniem posypujemy zieleniną.




pasta z łososia:

świeży łosoś 150/200 g,
łyżka oliwy z oliwek
garść kaparów, 
pieprz, 
sól, 
sok z cytryny, 
czerwony pieprz, 
czarny pieprz, 
łyżka kwaśnej śmietany 18%

Łososia kroimy na małe kawałeczki, po czym smażymy na niewielkiej ilości oliwy z oliwek. pod koniec smażenia dodajemy świeżo mielony pieprz czarny, ugnieciony w moździerzu pieprz czerwony, solimy i obficie skrapiamy sokiem z cytryny. Następnie zgniatamy całość widelcem. Na koniec dodajemy niedbale pokrojone kapary i łyżkę kwaśnej śmietany. Pasta powinna odpocząć co najmniej godzinę przed podaniem, by smaki zgrabnie się połączyły.


sobota, 29 grudnia 2012

bliny gryczane z kawiorem - na śniadanie



Cudownie wspominam wszystkie  nasze śniadaniowe celebracje, na które jest pora w weekendy, w święta oraz podczas wakacji. Śniadania odbywają się o kompromitująco późnej porze, towarzyszy im wyborny nastrój, najpierw herbatka, potem kawka, w między czasie "Kochanie! Jajko na miękko czy jajecznica?". Jest pyszne pieczywo, zwykle jakaś fajna sałatka lub twarożek oraz sezonowe warzywa i talerz rozmaitości. Jest w czym wybierać, bo stół z okazji śniadania zastawiany jest po brzegi.


Śniadania wyjazdowe są tym ciekawsze, że trzeba swą zwyczajowość dostosować do lokalnych uwarunkowań, czasem dobór składników okazuje się być wyzwaniem, ale częściej bywa, że bez najmniejszych problemów tworzymy wyborne menu śniadaniowe z dala od domu. W wakacyjnych okolicznościach jadamy śniadania na tarasie bądź przed domem, wówczas smakują najlepiej. Najczęściej gdzieś między jajkiem na miękko a kolejną kanapką zaczynają nas mijać inni letnicy, spoglądając na nas z niejakim zaciekawieniem, przechodzącym nierzadko w niedowierzanie, mijając nas rzucają niezobowiązujące Bonjour! Hello!, Hola!, Buon giorno! po czym wskakują do całkiem solidnie nagrzanego już basenu. Nasi cudowni belgijscy znajomi opisali nam dokładnie poziom zdziwienia wynikający z obserwacji naszych śniadaniowych zwyczajów. Siedząc nad basenem (opalając się rzekomo) spozierali na nas zza ciemnych okularów i nie mogli się nadziwić ile uwagi przykładamy do pierwszego wciągu dnia posiłku. Najpierw pół godziny przygotowań, zastawiania stołu, krojenia pomidorków, donoszenia nieskończonych ilości jedzenia, potem godzina celebracji i jeszcze kawka i nieraz mały deserek. Gdy opisali nam zjawiskowość tego naszego obyczaju dotarło do mnie, że wszędzie gdzie byliśmy do tej pory mogliśmy wzbudzać podobną sensację wszak śniadaniowa celebracja wpisana jest w naszą tradycję w sposób znacznie bardziej rzucający się w oczy niżeli w innych krajach. Także, w momencie gdy inni zdołali już spalić swe klaty i lica w przedpołudniowym słońcu, połączyć się z pracowym serwerem i wysłać szereg potwornie pilnych wiadomości, wyjść i wrócić z cudownej przechadzki po okolicy my wciąż raczyliśmy się śniadaniem i nigdy nie zdarzyło się nam żałować tak spędzonego czasu.




Wczoraj na naszym stole nastąpiło wykwintne śniadanie z pogranicza kultur, na stałe wpisane w krajobraz kulinarny wschodnich rejonów Polski. Cudowne bliny gryczane, kawior, a aby rozpusta była kompletna do tego szampan!! Nie jadamy takich śniadań często ale mieliśmy swoje wewnętrzne święto, zatem była okazja na tę śniadaniową wersję deluxe.

Zanim przystąpiłam do realizacji mojej śniadaniowej misji przestudiowałam dość rzetelnie literaturę faktu i zauważyłam, że przepisów na bliny jest wiele, jest wiele ich odmian i metod serwowania. W mojej ulubionej książce Pani Szymanderskiej bliny poleca się jeść z pomoczką  nie z kawiorem wcale. Jednak ja się uparłam, ze moje z kawiorem będą i że szampan im powtóruje zatem oparłam się na przepisie zamieszczonym w książce "Tradycje Polskiego Stołu" oraz bardzo zbliżonej recepturze jaką podaje Pani Applebaum-Sikorska w przepisach z jej pięknego ogrodu w Chobielinie.




składniki na liczbę imprezową:

2 szklanki mąki pszennej,
1,5 szklanki mąki gryczanej, 
2 szklanki mleka, 
30 g drożdży, 
3 białka, 
sól,
cukier (łyżeczka),
nieco stopionego masła, 

do podania:
kwaśna śmietana 18%, 
nieco cytryny, 
czarny kawior


Na dwie godziny przed planowanym śniadaniem przygotowujemy  ciasto, rozrabiamy drożdże z ciepłym mlekiem i cukrem, następnie dodajemy oba gatunki mąki, mieszamy dokładnie. Odstawiamy w ciepłe miejsce do podrośnięcia - najlepiej w dużej misce, gdyż ciasto rośnie w oczach :) Po tym czasie ubijamy pianę z białek, łączymy z wyrośniętym ciastem, solimy całość po czym smażymy na średnim ogniu, smarując patelnię niewielka ilością stopionego masła. Kopczyk usmażonych placuszków wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 100 stopni i wyjmujemy bezpośrednio przed podaniem. Bliny są najlepsze na ciepło. Ozdabiamy każdą porcję łyżką kwaśnej śmietany i kawiorem, możemy też delikatnie skropić je cytryną.
Otwieramy szampana lub jakieś fajne wino musujące i voila!!

Ciasto wyszło według mnie rewelacyjnie, każdy placuszek przypominał kształtną gąbczastą poduszeczkę, doskonale wyrośniętą i pełną smaku. Moja Połówka nie była niestety szczególnie zachwycona tym carskim śniadaniem, chyba aromat gryczany w plackach nie bardzo mu przypadł do gustu, dlatego poprzestał na dwóch i zaczął rytualne, niekończące się  wycieczki w stronę lodówki i z powrotem. Wszystko wróciło do normy, zjadłam blinów stanowczo za dużo, czego można się było spodziewać, jedno z moich dzieci ochoczo wsuwało wersję z samą śmietaną, drugie podobnie jak tata wybrało kanapki. Cóż, o gustach się nie dyskutuje, więc na tym poprzestanę.



Zjadłam, popiłam szampanem, teraz czuję się jak rasowa kulinarna rozpustnica. Bogini Nigella byłaby ze mnie dumna, a gdyby to śniadanie nastąpiło na jakimś letniskowym tarasie, z pewnością dosiadłyby się do nas tłumy i z lubością celebrowałyby te niecodzienne smakołyki, mimo, że tradycja ich do tego zupełnie nie zobowiązuje.

piątek, 30 listopada 2012

lekcja polskiego - kugiel z kwaśną śmietaną



Pamuła, dziad, liptauer, wołok, chamula, szuhmajster, hecze-pecze, bachor, suropieki, babałuchy, kibiny, kugiel, dzybdzałki, kandybuł...


Czytając powyższe wyrazy w tajemnej księdze o polskiej kuchni regionalnej czułam się podobnie, jak wówczas, gdy przyszło mi po raz pierwszy artykułować zapis obrazkowy pisma hieroglificznego, z ust wydobywały się kształtne acz nic nie mówiące mi słowa. Totalna egzotyka! W odróżnieniu jednak od staroegipskiego przytoczone przeze mnie nie pochodzą z wykopków, są to wszystko nazwy regionalnych, polskich specjałów, o których większość z nas nie ma bladego pojęcia, mimo, że doczekały czasów współczesnych. Ja również. Natchniona lekturą pięknie wydanej książki Pani Hanny Szymanderskiej poprzysięgłam sobie zgłębić ten nieznany mi ląd.





Jako etap mojej autoedukacji, postanowiłam sprawdzić na ile jadalne są te abstrakcyjnie brzmiące dania. Uroczyście rozpoczynam od kugla, którego nazwa obijała mi się o uszy i oczy ale konfrontacji bezpośredniej nie doświadczyłam póki co. Korzystałam z książkowego przepisu na kugiel warmiński ale chyba pozbawiłam go warmińskości, gdyż nie zastosowałam kapusty ani grzybów, które figurują w książkowej wersji. Kugiel wolałam zrobić 'czysty', wszak miałam plan by polać go aromatycznym sosem grzybowym.
Kugiel jest polskim odpowiednikiem żydowskiej potrawy o nazwie kugel, w tamtejszej wersji jednak nie występuje boczek ani słonina, w naszym kraju to wieprzowina właśnie jest najchętniej stosowanym dodatkiem. Popularny na Kurpiach i Warmii, na Podlasiu wzbogacony o kaszę znany jest pod nazwą rejbaku, na Mazurach bardzo zbliżona forma zwana jest kartoflakiem...

Kugiel wbrew temu, co sądziłam na podstawie składników, raczej nie sprawdzi się w roli akompaniatora. Jest to samostanowiące, aromatyczne danie jednogarnkowe (lub jednobrytfannowe lepiej). Można je podać z kwaśną śmietaną, z zieleniną lub kwaszonymi ogórkami, ale nie sądzę aby mogło, tak jak francuskie gratin spisać się u boku dania mięsnego. Na mojej patelni czekał super aromatyczny sos z podgrzybków, po degustacji stwierdzam jednak, że i on nie mógł znieść dominacji głównego bohatera. Kwaśna śmietana w najbardziej wdzięczny sposób podkreśla to co w kuglu najlepsze. Nie trzeba kombinować, starać się udoskonalić dawną recepturę, prosto - znaczy lepiej, jak to zwykle bywa. 
Na internetowych zdjęciach widywałam kugle o szarobrunatnym kolorze. Nie ukrywam, że obawiałam się, że mój wyjdzie właśnie taki - a to byłaby katastrofa bo ja jem także oczami, szczęśliwie jednak kolor był przyjemnie kremowy a skórka ładnie się zrumieniła. W jednym ze źródeł przeczytałam, że efekt ten zawdzięczać powinnam mleku dodanemu do utartych ziemniaków, szczędząc tego dodatku mamy ponoć gwarancję wizualnego niewypału - nie potwierdzę, gdyż wolałam nie podejmować ryzyka.




składniki: 

1,5 kg ziemniaków, 
1 kiełbasa śląska, 
150 g wędzonego boczku, 
duża cebula, 
serek topiony Gouda, 
jedno jajko, 
pół szklanki gorącego mleka, 
łyżka mąki ziemniaczanej, 
3 duże ząbki czosnku, 
pieprz, 
sól


Ziemniaki utarłam w malakserze (dzięki Ci Panie za to dzieło postępu...), następnie przerzuciłam na durszlak ustawiony w zlewie i odcisnęłam. Na patelni podsmażyłam boczek, cebulę i kiełbasę pokrojone w drobną kostkę, a gdy się pięknie zrumieniły dodałam rozgnieciony czosnek. Zdjęłam patelnię z gazu.  W małym garnuszku podgrzałam mleko z serkiem topionym - jakkolwiek ten dodatek wydawał mi się mało tradycyjny, wielka księga kazała go zastosować. W finale zmieszałam ziemniaki z mleko-serkiem i składnikami z patelni, z jednym jajem i z dziwnie niewielką ilością mąki ziemniaczanej. Posoliłam i popieprzyłam. Powstała masę przełożyłam do 20-to centymetrowej, okrągłej formy, wyłożonej papierem. Piekłam w temperaturze 200 stopni niemal 1,5 godziny. Pod koniec pieczenia, oskrobałam na wierzch kugla nieco masła. Gotowe danie najpierw podałam z sosem grzybowym - wybornym skądinąd, jednak bardziej trafionym okazał się być  dodatek śmietany i ten zestaw polecam.
Kugiel znacznie lepiej się zachowuje, gdy damy mu ostygnąć a potem go odgrzejemy, wówczas się nie kruszy ani nie rozwarstwia.




Kugiel wart jest bez dwóch zdań, by o nim pamiętać, jest to z całą pewnością jedna z tych potraw którą trzeba wskrzesić w polskiej świadomości. W mojej zaistniała już na dobre.


niedziela, 25 listopada 2012

sałatka jarzynowa w Toskanii



Cudze chwalicie, swego nie znacie? Oklepane ale prawdziewe, sentencja ta zawładnęła moją myślą w najmniej oczekiwanym momencie i w odniesieniu do najmniej spodziewanej potrawy jaką wydała na świat polska gastronomia.

Upalne popołudnie w Montalcino, po zaliczeniu szeregu cudownych, lokalnych winnic i wizycie w ulubionej lodziarni, pozostało nam zrobić zaopatrzenie na kolację. W supermarkecie z idiotycznym uporem próbuję znaleźć chleb, który zawierałby w swym składzie sól - na darmo, następnie kieruję swe kroki w stronę stoiska z mięsiwem i pieczoną na miejscu focaccią - ona z pewnością wszak bedzie słona. Wybieram szynkę parmeńską, focaccię w wersji podstawowej, kupuję też całkiem spory pojemnik ucieranego na miejscu pesto oraz słuszny kawałek pecorino, zaraz, zaraz, a co kupują stojący obok mnie Włosi?? Otóż Włosi kupują, ku mojemu zdziwieniu, sałatkę jarzynową, która spoczywa w metalowym pojemniku tuż obok bazyliowego pesto. Sałatka jarzynowa cieszy się tu ogromnym powodzeniem, niemal każda osoba stojąca w sklepowej kolejce kupuje choćby niewielką jej porcję. Czyżby w kraju gdzie urodzaj sałat i świeżo tłoczona oliwa, majonezowe, konkretne sałatki uchodziły za rarytas? Na to wygląda!




Dzisiaj przepis tylko pro forma, przecież każdy zna swoją metodę najlepszą. Mimo powszedniości tego dania bywa ono komponowane i wykańczane w sposób rozmaity, jedni lubią z cebulą lub porem, co dla mnie jest niedopuszczalne, inni z kolei nigdy nie zastosują jabłka, często dorzuca się do warzywnej krajanki podstawowej paprykę, kukurydzę, groszek, znałam domy w których normą było użycie śliwek w occie i grzybków marynowanych... Dawno temu miałam okazję przyglądać się jak powstaje z całkiem konwencjonalnych składników bardzo niekonwencjonalna wersja jarzynówki, w której wszystkie warzywa posiekane były na miazgę, czego efektem sałatka przypominała pastę.
W mojej wersji nie ma cebuli, jest  za to jabłko, dodałam też trochę marynowanych grzybów, lepiszcze  sałatki stanowił zaś ręcznie ucierany majonez. Sałatka jarzynowa jest o niebo lepszym rozwiązaniem o tej porze roku, niżeli paczkowana zielenina o ekstremalnie długiej zdatności do spożycia i mizerniutkim smaku. Tęskniąc nieco - przyznaję, za letnimi smakami prosto z pola - zimą będę często przygotowywać banalną jarzynową, a przed oczami malować mi się będzie na przemian z widokiem maminego stołu sprzed lat, cudowna, słoneczna panorama okolic włoskiego Montalcino.


składniki:

2 marchewki, 
1 pietruszka, 
nieduży kawałek selera, 
2 duże ziemniaki, 
2 jajka, 
1 jabłko,
filiżanka groszku, 
filiżanka kukurydzy, 
kilka grzybków marynowanych, 
dwa duże kwaszone ogórki
sól, 
pieprz 

oraz

majonez ręcznie ucierany:

1 żółtko, 
1 łyżeczka musztardy sarepskiej, 
szklanka oleju rzepakowego, 
duża szczypta soli, 
duża szczypta cukru, 
nieco soku z cytryny




Warzywa odłowione z bulionu kroimy w równą kostkę, oddzielnie ugotowane ziemniaki i jajka również. Jabłko obieramy ze skórki, kroimy i dołączamy do reszty. Ogórki kiszone obieramy, kroimy i odciskamy, by nie były wodniste. Kilka grzybków traktujemy nożem niedbale, łączymy z pozostałymi składnikami. Na sam koniec dodajemy groszek i kukurydzę z puszki, delikatnie mieszamy, doprawiamy i dotłuszczamy majonezem. Majonez trzeba wykonywać ostrożnie, gdyż on lubi delikatne traktowanie, inaczej zaprezentuje nam widowiskowego focha i się zważy.. Żółtko mieszamy z musztardą (ręcznie łyżką w moździerzu, lub w wyższym naczyniu za pomocą blendera), następnie stopniowo dolewamy olej, wciąż mieszając. Na sam koniec dokwaszamy cytryną i doprawiamy solą i pieprzem.


piątek, 9 listopada 2012

placki ziemniaczane bez bajerów



Gdy dzień się skraca i słońce wstaje coraz później, niemal co rano błogosławię moment, w którym zakończyłam edukację szkolną. Gdy sobie przypominam pobudki bladym świtem (choć w przypadku najtrudniejszych świtów jesienno-zimowych raczej były to zawsze świty ciemne..), wspominam codzienny autobus, który odjeżdżał z mojego przystanku kategorycznie za wcześnie, to bardzo trudno mi uwierzyć, że przetrwałam bez szwanku okres liceum.
Jak cudownie jest nie musieć wkuwać znienawidzonej fizyki i drżeć każdego dnia w obawie przed kartkówką, jak dobrze jest nie być narażonym na stres spowodowany przepytywaniem z geografii. Jak to dobrze jest wiedzieć, że to już zamknięty rozdział!

Gdy przypominam sobie czasy, w których koniec wszechświata wyznaczał dzień matury, naprawdę trudno mi uwierzyć, że bez większych problemów przetrwałam ten okres. Pamiętam te nerwowe, bure poranki, kiedy zlani potem spisywaliśmy przedsprawdzianowe memento na wszystkich możliwych częściach ciała, garderoby i na piórnikowych akcesoriach - zupełnie nie mam tu ochoty na jakże rzucającą się na usta sentencję - to były czasy!! Im bardziej wspominam tym bardziej jestem zachwycona, że jestem tu i teraz i, że autobus nr 513 odjeżdża beze mnie z tamtego przystanku...



W okresie liceum, człowiek nie myślał dostatecznie dużo o kwestiach żywienia, raczył się tym co w domu dostępne było a w szkole korzystał z dobrodziejstw sklepiku, specjalizującego się w zapiekankach z mikrofali. W którymś momencie nawet nabył przekonania, że parująca substancja, polana niebagatelną porcją keczupu jest niezwykle smaczna i do życia niezbędna. Nie godziło się wykorzystywać matczynych rąk do sporządzenia kanapek szkolnych a samemu całkowicie nie mieściło się w głowie by wygospodarować choćby jedną minutę więcej na przygotowanie drugiego śniadania. Jakże trudne to były czasy!! Zamiast wieczorem wyczarowywać pyszności na kolejny dzień, człowiek musiał ślęczeć nad lekcjami, wkuwać całkiem abstrakcyjne informacje na temat procentowego spożycia owsa i prosa w Ameryce Środkowej, musiał bądź nawet chciał bywać w miejscach, które nobilitowały go towarzysko...jak to dobrze, że dziś nie musi. Szczęśliwie mama gotowała wyborne obiady, zatem kubeczki smakowe także przechodziły rzetelny proces edukacji, miały szansę całkowicie nieświadomie złapać solidne podstawy gastronomicznej wiedzy z zakresu 'co z czym jak i dlaczego'. Nauka nie poszła w las.
Dziś spędziłam cudowne popołudnie w kuchni, zrobiłam potworny bałagan, zajmując każdy milimetr blatu roboczego. Dziecko dołączyło się do zabawy. Oto najlepsza forma piątkowego relaksu. Wyhodowana wciągu tygodnia chandra pięknie się rozeszła, na dodatek w domu zapachniało latem, gdyż upieczone zostały ciasteczka z nadzieniem różanym (gdyby ktoś, podobnie jak ja miał chrapkę na powiew lata przepis znajdziecie tutaj). 
Weekend będzie boski, biorąc pod uwagę, że w poniedziałek nie trzeba iść do szkoły - kolejny tydzień również zapowiada się świetnie:)))






Dziś bez fanaberii, bez zadęcia, na całkowitym gastronomicznym luzie serwuję placki ziemniaczane. Placki  choć to typowo polski  przysmak, stoją w kontrze wobec bigosu - robi się je migiem. W nadchodzącym sezonie będą z pewnością często spotykanym zjawiskiem na moim stole, z różnymi dodatkami, sosami i posypkami, dziś jednak wersja podstawowa bo na taką mam ochotę.


składniki: 

1 kg ziemniaków, 
2 jajka,
1 średnia cebula,
3-4 łyżki mąki
łyżeczka soli, 
pieprz czarny mielony,
olej rzepakowy


Wszystkie składniki zmiksowałam w malakserze, smażyłam na oleju z obu stron aż placki zrobiły się złote. Mój drogi Dziadek zwykł ścierać kartofle ręcznie i zawsze czekał by od ziemniaczanej brei oddzieliła się skrobia, dopiero wówczas mieszał z nią resztę składników. To też był dobry sposób, jednak zdecydowanie bardziej wymagający.
Ja tym razem wybrałam drogę na skróty - cała filozofia ograniczyła się do obrania ziemniaków i naciśnięcia guzika 'on' w robocie kuchennym.  Gotowe placki posypałam czerwonym pieprzem, 
podałam ze śmietaną i cytryną.

Proste i pocieszne, chyba wszyscy o tym wiedzą!!



piątek, 2 listopada 2012

bigos kontra spaghetti - dziś wybieram bigos



Największym sprzymierzeńcem polskiej kuchni jest czas. 

By zupa smakowała musi się długo gotować, by bigos miał właściwą konsystencję powinien spędzić na gazie wiele godzin a potem winien być kilkakrotnie zamrożony, by dziczyzna była nie tylko zjadliwa ale pyszna wymaga długiego marynowania, gołąbki, pierogi ciasta drożdżowe, to specjały mogące wyjść spod ręki jedynie najcierpliwszych, gęś, pieczeń czy kaczka powinna się najpierw przez długi czas marynować a następnie piec niemal tyle godzin ile sama waży. 
Owe uroki polskiego kucharzenia niektórych bawią, innych sama myśl o nich doprowadza na skraj całkowicie uzasadnionej histerii.
Wszystkie powyższe specjały wymagają poświęcenia pokaźnej części dnia, jednak gdy traktujemy owe poświęcenie w kategoriach inwestycji - niewątpliwie opłaci się ten interes.
W sposób oczywisty - nie każdy jednak może sobie pozwolić by całe swoje jestestwo podporządkować powstającemu obiadowi, dlatego nierzadko na tę okoliczność wybieramy makaron - przyrządzany na sposób włoski, przy użyciu świeżych składników, niewymagających długiej obróbki termicznej. Żyjąc w pędzie odwracamy się od naszej tradycji kulinarnej, gdyż niewątpliwie stawia ona przed nami wyzwania, którym zazwyczaj trudno sprostać. Makaron przygotować możemy za pomocą najrozmaitszych składników ad hoc, by zrobić zrazy zawijane, czy pierogi ruskie, musimy mieć na stanie bardzo konkretne produkty, których na co dzień w lodówce raczej nie mamy.





Polska kuchnia jest ponadto dość trudna w odbiorze wizualnym. Spaghetti, mule czy sałatka grecka bez względu na to spod czyjej ręki wyszły wyglądają bajecznie. Bigos, czy zrazy zawijane z kaszą nie cieszą oczu w podobny sposób - aby podbić ich walory estetyczne trzeba się dodatkowo nastarać. Zajadanie nieskończenie długaśnych makaronowych wstążek czy wyławianie małży z gorącego, pachnącego winem kociołka wydaje się być znacznie bardziej romantyczną formą posiłku niżeli zanurzanie łychy w porcji chłopskiego żuru....może i tak ale co z tego?? 
Całe szczęście ani bigos ani żur nie aspirują do wyjścia na salony - i dobrze bo gdzie indziej ich miejsce, z resztą zupełnie nie wyobrażam sobie ich w wydaniu fusion bądź molekularnym...
Cieszy mnie całkiem ta niewytworność polskich dań tradycyjnych i czasem mam na nie niekłamaną ochotę, tak było i tym razem - powstał więc bigos - z nieprzypadkowych składników, powstawał kilka dni, zniknął zaś znacznie szybciej...powtórzę jednak, że zainwestowanie czasu w bigos zaprocentowało. Pokaźna jego porcja wyruszyła z nami do Belgii. Smakował bardzo, o czym świadczyło skrupulatne dojadanie wprost z garnka jego resztek. 
Teraz, gdy przyglądam się zdjęciom, muszę także przyznać, że całkiem ładnie się zaprezentował mimo braku garnirunku.




składniki:

mała główka białej kapusty (ok 1 kg), 
 kilogram kapusty kiszonej, 
4 kiełbasy śląskie lub jałowcowe, 
dwie łyżki domowego smalcu
 0,5 kg boczku wędzonego,
0,5 kg schabu,
1 duża cebula,
150 g śliwek suszonych,  
15 kapeluszy suszonych grzybów leśnych
garstka jałowca, 
garstka ziela angielskiego, 
5 listków laurowych,
pyszne czerwone wino wytrawne- takie jakim chcielibyśmy ten bigos popić - nieco ponad pół butelki,




Zabawę z bigosem rozpoczęłam od zagotowania grzybów i zalania śliwek suszonych wrzątkiem, w następnej kolejności poszatkowałam białą kapuchę, ujmując głąb. Do dużego garnka wrzuciłam pokrojony boczek, a gdy ten delikatnie się zrumienił dołożyłam do niego białą kapustę. Na patelni zaś rozgrzałam smalec na który wyłożyłam pokrojoną w piórka cebulę i po chwili kiszoną kapustę - kiszoną pocięłam kilkoma pociągnięciami noża by jej długie włókna nie zaburzyły spójnej struktury bigosu. Zarówno kapusta biała w garnku, jak i ta ukwaszona z patelni podgrzewały się w swoich miejscach przez blisko pół godziny. Dopiero po tym czasie, kapusta kiszona wylądowała w garnku swojej kuzynki. Wówczas także zawędrowały tam jałowiec i ziele.
Na patelni poddusiłam pokrojony, osolony schab na niewielkiej ilości oleju, następnie solidnie obsmażyłam pokrojoną w kostkę kiełbasę. Mięso w ślad za kiszoną kapustą trafiło do wielkiego gara z pachnącym już niezwykle zaczątkiem bigosu. Obgotowane grzyby i śliwki pokroiłam w paski i dorzuciłam do reszty spoczywającej w garnku. Wlałam także wywar grzybowy, którego po obgotowaniu grzybów zostało blisko 1,5 szklanki. Posoliłam i doprawiłam pieprzem bigosową bazę, po czym pozostawiłam wszystko na ogniu pod przykryciem na około godzinę. Po tym czasie zalałam wszystko winem, i gotowałam kolejne pół godziny. Po ostudzeniu bigos zagotowałam raz jeszcze dnia kolejnego, a następnie zamroziłam i rozmroziłam dwukrotnie, jak nakazują znawcy. Znawcy wiedzą co mówią bo wyczekana strawa smakowała dokładnie tak jak smakować powinna, przyznam szczerze, że był to jeden z najlepszych bigosów jakie jadłam.


...I choćbym odnosiła wrażenie, że wrastam w kuchenną podłogę przygotowując niektóre polskie specjały, póki co nie zamierzam odstąpić od tego zwyczaju, gdyż wciąż większą frajdę mi to sprawia niż niedogodność, kupiłam też ostatnio gigantyczną książkę o polskiej kuchni regionalnej, by zmusić się nieco do bardziej rzetelnej analizy regionalnych smakołyków. Mimo bowiem całej mej miłości i oddania daniom polskim, znacznie lepiej odróżniam gatunki włoskich makaronów czy francuskich serów od całkowicie egzotycznie brzmiących, powstających na naszych ziemiach: lemieszków, gałuszków, hałusków i im podobnych. O ile będę konsekwentna - a mam taką nadzieję - to mniej lub bardziej udane efekty nauki powinny być widoczne w kolejnych wpisach. Póki co zapraszam na bigos!