Nędzny jest żywot człowieka, który na mękę diety się skazuje. Gdy każdy ułamek jego jestestwa ciągnie w stronę garów i lodówki a on wstrzemięźliwym być musi i nieczułym na widoki, zapachy...
Oj marny los tego, który zakuł się w kajdany niskokaloryczności, wyjałowił swe menu z tłuszczu, zrezygnował z węglowodanów, odstawił na bok słodycze, wyparł ze świadomości orzechy. Dobrą myślą i współczuciem szczerym obdarz, więc tego nieszczęśnika, który powyższych czynów się dopuścił. Pomyśl jak słabo musi świat wyglądać zza opakowania serka typu light. Bądź pełen miłości i zrozumienia dla tego, który po spożyciu duszonej na parze ryby staje się nieznośny dla otoczenia.
Oto nastał dzień, w którym i ja wierna fanka sera, masła, śmietanki i oliwy poprzysięgłam sobie post.
Niniejszym wyrzekam się dań tłustych, chleba, słodyczy, alkoholu.
Moje postanowienie nie wynika ze względów ideowych, lecz czysto praktycznych (chodzi o tę sukienkę, w którą z niewiadomych względów zupełnie się nie mieszczę). Jedzenie dietetyczne z zasady jest paskudne: odessany z tłuszczu nabiał nie ma sensu, warzywa liściowe nędzne zimą, kurczak nie dla mnie z zasady. Nikt mi nie wmówi, że beztłuszczowa pasta z tuńczyka w sosie własnym jest wyborna a pełnię smakowej rozkoszy dają brokuły z wody bądź pierś kurza saute - wiem, że nie dają. Z pełną świadomością skazuję się więc na miesiąc bez uciech smakowych a dzisiejsza publiczna deklaracja mam nadzieję, że pomoże dotrzymać obietnicy danej samej sobie. Śmiem powątpiewać czy chude wytwory rąk moich będą się nadawały do publikacji na łamach bloga, mam jednak nadzieję, że nie będą tak bardzo ohydne jak się spodziewam i wyglądem nie odstraszą nikogo z tutejszych miłych sercu memu bywalców. Poza wszystkim wciągu najbliższego miesiąca chcę karmić innych i nie zamierzam skazywać ich na te same tortury, co siebie więc jest szansa, że coś naprawdę smacznego się tez pojawi. Póki co żegnam się na jakiś czas z tym co najmilsze mym kubkom smakowym.
Prezentuję mój dzisiejszy obiad - o zgrozo - brukselkę!!! Nigdy nie miałam z nią problemu ale zawsze była jedynie towarzyszką - krajanki warzywnej w zupie lub ziemniaków i kotleta, w roli solistki zaistniała na moim stole po raz pierwszy. Była smaczna bo złamałam ją nasionami kolendry (moja awersja do kolendry dotyczy części zielonej), kminkiem, dużą ilością czosnku, pieprzu i - nie mogłam się powstrzymać więc udekorowałam ją prażonymi migdałami i płatkami pecorino romano, które niewątpliwie nadały jej charakteru. Brukselka została zblanszowana a następnie chwil parę podsmażona na małej ilości oliwy. Brukselka tradycyjna - z wody ma w sobie taką gorycz, której w mojej wersji nie było ani ciut ciut, blanszowana jest delikatna i fajnie chrupiąca. Nie ma co kryć, nie jest to jednak danie obiadowe w pełnej krasie, gdyby towarzyszyło jej gratin lub ryba, byłoby znacznie przyjemniej... zjadłszy brukselkę mój żołądek był przekonany, że to jedynie entre przed daniem głównym, niestety nadzieja na więcej tym razem była złudna.
Niniejszym wyrzekam się dań tłustych, chleba, słodyczy, alkoholu.
Moje postanowienie nie wynika ze względów ideowych, lecz czysto praktycznych (chodzi o tę sukienkę, w którą z niewiadomych względów zupełnie się nie mieszczę). Jedzenie dietetyczne z zasady jest paskudne: odessany z tłuszczu nabiał nie ma sensu, warzywa liściowe nędzne zimą, kurczak nie dla mnie z zasady. Nikt mi nie wmówi, że beztłuszczowa pasta z tuńczyka w sosie własnym jest wyborna a pełnię smakowej rozkoszy dają brokuły z wody bądź pierś kurza saute - wiem, że nie dają. Z pełną świadomością skazuję się więc na miesiąc bez uciech smakowych a dzisiejsza publiczna deklaracja mam nadzieję, że pomoże dotrzymać obietnicy danej samej sobie. Śmiem powątpiewać czy chude wytwory rąk moich będą się nadawały do publikacji na łamach bloga, mam jednak nadzieję, że nie będą tak bardzo ohydne jak się spodziewam i wyglądem nie odstraszą nikogo z tutejszych miłych sercu memu bywalców. Poza wszystkim wciągu najbliższego miesiąca chcę karmić innych i nie zamierzam skazywać ich na te same tortury, co siebie więc jest szansa, że coś naprawdę smacznego się tez pojawi. Póki co żegnam się na jakiś czas z tym co najmilsze mym kubkom smakowym.
Prezentuję mój dzisiejszy obiad - o zgrozo - brukselkę!!! Nigdy nie miałam z nią problemu ale zawsze była jedynie towarzyszką - krajanki warzywnej w zupie lub ziemniaków i kotleta, w roli solistki zaistniała na moim stole po raz pierwszy. Była smaczna bo złamałam ją nasionami kolendry (moja awersja do kolendry dotyczy części zielonej), kminkiem, dużą ilością czosnku, pieprzu i - nie mogłam się powstrzymać więc udekorowałam ją prażonymi migdałami i płatkami pecorino romano, które niewątpliwie nadały jej charakteru. Brukselka została zblanszowana a następnie chwil parę podsmażona na małej ilości oliwy. Brukselka tradycyjna - z wody ma w sobie taką gorycz, której w mojej wersji nie było ani ciut ciut, blanszowana jest delikatna i fajnie chrupiąca. Nie ma co kryć, nie jest to jednak danie obiadowe w pełnej krasie, gdyby towarzyszyło jej gratin lub ryba, byłoby znacznie przyjemniej... zjadłszy brukselkę mój żołądek był przekonany, że to jedynie entre przed daniem głównym, niestety nadzieja na więcej tym razem była złudna.
składniki:
250 g brukselki,
łyżka oliwy z oliwek
dwa ząbki czosnku,
garść migdałów bez skórki,
pieprz,
nasiona kolendry,
kminek,
sól,
kilka płatków pecorino romano
Brukselkę wrzuciłam na wrzątek, a wyłowiłam ją już po 5 minutach. Po tym czasie odlałam wodę, większe egzemplarze przekroiłam na pół, mniejsze pozostawiłam w całości. Na rozgrzaną patelnię wrzuciłam przyprawy by się uprażyły, kiedy aromaty stały się intensywne wrzuciłam brukselkę i pokrojony czosnek. Wszystko smażyło się kolejnych 5 minut. Do opiekacza włożyłam migdały - uprażyły się migusiem i to bardzo równomiernie. Wyłożyłam warzywa na miseczkę posypałam migdałami i pecorino i z radością przystąpiłam do posiłku.
Niedosyt niestety pozostał.
Życie na diecie smakuje gorzej...