Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 września 2015

pasztet z cukinii - mój powszedni


Wpadam do domu, ledwie zdołam odwiesić płaszcz na wieszak, umyć ręce i  z miejsca wchodzę do kuchni - w gumiakach, na ich zdejmowanie czasu nie ma. Głodni w domu!! Głodni potwornie! Naprędce związuję włosy w niezgrabny kucyk - recepturką, bo na górę do łazienki w gumiakach nie wejdę. Otwieram lodówkę, lustruję zawartość i w dwie sekundy oceniam szanse na posiłek. W tym momencie zaczyna się moja codzienna 'mission impossible', walka z czasem, opatrzona stresem, co i rusz dobiegają mnie bowiem jęki osłabionych z głodu. Działam jednak niestrudzenie. Bezbłędnie lawiruję między naczyniami pozostałymi jeszcze ze śniadania, omijam dziecięce obuwie i plecaki  jak zwykle leżące na środku, całkiem sprawnie udaje mi się zlokalizować czysty garnek i patelnię! W tym samym momencie gotuję wodę na herbatę, przecieram blachę piekarnika, nawołuję do zabrania butów i plecaków, mieszam ciasto naleśnikowe, popełniam aromatyczny farsz i ser biały na wypadek gdyby farsz okazał się być zbyt aromatyczny. Jestem w kilku miejscach na raz, mąka też jest wszędzie - największe jej pokłady rozlokowane rzecz jasna na nogawkach moich spodni. Do kuchni co i rusz wpada wygłodniałe stworzenie i po raz setny w ciągu kwadransa otwiera lodówkę. Zachowuję spokój. Mieszam, smażę, wycieram, gotuję w gumiakach, gdy trafi mi się jakaś wolniejsza nanosekunda angażuję się w zadania domowe. Dzielę pod kreską między jednym plackiem a drugim, z trudem wyłapuję z tekstu "rórzę, gżech i sonsiada", przy sonsiedzie się zawieszam przypalając kompletnie dziesiątego naleśnika. Otwieram okna, przeganiam wszędobylskiego kota, faszeruję serem - z rodzynkami, bez rodzynek, stanowczo zbyt aromatycznym farszem, zawijam, podaję do stołu. Gdy małe wygłodniałe harpie zmieniają się w ukojone jedzonkiem aniołki, biorę głębszy wdech, zdejmuję kalosze, odwracam się, widzę jakie są efekty mojej działalności w kuchni i nie ma rady, biorę się do roboty…



Na przyjemności takie jak zaprezentowana w dzisiejszym "odcinku", miewam czas jedynie w weekendy, wówczas mogę przygotować dobra na kolejne dni. Ów pasztet z cukinii zabieram do pracy, daję córce na ciepłe pierwsze śniadanie - łatwo się podgrzewa w opiekaczu, jest fenomenalny! Przepis pochodzi z jednej z moich ulubionych książek - "Smak Miłości" Agnieszki Maciąg. Pasztet serwuję zwykle na ciepło z łychą kwaśnej śmietany, prażonymi pestkami słonecznika i pomidorem w asyście. Niepotrzebny mu chleb, jest sam w sobie sycący. Wspaniały!!! Dla mnie cukinia to królowa, tyle z niej dobrego wyczarować można, przez swą delikatną naturę, jakże jest uniwersalna. W tym roku konkurować z nią na moim stole mógł jedynie kalafior, ale o nim innym razem :) Teraz do rzeczy:

składniki:

2 średniej wielkości cukinie, starte na grubych oczkach - ja je mielę w malakserze, a potem przerzucam na sito, gdzie po osoleniu odciskam z płynu,
1 duża starta marchew,
2 spore drobno pokrojone cebule,
4 ząbki czosnku,
0,5 szklanki oleju z pestek winogron,
0,5 szklanki bułki tartej wymieszanej z odrobiną mleka,
pół łyżeczki kurkumy,
pół łyżeczki curry,
1 łyżka suszonej, sproszkowanej włoszczyzny, lub innego wzmacniacza smaku bez glutaminianu,
4 szczęśliwe jajka,
garść bazylii i koperku lub natki pietruszki,
sól, 
pieprz


Cebulkę i czosnek należy zeszklić na oliwie. Resztę bierzemy na surowo. Po rozdrobnieniu marchewki i cukinii, oraz po odsączeniu głównej bohaterki tego dania, wrzucam wszystko do jednej dużej michy i mieszam. Zioła siekam dość drobno by zgrabnie zintegrowały się z resztą smaków. Piekarnik nagrzewam do temperatury 200 stopni. Keksówkę - najlepiej o obłych brzegach, bo krańce pasztetu lubią się tam osadzać na dłużej, smaruję masłem i posypuję bułką tartą, wypełniam powstałą masą warzywno-ziołową. Wstawiam do piekarnika, piekę godzinę. Potem odstawiam keksówkę z pachnącą zawartością na stronę, gdzie poczeka kilka godzin. Najlepiej kroić pasztet po całkowitym wystudzeniu, ma wszak dość luźną konsystencję po upieczeniu. Koniecznie serwować z kwaśną śmietaną. 
Kto nie zna, niechaj spróbuje!

środa, 4 lutego 2015

krem ziemniaczany z prawdziwkami - to mnie grzeje!


Samochód toczy się z zawrotną prędkością 10 km/h, toczy się i buja we wszystkie świata strony, najintensywniejszy jest ruch góra-dół, gliniaste podłoże z każdym bujnięciem wymalowuje rudawe ornamenty na szybach i żółtej karoserii. Droga jest dziurawa, z każdym nowo przebytym centymetrem czeka na nas przygoda, nigdy nie wiadomo na ile głęboka jest kałuża, której nijak ominąć się nie da. Bujanie więc nie jest jednostajne, czasem przechodzi w intensywne szarpnięcia. Kawka wylewa się z termo-kubka - nic to jednak, bo doświadczony kierowca ma na tę okoliczność przyszykowany stos arcychłonnych ręczników papierowych. Na wysokości starego dębu szarpnięcie wbija głowę w sufit. Próbując ominąć wyrwę z prawej strony wpadamy oponą w dziurę z lewej, na środku natomiast, przyjezdni z pewnością tego nie wiedzą, kałuża jest najbardziej głęboka, trzeba więc tak manewrować by do niej nie wjechać. Kłopot jest wtedy, gdy na trasie pojawi się inny uczestnik ruchu, zmotoryzowany, lub nie daj Bóg, pieszy, wówczas należy zwolnić do 5 km/h  ryzykując, że auto może ugrzęznąć tu na wieki. W tych uroczych okolicznościach przyrody nie trudno sobie wyobrazić jak auto topi się w glinie. Wyobraźnia podsuwa najczarniejsze obrazy - chcemy jak najszybciej się stąd wydostać. Wycieraczki nie nadążają ze zmywaniem błotnistej substancji z tylnej szyby ale jest światełko w tunelu - widać już zakręt, a za nim przecież czeka nas błogosławiony asfalt! 

Nie jest to bynajmniej opis trasy wiodącej przez środek kolumbijskiej dżungli, to droga miejska, nie mieszkają tu kapibary, małpy, agamy błotne jest za to sporo mieszkańców z gatunku homo sapiens, którzy o tej porze roku dzień w dzień przechodzą przez to samo. 
To także element mojej codzienności. 
W moją codzienność zimą, poza błotem, wpisana jest także zupa. Tym razem serwuję rewelacyjny krem ziemniaczany (przywiozłam go sobie z Austrii, gdzie na stoku rozgrzewał pierwszorzędnie). Zupa ziemniaczana brzmi banalnie, jednak ta podkręcona jest prawdziwkami, więc jest intensywnie grzybowa, bardzo aromatyczna.




składniki:

6 dużych ziemniaków (około 1 kg)
łyżka oleju rzepakowego,
250 -300 g pieczarek, 
4 l wywaru warzywnego, 
4 ząbki czosnku,
dwie łyżki masła,
200 g grzybów - u mnie mrożone borowiki, 
pęczek natki pietruszki, 
kilka gałązek tymianku,
pieprz, 
sól, 
bita śmietana 36% lub małe opakowanie serka mascarpone
do podania podsmażone na maśle grzanki z białego pieczywa

Zakładając że mamy już bulion warzywny, zabawę zaczynamy od obrania i podsmażenia pieczarek - nie jestem zwolenniczką ich mycia, bo absorbują wodę, wolę obierać. Smażymy na niewielkiej ilości oleju aż delikatnie się 'zbursztynią'. Ziemniaki obieramy i drobno kroimy, wrzucamy razem z pieczarkami do jednego garnka i zalewamy bulionem. Gdy kartofle będą miękkie, ręcznym blenderem miksujemy wszystko na jednolity krem, doprawiamy go natką, drobno posiekanym tymiankiem i zgniecionym czosnkiem. Główny punkt programu czyli prawdziwki smażymy na maśle - warto pozostawić je w dość dużych kawałkach. Gdy dorzucimy zrumienione prawdziwki do kremu, doprawmy zupę solą i pieprzem, ewentualnie mascarpone, o ile zrezygnujemy ze śmietany.

Zupa potrzebuje czasu by prawdziwek doaromatyzował całość, dlatego zostawmy ją w spokoju na co najmniej 2 godziny. Po tym czasie możemy przygotować grzanki z białego pieczywa, ubić śmietanę, ewentualnie pokroić dodatkową porcję natki.

Coś pysznego i wspaniale rozgrzewa w chłodne dni!


poniedziałek, 1 grudnia 2014

zielone ruskie - wyrwane z kontekstu


Chomiś po nocnym maratonie zakopuje się głęboko pod ściółką w swojej klatce, nad łebkiem tworzy nasyp z trocin, a potem godzinami odpoczywa, wychodzi tylko po to aby coś przekąsić albo dać się wyprzytulać dwunożnym domownikom. Latem i wczesną jesienią zasypiał w pozycjach dowolnych na stanowiskach nieosłoniętych, eksponowanych, a teraz kuli się w gnieździe, przykrywa ze wszystkich stron. Patrzę na to maleństwo i muszę przyznać, że nieźle to sobie wykombinowało - z miłą chęcią bym poszła w jego ślady (wyłączając maraton).
...Wymościć sobie łóżko nieskończoną ilością puchowych poduszek, obwarować stosami książek, zaparzyć Earl Greya w wiadrze najlepiej, spod kołdry wyłazić tylko na okoliczność przygotowanego przez innych posiłku i tak przeczekać chłody, ale by było cudnie! Na tydzień przed Gwiazdką obudziłby mnie z tego zimowego półsnu Michael Bolton  albo George Michael - byłabym wypoczęta, nasycona lekturą, błogo połechtana nicnierobieniem i chętna do roboty. Nie wiem jak będzie w istocie, bo zamiast zainspirowana chomisiem okopać się w sypialni robię wprawkę przed grudniowym wyrabianiem pierogów i uszek. Już chce mi się lepić więc lepię, czasu na nicnierobienie jakoś znaleźć nie mogę, a może raczej nie potrafię…
Poniższe pierogi jedynie kolor mają rewolucyjny, wnętrze jest banalne, bo ruskie. Gdy powiedziałam dzieciom, że dziś serwuję wiosenne pierogi postukały się w czoło, że matka przypuszczalnie straciła resztki rozumu  "okej, okej - pierogi nie są wiosenne wcale, jedynie kolor mają zielony" - sprostowałam.
Dobrze im ze śmietaną i koperkiem, polecam jako element jesienno-zimowej chromoterapii.



Przepis na szpinakowe ciasto pierogowe pochodzi z książki Magdy Gessler "Smaczna Polska"



składniki dla 4-5 osób:

dwie solidne garści szpinaku świeżego,
1/2 kg mąki,
2 jajka szczęśliwe,
kilka łyżek ciepłej wody do uzyskania właściwej konsystencji ciasta,
odrobina soli,

200 g sera białego półtłustego, 
200 g ugotowanych w mundurkach ziemniaków (sypkie będą lepsze od kleistych),
duża cebula, 
łyżka masła,
sól, 
pieprz,
kwaśna śmietana, 
koperek 

Zaczynamy od zmiksowania w malakserze umytego szpinaku, potem dorzucamy resztę składników, wodę pozostawiając na koniec. Gdy malakser pracuje przez górny otwór dolewamy jej tyle by ciasto miało jednolitą, dość zwartą konsystencję. Nie trzeba by odpoczęło, z miejsca można uformować z niego kulę, następnie placek i zacząć wykrawanie kółek.

Farsz do ruskich każdy robi wedle uznania. Ja mieszam ugotowane ziemniaki i ser 1:1, zwyczajowo dodaję także majeranek, którego w zielonych pierogach poskąpiłam bo kłóciłby mi się z wierzchnim koperkiem. Wystarczyły sól i pieprz, no i nieodzowna, delikatnie podduszona cebulka. Szpinak wchodzący w skład ciasta nie miał niemal żadnego wpływu na smak, za to na uciechy wizualne jak najbardziej. Pierogi gotowałam w  osolonej wodzie przez 2 minuty od wypłynięcia, po wyłożeniu na talerz polałam kwaśną śmietaną i posypałam koperkiem. 

środa, 5 listopada 2014

quiche paprykowy i oswojony listopad



Siódma rano. Jadę, a na tylnym siedzeniu skrzętnie okutane różowym kocem dosypia moje dziecko. Bujam się żwawo do jakiegoś potwornie starego przeboju Toma Jonesa. Spod podłokietnika pachnie kawa - po turecku, bo do takiej mam słabość największą. Przejeżdżam na drugi brzeg podziwiając obłędną warszawską panoramę - w listopadzie, mimo wszelkich jego wad jest najpiękniejsza - nasz mały Manhattan wyrastastający ponad dachami starówkowych kamienic wygląda jak obraz. Kawa smakuje przednio, sesja jogi dobudza zaspane i rozleniwione członki, po powrocie zasadzę cebule tulipanów by było na co czekać, na stole ustawię bukiet bladoróżowych goździków i zrobię pyszny obiad. Jest pięknie, będzie pięknie - oswoiłam listopad!




*przepis inspirowany recepturą belgijską, inspirację przywiozłam z Antwerpii - tam dodaje się także podduszone pieczarki i często zamiast ciasta kruchego stosuje się ciasto francuskie



składniki na ciasto 
6 małych, wysokich foremek lub jedna duża o średnicy 24 cm:

250 g mąki pszennej
150 g mała,
żółtko,
łyżeczka soli,
1/5 szklanki wody,

farsz:

papryka żółta, pomarańczowa i czerwona,
cebula, 
białko,
2 jajka,
100 ml śmietanki 30 %,
50 ml mleka,
sól,
gałka muszkatołowa,
pieprz, 
spora szczypta papryki słodkiej,
tarty ser żółty

Składniki ciasta wymieszałam w malakserze, schłodziłam 30 minut w lodówce, a po tym czasie cienko rozwałkowałam. Ciasto kruche zwykle wałkuję między dwoma arkuszami papieru do pieczenia, to bardzo ułatwia sprawę. Wysokie foremki wyłożyłam papierem i w nastepnej kolejności ciastem. Tak przygotowane spody piekłam przez 20 minut w temperaturze 190 stopni, do zrumienienia wierzchu. Podczas, gdy po kuchni rozchodziły się zapachy przygotowałam zalewę i warzywa do farszu. Cebulę obsmażyłam w pierwszej kolejności, następnie na tej samej patelni poddusiłam plastry papryki. Składniki zalewy wymieszałam w misce. Gdy spody moich kiszów były gotowe upakowałam do nich warzywa i zalałam przygotowanym sosem.  Całość piekła się 15 minut. 
Listopad jest pyszny!


środa, 8 października 2014

nasze ulubione placuszki z cukinii




Na zebraniu w przedszkolu zgromadzili się niemal wszyscy rodzice - panie mamy w długich lanserskich kurtkach i w czerwonych ustach, tatusiowie w nienagannie skrojonych gajerach, czasem w pojedynkę, czasem parami. Wszyscy piękni. 
Zebranie przebiegało spokojnie do momentu, gdy jedna z mamuś postanowiła zabrać głos w sprawie żywienia pociech w niniejszej placówce. Mamusia przełknąwszy ślinę głośno, zdecydowała się wyrazić sugestię dotyczącą ograniczenia w menu przedszkola ilości stosowanego cukru. Powołując się zresztą na wczorajszy jadłospis:

śniadanie:
płatki czekoladowe na mleku

obiad:
naleśniki z serem i cukrem, kompot

podwieczorek:
bułka drożdżowa z dżemem

Sugestia zdawała się oczywista, bardzo rozsądna i można się było spodziewać, tak przynajmniej autorka postulatu sądziła, że zabrzmią oklaski i pełne aprobaty potakiwania...
Okazało się jednak, że aprobaty nie było, padło za to hasło - zupełnie serio - że przecież cukier krzepi i aby uprzejma pani nie wyrażała swojego zdania, skoro jej postawa jest odosobniona, ostatecznie lepiej by dziecko jadło cukier niz nic nie jadło. Tu należy nadmienić, że dziecko Pani patrzącej na świat spod bordowych oprawek Gucci nie tknie zwykłej zupy, więc ona się cieszy, że w placówce karmi się dzieci nutellą i dżemem - dzięki temu córa je. 
Kontrowersyjna pani* pożałowała, że nie ma na sobie czerwonych ust, które być może zdołałyby ją wesprzeć w tej idiotycznej sytuacji. Przełknęła głośno ślinę raz jeszcze i postanowiła nic więcej nie mówić, w najblizszym zaś czasie przeniosła dziecko do przedszkola, w którym obowiazywały inne - nieco - standardy.

Moje dzieci jedzą dobrze, mimo, że w szkołach stoją automaty, mimo, że catering w stołówce - tak przynajmniej to oceniam. Jestem przekonana, że jest to wynik naszych - moich i męża wyborów, a nie zastanych okoliczności przyrody.
Na dowód przedstawiam nasze dzisiejsze pierwsze śniadanie :)

składniki:

2 średniej wielkości cukinie,
szczypta soli,
3 jajka od kury szczęśliwej,
1 opakowanie fety (kozio-owcza być musi, z krowią to już nie to samo)
łyżeczka proszku do pieczenia, 
ząb-ek, duży czosnku,
mąka do zagęszczenia konsystencji ciasta około pół szklanki

do smażenia 
mieszanina oleju rzepakowego i oliwy z oliwek

Cukinię siekam w czaszy malaksera albo ścieram na grubej tarce, solę i odstawiam na kwadrans by puściła wodę. Odciskam. Dorzucam pozostałe składniki, mieszam i znów czekam kwadrans. Smażę na rozgrzanej mieszaninie oleju i oliwy na złoto, podaję z sosem tzatziki.
Rzecz jest świetna na każdą okazję - śniadanie, ciepłą lub zimną przekąskę, na prowiant do auta lub samolotu. Już pewnie z tysiąc osób prosiło mnie o ten przepis, od dziś będę mogła entuzjastów placuszków odsyłać tutaj :)




*czytaj - autorka niniejszego wpisu

czwartek, 2 października 2014

ciasto marchewkowe i o intruzach w kuchni


Gdyby ktoś sfilmował mnie ukradkiem, najlepszym podkładem do tego, co utrwalone by zostało byłaby muzyczka z Benny Hilla…




Wojownicy Jedi dysponowali w walce mieczem świetlnym, rzymscy legioniści używali krótkiego gladiusa, barbarzyńcy stosowali włócznie i sztylety, Mel Gibson miał berettę, moją bronią jest od kilku dni rura od odkurzacza. Jest bronią tyleż niespotykaną, co skuteczną. Włączam maszynę na najwyższy poziom ssania i odkurzam nią powietrze, szczególnie precyzyjnie traktując kuchnię i przestrzenie ponad paterami na owoce ustawionymi w jadalni.  Intruz, mimo niewielkich rozmiarów jest nader kłopotliwy, mnoży się w zastraszającym tempie, z lubością anektuje zawartość kieliszka - im wino bukiet ma bogatszy, tym większe zainteresowanie wzbudza, siada na wszystkim, co do jedzenia się nadaje, przeszkadza w posiłkach, jest najpaskudniejszym przejawem wczesnej jesieni i co roku, zjawia się nieproszony.  Dzięki Magdzie odkryłam rewolucyjną metodę zwalczania owocówek za pomocą odkurzacza, nic nie szkodzi, że czynność odkurzania powietrza wydaje się idiotyczna - małe muszki wciągają się co do jednej, potem wystarczy jedynie zatkać rurę odkurzacza i…. pozamiatane! Gdy jakieś istoty cudem ocaleją ( niewciągnięte ) czynność należy powtórzyć za dwa dni. Metodę polecam wszystkim tym, którzy muszek owocówek nie znoszą równie mocno jak ja.

A teraz, w przyjaznej, całkowicie wolnej od muszek atmosferze pragnę polecić ciasto, które wykonywałam już kilkakrotnie bazując na przepisie z Moich Wypieków . Tę zmodyfikowaną nieco wersję przedstawiam z lubością, bo łatwa, przyjemna i smakowita. W sam raz na jesień, a wierzchnie okrycie z serka mascarpone potęguje przyjemne doznania. Zapraszam!




składniki ciasta:

2/3 szklanki mąki pszennej,
1/2 szklanki drobnego cukru,
2 jajka, 
łyżeczka proszku do pieczenia, 
łyżeczka sody oczyszczonej, 
1/3 szklanki oleju rzepakowego, 
3 średniej wielkości marchewki starte na grubej tarce albo by było szybciej w malakserze, 
łyżeczka cynamonu, 
spora szczypta mielonych goździków,
spora szczypta gałki muszkatołowej,
garść orzechów włoskich,
 garść pistacji - najlepiej siekanych

na wierzch: 
serek mascarpone - duże opakowanie
połówka cytryny, dwie łyżki cukru, 
posiekane pistacje


To jest ciasto bez filozofii. Nie da się go zepsuć, lekkie zachwianie proporcji nie zrobi mu krzywdy. Wszystko należy wymieszać w misce i przelać do okrągłej formy o średnicy 20-23 cm. Pieczenie odbywa się w temperaturze 175 stopni przez 45 minut.  Po wystudzeniu ciasta - nie wcześniej!!!! można je przybrać i jest to jak najbardziej wskazane pokryciem z serka mascarpone. W tym celu serek mieszamy z sokiem z cytryny i skórką z niej otartą oraz cukrem. Gdy tak powstały krem rozsmarujemy na wierzchu ciasta, można je dodatkowo ozdobić skórką z cytryny/pomarańczy lub siekanymi orzechami. Jak kto lubi. Cisto ekspresowe i banalne. Warte by podać dalej, a do jesieni pasuje wybitnie!



wtorek, 23 września 2014

lekcja polskiego - gumiklyjzy



Dziś po raz kolejny udowodniłam, że czynność tłuczenia bitek wołowych ma zbawienny wpływ na ludzką psychikę. 

Zanim przystąpiłam do wyżej zaanonsowanej czynności, nerwy miałam zszargane, a zęby zaciśnięte, wcale, a wcale nie pomogła mi poranna sesja jogi relaksacyjnej, wciąż wszystko we mnie wrzało, ba! kipiało nawet i wylewało się na świat niepohamowaną kaskadą złości, wyrzutów i niezadowolenia. Często jestem boginią mojego domowego ogniska i z uśmiechem, a'la Martha Stewart wykonuję wszelkie czynności codzienne. Dziś czułam się nie boginią lecz kurą jakąś, wściekłą kurą dziobiącą, której uśmiech jest obcy i zadowolenie z okalającego przybytku przez myśl jej nie przechodzi. Potrzebowałam mięsa, rzucanie mięsem niewiele daje - to wiem, za to jego ubijanie jak najbardziej kojący ma wpływ na samopoczucie. Nie bacząc więc na pierwsze wichry jesieni pognałam co tchu po udziec wołowy, reszta, wiedziałam, że przyjdzie sama, gdy utłukę mięso na bitki cieńsze niż pergamin. Skoro rozprawiłam się z ostatnim kawałkiem wszystko złe ze mnie zeszło i tak jak sądziłam zrodził się pomysł na to co dalej… - pomysł na gumiklyjzy!!! W moim domu ich nigdy nie było, nawet moja Babcia, która z lubością adaptowała na potrzeby rodzinnego stołu smakołyki podpatrywane u innych nigdy nie zaserwowała mi klusek śląskich. Ja robiłam je zaledwie kilka razy w życiu, ale jako, że moje dzieci miłością zapałały do nich ogromną podczas naszej czerwcowej wizyty w Katowicach postanowiłam gumiklyjzy przysposobić na stałe.
Dziś mi wyszły perfekcyjne! Zrazów zawijać mi się nie chciało, choć one byłyby tu najbardziej na miejscu, zrobiłam bitki a'la zrazy, bez owijania - boczek, ogórka i cebulę wrzuciłam luzem do sosu.   Modrej kapusty nie robiłam, bo tę celebrować będę zimą, dziś mięsu i gumoklejzom asystowała fasolka szparagowa od Państwa Majlertów.


składniki na kluski:

1 kg polskich ziemniaków - u mnie odmiana Lord, nie powinny być to odmiany nazbyt kleiste, 
mąka ziemniaczana, 
1 jajko od zadowolonej z życia kurki,
sól 


składniki na bitki:

0,8 kg udźca wołowego,
3 łyżki mąki,
ziele angielskie - kilka ziaren, 
50 g boczku wędzonego,
3 suszone grzybki,
1 duża cebula,
dwa listki laurowe,
4 małe korniszonki, 
sól, 
pieprz, 
świeży majeranek opcjonalnie

Ziemniaki po ugotowaniu należy ostudzić i ugnieść dokładnie, albo przecisnąć przez maszynkę. Przygotowane puree rozpłaszczyć w naczyniu, i wyjąć jedną z czterech jego części. Pozostałą pustą ćwiartkę uzupełnić należy mąką ziemniaczaną.  Do całości wbić jajo i wyrabiać, aż masa będzie jednolita i ładnie odchodząca od rąk. Potem wystarczy już jedynie uformować kuleczki wielkości orzecha włoskiego i w każdej zrobić wgłębienie a kluski ugotować w osolonej wodzie przez 2 minuty od wypłynięcia.

Udziec wołowy kroimy na plastry o szerokości mniej więcej 1 cm, po skumulowaniu całej mocy w przedramionach należy uderzać w nie za pomocą tłuczka tak długo, aż ujdzie z nas cała zła energia. Gdy doświadczymy już katharsis, trzeba osolić mięso, obtoczyć w mące i przełożyć na rozgrzany na patelni olej. Smażyć trzeba będzie partiami, bo mięsa jest sporo. Na sam koniec, gdy już wszystkie mięsne kąski będą zrumienione na tę samą patelnię wrzucamy drobno posiekaną cebulę, pokrojony boczek, listki laurowe oraz grzyby. Po podsmażeniu wkładamy tu wszystkie bitki, zalewamy wodą, doprawiamy solą i pieprzem i czekamy blisko godzinę, aż na wolnym ogniu mięso zmięknie. Na sam koniec dosypujemy pokrojone drobno korniszony i nieco świeżego majeranku.


Aż dziw bierze, że nie mam nic ze Ślązaczki bo danie mi wyszło pierwszorzędne.





czwartek, 18 września 2014

wężymord po polsku - przepyszny brzydal


Skorzonera to dziwne zjawisko - wygląda zupełnie niepozornie, powiedziałabym nawet, że zniechęcająco - niczym korzeń jakiejś rabatowej byliny, ciemna skórka sprawia wrażenie umorusanej w ziemi. Jest brzydka i imię ma zupełnie dziwaczne S-K-O-R-Z-O-N-E-R-A, gdzie 'rz' czyta się rozłącznie, wiedząc to z dwojga złego wolę używać nazwy alternatywnej 'wężymord' - skadinąd też niezbyt wdzięcznej. W kuchni staropolskiej wężymord był poważany, szczególną popularnością cieszył się w XIX wieku, dziś powraca do łask. Od jakiegoś czasu ów dostępny jest w Gospodarstwie Państwa Majlertów i dziś mimo pewnej obawy, zakupiłam kilka korzeni, w nadziei, że mi zasmakują. Przygotowałam je najzwyczajniej, po polsku, chociaż można z nimi różne cuda wyczyniać - zapiekać przecierać, nurzać w sosach rozmaitych. Spodziewałam się, że korzeń będzie włóknisty, miło zaskoczyła mnie cudowna, mięciutka, rozpływająca się konsystencja wężymordu i mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że nazywanie go zimowym szparagiem jest w pełni uzasadnione - wężymord to arystokrata - w brzydkim wierzchnim okryciu, ale bezsprzecznie arystokrata! Wbrew podejrzeniom nie ma nic z pietruszki, smakuje nadzwyczajnie i zaskakująco delikatnie. Będę kupować i serwować z rozkoszą!!




składniki:

0,5 kg wężymordu
łyzka soli,
łyzka cukru,
łyżka masła, 
bułka tarta

połówka cytryny do wstępnej obróbki


Wężymord obrać należy ze skórki, założywszy przedtem jednorazowe rękawiczki, bo paskudzi ręce kleista substancją. Następnie obrane, bielutkie korzonki wrzucić warto do miseczki z wodą i sokiem z cytryny by nie ściemniały. Tak przygotowaną skorzonerę gotować należy w osolonej i pocukrzonej wodzie przez kwadrans- do 20 minut. Po wyłowieniu zaś potraktować bułką podsmażoną z masełkiem.



czwartek, 28 sierpnia 2014

faszerowana dynia z River Cottage


Weszłam do wielopiętrowego wnętrza, w którym po sufit ustawione były książki, pięknie, z zamysłem - niektóre prezentujące się grzbietem inne licem, jedne głębiej inne płytko na specjalnych podstawkach. Na pierwszym piętrze z miejsca zwabił mnie dział kulinarny - ogromniasty regał pełen książek o wszystkich kuchniach świata i autorstwa najznakomitszych znawców dobrego jedzenia. Tak jak ja musiała się czuć Dorotka stojąca u wrót szmaragdowego miasta, czekając aż drzwi się otworzą i odkryją tajemnicę. Zniknęłam na dobrych kilka kwadransów, wchłonęło mnie bez reszty. Moje poczciwe dziecko usiadło pod regałem na podłodze wiedząc co się święci i cierpliwie czekało na mój powrót do 'tu i teraz'. W Wielkiej Brytanii powstają jedne z najlepszych programów kulinarnych, tutaj wydawane są najpiękniejsze, obłędnie ciekawe książki poswięcone tej tematyce, dlaczego nie przekłada się to na jedzenie w realu, dlaczego idąc ulicą czuję wyłącznie nachalny aromat podłej smażeniny? Gdzie jest to jedzenie, o którym tak pięknie się pisze tak barwnie opowiada w telewizji? Może tych książek nie kupują miejscowi, bo gdyby kupowali musieliby gotować, musieliby od kuchni wymagać więcej niż od budy z jacket potatoes. Wyszłam z księgarni po niespełna godzinie, nie bez niczego rzecz jasna, poza wynudzonym dzieckiem towarzyszyła mi obfita, pachnąca nowością książka i nieodparta chęć dorwania się do garów...




Dziś jestem z powrotem, pełna dobrej energii i chęci do działania. Gotuję krupnik, bo zatęskniliśmy naszych, najlepszych na świecie zup i piekę dynię piżmową zainspirowaną przepisem Hugh z River Cottage. Dynia pochodzi oczywiście z Gospodarstwa Rolnego Ludwik Majlert, zamiast angielskiego sera zaistniał nasz Lazur błękitny, a zwieńczył dzieło miód rzepakowy z Borów Tucholskich.
Bardzo fajny i zaskakująco sycący sposób na dynię.

piekłam na podstawie przepisu Hugh Fearnley-Whittingstalla z książki "River Cottage every day"

składniki:

1 mała dynia piżmowa,
dwie łyżeczki masła, 
ząbek czosnku,

60 g sera niebieskiego, u mnie Lazur błękitny
garść orzechów włoskich uprażonych na patelni lub w piekarniku
sól, 
kilka gałązek tymianku, 
pieprz,
łyżka miodu rzepakowego rozrobiona z odrobiną wody (dla nadania płynnej konsystencji, wszak miód ma tu stanowić glazurę)


Zaczynamy od upieczenia dyni w 190 stopniach. Należy ją przekroić i wydrążyć pestki, następnie do wgłębień włożyć masło i rozgnieciony czosnek. Dynia powinna się piec około godzinę, aż miąższ będzie miękki.  Po wyjęciu dyni z piecyka należy wydrążyć miąższ, pozostawiając delikatny margines przy skórce. W misce mieszamy dynię z posiekanymi orzechami, serem i tymiankiem, suto solimy i pieprzymy, tak przygotowaną mieszankę ładujemy do 'dyniowych naczynek' i glazurujemy płynnym miodem. Od tego momentu trzeba będzie 20 minut, aż ser się roztopi a miód delikatnie zrumieni wierzchnią warstwę potrawy. Piękne danie na pożegnanie wakacji, książka Hugh absolutnie czarująca, wygląda na to, że niebawem w ruch pójdą kolejne z niej przepisy.



poniedziałek, 3 lutego 2014

bakłażany i Frontiera Blue z pieca - mój początek romansu z serami zagrodowymi



Często wspominam moje pierwsze spotkanie z francuskim Banonem, tę totalną niespójność odrażającego ze wszech miar aromatu z delikatnością smaku tego sera, z lubością wracam do chwili w której włoski Gospodarz pokazał mi jak w ciemnym kącie składziku, pod sufitem dojrzewa kształtna gomółka pecorino, pamiętam smak makaronu doprawionego tym serem..., za to Hiszpania ma dla mnie smak obłędnego Manchego podawanego u boku galaretki z pigwy. Jeżeli natomiast miałabym skojarzyć mój osobisty kraj z serem - Polska smakuje mi twarożkiem z tartą rzodkiewką, albo takim z pomidorem, ogórkiem i koperkiem. Od jakiegoś czasu zapragnęłam jednak by zasmakowała mi czymś innym, dlatego postanowiłam zapoznać się bliżej ze zbierającymi coraz bardziej pochlebne opinie polskimi serami zagrodowymi. Na pierwszy ogień poszły sery z mazurskiego Ranczo Frontiera, które poznałam kilka lat temu i w których się zakochałam, wówczas jednak rozkochały mnie w sobie sery owcze. Tym razem jako, że zwierzaki aktualnie są mocno ciężarne, zamówiłam sery z mleka od krów dżersejek: Dojrzewający, Dżersejan i Blue Dżersejowy.
Drugie zamówienie pochodziło z Gospodarstwa Ekologicznego Kozia Łąka, z którego wywodzą się bardzo ciekawe Sery Łomnickie. Jak sama nazwa wskazuje sery tworzone są w Łomnicy (w okolicach Jeleniej Góry).




Pierwszy wniosek jaki wynika z degustacji serów z obu miejsc - nie są to sery łatwe, takie które można wcinać niezobowiązująco do czegokolwiek, przy okazji popijania jakiegokolwiek wina. Każdy jest charakterny i lubi inne połączenie. Każdy z tych serów to odrębna osobowość, trudno im godnie zawtórować, a z kolei ich intensywny aromat powoduje, że w pojedynkę stanowić mogą frajdę tylko dla wprawnego serowego smakosza. Chałwa Kozia pod tym względem bije inne sery na głowę, jest niezwykła, ale poprzez swą intensywność mało uniwersalna. Nie jest też do niczego podobna, dlatego intuicyjne znalezienie dla niej właściwego towarzystwa nie jest prostą sprawą.





degustacja:

Ritta wędzona - ser kozi serwatkowy, lekki, ma grudkowatą strukturę, miąższ jest delikatny, skórka mocno wędzona, pięknie ubarwiona, o intensywnym dymnym smaku, faktura sera przypomina nieco wędzone tofu, ser słodkawy, niemal nie słony, zastosowałabym ją jako charakterny dodatek do zielonych sałat, fajnie urozmaici także deskę serów

Łomnicki długodojrzewający naturalny - ser kozi, intensywny smak, kwaskowy, piękny intesywnie żólty kolor, twarda skórka o skoncentrowanym bukiecie, smak zobowiązujący, jak dla mnie mało uniwersalny

Łomnicki długodojrzewający z kozieradką - ser kozi, przyjemnie twardy, kruchy, można cieniuteńko kroić, usiany maleńkimi dziurkami, mocno orzechowy aromat dzięki mojej ukochanej kozieradce, ser zobowiązujący, póki co z niczym co jadłam przy nim, nie było mu dobrze, ale jest pyszny w pojedynkę, idealny na deskę serów i zapijany piwem

dojrzewający dżersejowy - ser twardy z mleka dżersejek, kruchy, bardzo intensywny, ponoć świetnie nadaje się do topienia - póki co nie sprawdziłam

dżersejan - słodkawy ser z mleka dżersejek, kruchy, twardy, owocowy, bardzo przyjemny, przepyszny

Frontiera  Blue dżersejowy - grzybowy w nosie, wyczuwalne też nuty igliwia, bardzo intensywny, kremowy, przywodzi na myśl oryginalny francuski roquefort, szukając pomysłów na wykorzystanie Frontiery Blue pomyślmy do czego używany jest jego francuski odpowiednik - Frontiera powinna fajnie wypaść z gruszką, w sosie, zapiekana. Pyszna jest z chrupiącą bagietką.
Jakże wielkie było moje zdziwienie wówczas, gdy okazało się, że zupełnie mu nie w smak ze słodkim Sauternem (choć Roquefort się z nim kocha) ani z miodem. Być może różnicę robi tu rodzaj zastosowanego mleka, francuski pleśniak bowiem wykonany jest z owczego, a kosztowana przeze mnie Frontiera Blue z mleka krów dżersejek (w tym punkcie należy nadmienić, że gospodarstwo produkuje także przecudowny ser z niebieską pleśnią na bazie owczego mleka, ale teraz niestety nie czas na niego).

Kozia Chałwa - ser 'nie ser' produkowany na bazie serwatki, zupełnie nie poddaje się żadnej klasyfikacji, jest gęsty, w konsystencji nieco gumowaty, niebywałe skupienie koziej intensywności, ser którego nie da się jeść w pojedynkę, przynajmniej ja nie umiałam, choć producent mówi, że nadaje się na deskę serów... za punkt honoru wzięłam sobie, by znaleźć godne zastosowanie dla niego, jest to wszak ser niebanalny, którego intensywność z pewnością okaże się zaletą, gdy potraktujemy go jako przyprawę. Ze wszystkich połączeń jakich próbowałam, zdecydowanie najlepiej jej z włoskim orzechem, nie smakuje z miodem, galaretką z pigwy ani z czerwonym winem. Będę szukać dalej. Kozia chałwa to wyzwanie!




Na obrazku widzimy - zgodnie z ruchem wskazówek zegara od lewej dżersejan, łomnicki naturalny, łomnicki z kozieradką, dżersejowy dojrzewający, Frontiera Blue dżersejowy, Ritta wędzona, kozia chałwa



Na moim pudle znalazły się:

Najwyżej Frontiera Blue dżersejowy, który musi uwodzić wszystkich zwolenników sera z niebieską pleśnią.
Na drugim miejscu Dżersejan za fajną strukturę i słodkawy smaczek, poza tym jest zdecydowanie najlepszym serem spośród wybranych, na jakże lubianą przeze mnie deskę serów, mimo jaskrawej osobowości jest stosunkowo uniwersalny.
Na trzecim ląduje Ritta wędzona, która przy pierwszym kęsie wydaje się dziwna, bo w kontakcie z dymnym smakiem spodziewamy się zazwyczaj także słoności - a tu jej nie ma. Ser ma intrygującą konsystencję i piękny wygląd, ładnie daje się kroić, byli jednak tacy przy moim stole dla których Ritta okazała się być zupełnie niejadalna, mimo intensywnie wędzonej skórki, ser odebrali jako nazbyt delikatny.
Bardzo, co tu kryć,  smakuje mi także łomnicki z kozieradką, zapijany piwem.


Z okazji pierwszego miejsca przygotowałam dziś wspaniałe i proste danie, w którym Frontiera Blue gra pierwsze skrzypce, nie próbuje jednak za siłę wszelką zagłuszyć swych wdzięcznych towarzyszy (czego się trochę po niej spodziewałam). Przepis pochodzi z zacnego źródła - strony prowadzonej przez znawcę - Pana Giena Mientkiewicza (klik). Jako, że moja kulinarna wyobraźnia krzyczała, że nie chce łączyć niebieskiego sera z pomidorem, poszłam na kompromis - jeden bakłażan został przygotowany na bazie powyższej inspiracji, drugi na podstawie tego co mój zmysł nakazał. O dziwo pomidor nie zaszkodził bardzo serowi, ani vice versa, jednak moja wersja z brokułem okazała się bardziej spójna smakowo, dlatego ją uważam za nieco lepszą. Brokuły z Frontierą Blue lubią się bardzo!


bakłażan na zielono:

1 bakłażan,
odrobina oliwy,
kilka różyczek brokuła,
ćwierć cebuli czerwonej,
ząbek czosnku,
sól,
pieprz, 
świeży rozmaryn, 
świeży tymianek,
dwa plastry Frontiery Blue


bakłażan na czerwono:

1 bakłażan,
3 małe pomidory (w sezonie gruntowe będą naj),
ćwierć cebuli czerwonej,
ząbek czosnku, 
sól, 
pieprz, 
świeży rozmaryn, 
świeży tymianek,
dwa plastry Frontiery Blue


Zaczęłam od wydrążenia i pokrojenia miąższu bakłażana w drobną kostkę. Ułożyłam go na sitku i posoliłam, po 15 minutach odcisnęłam z nadmiaru wody. Następnie na patelni podsmażyłam cebulkę z czosnkiem, gdy się zeszkliła, dodałam bakłażana. Po pięciu minutach połowę przygotowanych warzyw odsypałam do miski, a drugą część pozostawiłam na gazie by dodać do niej pomidory. Pomidory sparzyłam i obrałam ze skórki, a następnie pozbawiłam gniazd nasiennych, po pokrojeniu dorzuciłam na patelnię. Wspólnie warzywa spędziły 3 minuty na małym ogniu, dłuższy czas mógłby zaowocować nieprzyjemną dla oczu breją...
Na koniec dosoliłam, popieprzyłam, dodałam drobniutko pokrojony rozmaryn, tymianek i upakowałam do dwóch 'foremek' z bakłażanowej skórki. 
Do czekającej cierpliwie miski z samotnym bakłażanem dodałam ugotowane wcześniej brokuły - warto je ugotować na półtwardo, wtedy są zdecydowanie smaczniejsze, procedura doprawiania warzyw jest identyczna jak powyżej opisana.
Na koniec przykryłam wszystkie porcje pokruszonym serem i wstawiłam do piekarnika nagrzanego do 200 stopni na 30 minut. 

Zapach jaki uwalnia Frontiera Blue podczas zapiekania, jest dość kłopotliwy, otwórzmy więc okna i czekajmy cierpliwie nakazane pół godziny, bo smak nam wynagrodzi tę aromaterapię :)




Dziś już wiem, że sery zagrodowe jeszcze niejednym mnie zaskoczą, samo szukanie zastosowania dla nich to nie lada gratka, kosztowanie polskich serów jest jak wyprawa na nieznany ląd - wszystkiego uczyć się musimy od początku, ale bardzo przyjemna i smakowita to nauka!


piątek, 3 stycznia 2014

domowe orecchiette bo wcale nie mam dosyć lepienia





Lubię pierogi z kiszoną kapustą i grzybami, w moim domu rodzinnym, zawsze to one święciły triumfy, jednak to niebanalne nadzienie z duszonej w kosmicznej ilości masła białej, słodkiej kapusty pełni rolę farszu w moich 'osobistych' świątecznych pierogach. Myślę, że zaczęłam je robić przez pamięć o Dziadku, póki żył, a Święta spędzaliśmy razem, pierogi ze słodką kapustą być musiały. Dziś Dziadka już z nami nie ma, ale pierogi są, podobnie zresztą jak kutia, którą też Dziadek robił najlepszą. Mój syn zdołał się rozsmakować w tym daniu, póki wychodziło ono spod ręki Mistrza, dziś nie ma mowy by bez kutii się obyło. Barszcz czerwony z uszkami to spuścizna po Babci Irence i ilekroć serwuję go na święta przeskakują mi przed oczami obrazki ze wspólnych Wigilii, których powinno być więcej - tak już będzie zawsze. 
Sernik za to być musi bo mój mąż robi najlepszy, piecze go zawsze na Boże Narodzenie i na Wielkanoc. Takie są moje absolutne świąteczne niezbędniki, takie bez których Święta nie mogłyby mi smakować, reszta serwowana jest dla zabawy - raz pojawia się domowy pasztet, innym razem iberyjski bacalao, łosoś, szynka z żurawiną, albo pierogi z zabawnym farszem. Tak sobie zbieram te bożonarodzeniowe sentymenty i utykam zgrabnie na tle białego obrusu w moim domu, myślę, że nim Pociechy postanowią wyfrunąć z gniazda, moje menu świąteczne przybierze formę stałą, całkowicie przewidywalną, taką do której przywykną i, którą choć w części będą chciały przekazywać dalej. Tego przynajmniej bym sobie życzyła po cichutku. Ciekawe swoją drogą co wybiorą...

Święta minęły, pierogi się skończyły, serniki wyemigrowały wraz z ostatnimi gośćmi, barszcz z dziewięciolitrowego garnka starczył na kilka dni, choć uszek zabrakło. Kutia zaś wyjechała na Mazury, gdzie smakowana była przez tych, którzy jej do tej pory nie znali, bądź nie byli do niej przekonani. 
Dziś jedyny kulinarny ślad po Bożym Narodzeniu stanowi resztka spoczywających na dnie drewnianej misy ciasteczek korzennych, spokojnie można więc zacząć gotować na nowo.
Można by sądzić, że po godzinach spędzonych na ugniataniu, wałkowaniu i formowaniu pierogowego ciasta, długo nie będzie ochoty na kolejną tego typu atrakcję - być może, ale nie u mnie - ja nigdy nie mam tego dosyć!!! Dlatego z ogromną przyjemnością na Nowy Rok popełniłam dla odmiany włoskie 'uszątka' - orecchiette z bardzo fajnym, aromatycznym sosem. Pierwszy raz zmierzyłam się z tą formą kluseczek, wyszły smakowite, choć porównując do kształtów jakie wychodzą spod wprawnych, włoskich rąk dość niedoskonałe. Przygotowanie makaronu dla 6 osób wymagało poświęcenia około 1,5 godziny, ale jestem zdania, że zawsze warto zainwestować czas w makaron.






składniki na makaron:

300 g mąki pszennej
ciepła, przegotowana woda tyle by powstało elastyczne ciasto


składniki sosu:

łyżka masła,
łyżka oliwy z oliwek,
3 ząbki czosnku, 
3 pory - białe części
łyżka czerwonego pieprzu, 
sok z połowy cytryny,
łosoś wędzony 150 g,
150 ml śmietanki,
nieco soli ( trzeba uważać, bo łosoś już nam dosolił znacznie sos)
koperek do posypania


Składniki ciasta wyrabiałam w malakserze, po wyjęciu pougniatałam przez 3 minuty by ujednolicić strukturę ciasta, następnie odstawiłam na 30 minut pod przykryciem.
Po tym czasie chwilę jeszcze pougniatałam, następnie odkrawałam po kawałeczku i formowałam wałeczki, podobne jak na kopytka ale znacznie mniejsze - średnica 8 mm, potem kroiłam znów jak na kopytka i w tym momencie zaczynała się zabawa - prześledziwszy kilka zacnych stron nauczających jak orecchiette czynić należy, próbowałam i dość opornie mi szło. Rzecz polega na tym by kopytko najpierw przycisnąć rantem niezbyt ostrego noża, a następnie uciskając od spodniej strony uformować charakterystyczne wgłębienie - doskonałe wskazówki znajdziecie tutaj. Żadne z moich uszątek nie wyglądało modelowo, ale i tak były piękne, bo własne. Gotowałam je na osolonym wrzątku, jakieś 2 minuty od wypłynięcia - nieugotowane kluseczki można pozostawić do wysuszenia i wrócić do nich później. U mnie część czekała do wieczora na posłaniu z ręcznika papierowego i pod tym samym okryciem.

Sos to formalność, niekonwencjonalnie potraktowany tu został jedynie por, który wpierw został  pokrojony na dwucentymetrowe kawałki, następnie sparzony i delikatnie obsmażony na maśle i oliwie. Jako kolejne na patelni wylądowały pokrojony czosnek, pieprz czerwony, śmietanka i na sam koniec delikatnie rozdarty w dłoniach łosoś wraz z sokiem z cytryny. Po zdjęciu sosu z ognia doprawiłam odrobiną soli i wymieszałam z kluseczkami. Podałam z koperkiem - smak był nie do opisania!!
Tym, którzy wcale nie mają dosyć kuchni po świętach polecam choćby na najbliższy weekend.

Jako, że moja blogowa aktywność nieco spadła ostatnio, nie miałam póki co okazji złożyć życzeń na łamach, czynię  to zatem teraz:


SZCZĘŚLIWEJ CZTERNASTKI WSZYSTKIM TUTEJSZYM BYWALCOM!!!




piątek, 13 grudnia 2013

toskańskie gnocchi w polskim rosole





*zupa przełomowa*
BARSZCZ BIAŁY Z USZKAMI

Funkcjonowała w domu moich Dziadków od zawsze i od kiedy pamiętam miałam szansę jedzenia jej, jednak mimo chęci najszczerszych nie byłam w stanie - była przekwaśna, na robionym przez Babcię Zosię zakwasie. Co roku w trakcie Pierwszego Dnia Świąt zanurzałam w niej łyżkę by się przekonać, że wciąż nie dorosłam do legendarnego smaku, nad którym dorośli się rozpływali. Było normą, że ze swojej porcji wyławiałam grzybowe uszka, a płynną zawartość dojadał Tata. Któregoś grudniowego, świątecznego dnia, podobnie jak co roku poprosiłam o przydział zupy z uszkami i wraz z pierwszą łyżką, poczułam, że smakuje mi jak nic na świecie - tak oto odbył się osobliwy rytuał przejścia w dorosłość nad talerzem świątecznego barszczu białego...

*zupa sentymentalna na zdrowie*
BARSZCZ CZERWONY

Babcia Irenka z kolei robiła barszcz czerwony, który był przearomatyczny, rubinowo czerwony i mocno doprawiony. Na Wigilię pływały w nim uszka zlepione z cieniuteńkiego ciasta i wypchane tucholskimi grzybami. Nie były to wyłącznie prawdziwki - nie, wyraźną przewagę stanowiły ususzone w całości kapelusze czerwonych i brązowych koźlarzy, które w lipcu i sierpniu lubiły wyrastać nad brzegiem 'naszego' jeziora. Barszcz czerwony to najważniejsza dla mnie zupa - nie tylko ze względu na pamięć o tym babcinym - najpyszniejszym, ale również dlatego, że wierzę w jego uzdrawiającą moc i podaję go często na wzmocnienie. Ilekroć jem w knajpkach z polskim jedzeniem, nie może obyć się bez barszczu - musi być czysty, podany w kamionkowej bulionówce, lub białej filiżance, gdy jemy go w domu koniecznie z białą fasolą lub u boku ziemniaczanego puree. 

*zupa traumatyczna*
WIŚNIOWA NA KOŚCIACH

Zupa zwyczajowo jest pyszna i trudno zupie zaszkodzić na tyle by była niejadalna, ale gdy się człowiek postara, nawet to jest w jego zasięgu. Nie umiem uzasadnić faktu powstania zupy wiśniowej  na kościach, niestety miałam z nią kontakt nie tylko wzrokowy, ale także organoleptyczny - w pełnym ujęciu tego słowa. Byłam dziecięciem nad wyraz kulturalnym, nie potrafiłam więc odmówić zjedzenia przygotowanego przez Ciocię posiłku, podobnie jak moi rodzice. Po skonsumowaniu wiśniowej polewki z okami, w ciszy całą familią udaliśmy się na leżaki do lasu, by tam dojść do siebie po tym jakże traumatycznym kulinarnym doświadczeniu.

*zupa, której inni jeść nie chcieli*
OWSIANKA

...a na obozie serwowano owsiankę i nie była to byle jaka owsianka, tylko musli w zgrabnych saszetkach  (z amerykańskich darów) i mleko podawane oddzielnie - w emaliowanym dzbanku a jakże! Owsianki nie lubił nikt prawie. Siedzieliśmy przy długich drewnianych ławach i kazdego poranka na zasadzie 'podaj dalej' trafiały do mnie saszetki od wszystkich śniadaniowych towarzyszy - tym sposobem w mojej miseczce element mleczny był śladowy - to było moje idealne mazurskie śniadanie!!

*zupa, której nie zjadłam*
VICHYSSOISE

Kolejną zupą, która nie pozostała bez wpływu na moje życie jest Vichyssoise, której nie zjadłam w paryskiej knajpie. Nie umiem sobie darować tego niedopatrzenia,  wspomnienie cudownego białego kremu, jaki zamówił Brytyjczyk z sąsiedniego stolika jest tak nachalne i silne, że poprzysięgłam sobie do Paryża wrócić i naprawić swój błąd, czuję, że ominęła mnie jedna z pyszniejszych zup w historii świata!

*zupa zjawisko*
KREM Z CZERWONEJ KAPUSTY

Jose Ignacio musiał lubić gotować. Przez niemal tydzień karmił mnie cudami, o których będąc w Polsce nawet nie słyszałam, jednak to nie fikuśne owoce morza, ani też bajeczne tapasy w milionie odmian zrobiły na mnie największe wrażenie, w pamięci mej zapadła najbardziej zupa krem z czerwonej kapusty o przepieknej fioletowej barwie. Jose przygotowując ją pracował w tak ogromnym skupieniu, jakby spod jego rąk miała wyjść francuska bouillabaise co najmniej, albo sok z gumijagód, o magicznych, danych tylko wybrańcom właściwościach, a tymczasem na zupę składała się zaledwie kapusta czerwona, cebula, liść laurowy, kilka ziarenek pieprzu i ziela. Proces powstawania fioletowego kremu był zabawny a efekty smakowite, powtórzyłam go potem wielokrotnie we własnym domu.


*zupa terapeutyczna*
TOSKAŃSKA ZUPA Z OKOLIC AREZZO

W kontekście zupowych wspomnień powstaje dziś zupa dla Myszy zamówiona przez nią ponad tydzień temu. Mam nadzieję, że warto było tak długo czekać... Z mojej strony jak najbardziej, bo  posiłek ten wyrwał mnie silnym szarpnięciem z kulinarnego marazmu w którym tkwiłam od długich tygodni. Uroczy przepis na konkretną zupę, bo takie chodzą mi po głowie ostatnio, znalazłam w Księdze Smaków Toskanii, polecam go z pełnym przekonaniem. Przepis podaję z niewielkimi modyfikacjami, ponieważ w oryginale mamy bulion z kurczaka, ja zrobiłam mieszany, dodałam także korzeń pietruszki i selera.


składniki: 

500 g szpinaku - ja użyłam mrożonego
375 g ricotty
4 żółtka
125 g utartego parmezanu
szczypta gałki muszkatołowej
pieprz świeżo mielony
sól
mąka ułatwiająca kształtowanie kluseczek (można odrobinę dorzucić do masy serowej, wówczas kulki będą bardziej zwarte)
2,5 l bulionu wołowo-drobiowego

mój powstał w sposób następujący:
4 l wody, 3 duże marchewki, 2 pietruszki, jeden seler średniej wielkości, 2 liście laurowe,  5 ziarenek pieprzu, 1 cebula w łupinie, 1 kg mięsa z kurczaka - ćwiartki i skrzydełka, 0,5 szpondru, pęczek natki, 
Rosół gotował się blisko dwie godziny.



Z rosołem każdy sobie poradzi. Jeśli chodzi o kluseczki podstawową kwestią jest dobre odsączenie szpinaku po ugotowaniu - musi być suchutki, bo inaczej będzie klapa! Gdy go już wyciśniemy dokładnie, dorzucamy do masy przygotowanej z pozostałych składników a następnie oprószonymi mąką dłońmi formujemy kuleczki wielkości orzecha włoskiego. Gnocchi wykładamy delikatnie na gorący bulion w którym powinny się gotować 2-3 minuty. Wyławiamy łyżką cedzakową bezpośrednio na talerz, gdzie zalewamy gorącym bulionem. Kluseczki możemy z wierzchu posypać tartym parmezanem.






A jak wygląda ranking Waszych zup niezapomnianych - tych pysznych, zjawiskowych, bądź traumatycznych - o ile istnieje jeszcze inna koszmarna odmiana zupy poza wiśniową na kościach wołowych..?


piątek, 6 grudnia 2013

kukurydziane bułeczki i o tym jak Ksawery pomagał mi w kuchni...



Być jak Nigella - bezwstydnie wylizywać resztki kremu z czaszy malaksera, fundować sobie nocne przechadzki do lodówki i z powrotem, jeść nieprzytomnie wielką porcję banofee pie bez cienia wyrzutów sumienia. 
Z wdziękiem Jamiego Olivera bawić się ingrediencjami, solić wszystko z wysoka, nurzać dłoń w powstałym sosie kwitując "bloody Loard, it is so, so delicious!'. 
Eksplorować głębię smaków przez pryzmat historii niczym Robert Makłowicz, rozbijać na części pierwsze składowe dań narodowych, by potem znów zespoić je w przygotowanym w plenerze daniu. 
Zza kuchennego blatu epatować seksem i słodko-ostrą ironią jak prezenterka Bitchin' Kitchen. Zachwycać się ulicznym jedzeniem jak Bourdain...

Patrzę tęskno w ekran telewizora, licząc na to, że twórcze natchnienie wróci do mnie lada chwila, choć pod skórą tkwi niepokojąca obawa, że stan ten trwa już zbyt długo.
Opuścił mnie duch kulinarnego entuzjazmu, nie wiem czy to listopad wyjałowił mnie z myśli o jedzeniu, czy być może jakaś inna tajemnicza moc odebrała mi tę radość. Może się uwsteczniam, może nim się obejrzę, stanę się pospolitym pożeraczem mrożonek i gotowców ze słoika, może zgnuśnieję nad dowożoną co wieczór pizzą w rozmiarze XXL, może porzucę dawne zwyczaje kolacji zasiadanych, a na święta nie zrobię pierników ani nie ulepię pierogów? Może zacznę szukać okazji by stołować się u innych i wywozić do domu co się da w słoikach, może niedzielne śniadaniowe celebracje zamienię na kubek (fe) jogurtu, a wigilijny barszcz zaserwuję z kartonu, czy to mi grozi?Ratunku!!!






Jak to dobrze, że istnieje internetowa społeczność piekarska, która nawet tak dotknięte niemocą organizmy potrafi zmotywować do aktywności. Chleb zawsze popłaca, mimo zatem potężnego lenia,  uczyniłam kukurydziane bułeczki.
Jest już pewną normą, że zawsze jakiś kataklizm nawiedza moją kuchnię gdy piekę, tym razem na imię mu Ksawery. Orkan Ksawery niosąc za sobą wichurę pozrywał linie elektryczne w okolicy i odciął mi dopływ prądu w domu, dokładnie wówczas, gdy wyrośnięte bułeczki spoczywały w piekarniku. Całe szczęście zakalec nie był imponujący i efekty wielogodzinnej pracy, odpowietrzania, wyczekiwania, maglowania itp. nie zostały unicestwione w stu procentach :) Gdy w bułce wylądowały składowe klasycznej kanapki BLT oraz sadzone jajo, zrobiło się całkiem smakowicie.
Poniżej podaję przepis wybrany przez Margot i oswojony przez Amber - przepis na chleb kukurydziany wg. Hamelmana i zapraszam do miłych Koleżanek i Kolegi na dalsze odsłony tego pieczywa. Poniżej lista osób zaangażowanych w projekt 'chleb kukurydziany na poolish':





Chleb kukurydziany na poolish, czyli polskim rozczynie drożdżowym
wg Hamelmana

z podanych składników uzyskamy bochen chleba lub cztery bułki wielkości hamburgerowej

składniki na poolish:

125 g mąki pszennej 550
125 g wody
0,5 g drożdży świeżych albo 1/4 łyżeczki drożdży instant

ciasto właściwe:

250 g mąki 550
125 g mąki kukurydzianej
190 g wody
1 łyżeczka soli
7g drożdży świeżych lub płaska łyżeczka drożdży instant
1,5 łyżki oleju
250 zaczynu wg powyższej receptury



W przeddzień pieczenia zrobić zaczyn poolish. Rozmieszać drożdże w wodzie, dodać mąkę i całość wymieszać. Przykryć folią i odstawić na 12 do 16 godzin w temperaturze pokojowej.
Następnego dnia mąkę kukurydzianą rozmieszać z drożdżami rozprowadzonymi w wodzie, wymieszać i odstawić na około 15 minut. Dodać pozostałe składniki chleba i wyrabiać mikserem ( ok 3 minut - poziom 1). Po tym czasie dodałam do ciasta dodatkowe 2 łyżki mąki pszennej by ujednolicić konsystencję, potem wyrabiałam ponownie przez 3 minuty, tym razem na poziomie 2.
Odstawić przykryte do wyrośnięcia na półtorej godziny, w międzyczasie po ok 45 min wyjąc, lekko odgazować, uformować kule i znowu odstawić.
Wyjąć z miski jeszcze raz odgazować i uformować z grubsza, przykryć i dać odpocząć 10-20 minut. Uformować na blacie zgrabny bochenek z ładnie napiętą powierzchnia, na ile się da i ułożyć w koszyku do wyrastania na 1,5 godziny w temp ok. 24 st. (ja uformowałam bułeczki, które wyrastały na blacie pod ściereczką).  Pozwoliłam sobie udekorować bułeczki odrobiną prażonego sezamu, uprzednio delikatnie zwilżywszy ich powierzchnię wodą
Piekarnik nagrzać do 240 st C (z kamieniem jeśli ktoś ma). Bochenek/bułeczki zgrabnie przerzucić z koszyka na łopatę, szybko naciąć, a potem przerzucić na kamień, jednocześnie wlewając do formy ustawionej na dnie piekarnika pól szklanki wrzątku.
Kiedy chleb zacznie się rumienić, otworzyć na chwilkę drzwiczki piekarnika, żeby usunąć nadmiar pary. Piec ok. 40 minut. Po wystudzeniu bułeczek przekroić je na pół, dolną część wysmarować majonezem, następnie położyć plaster lodowej sałaty, grillowany boczek, pomidor i sadzone jajo. Przykryć wierzchnią warstwą bułeczki, otworzyć paszczę szeroko i zajadać!!!

Wiatr wciąż wieje, a wiatr przynosi zmiany, czekam więc cierpliwie co dla mnie przyniesie...