niedziela, 23 czerwca 2013

skandynawski tort kanapkowy - w sam raz na imprezę



Moja wiedza z zakresu kuchni skandynawskiej jest bliska zera. Mizerny obraz zbudowany jest na kompromitującej bazie: kulek mięsnych - nota bene przeze mnie nigdy niesmakowanych, które z wyjątkowym upodobaniem zamawiają entuzjaści szwedzkiego designu... Wieść niesie, że w północnych krajach, poza wspomnianymi kulkami, jada się także renifery, jest suchy chlebek z wypustkami i leżakujące, znane na całym swiecie - głównie z opowieści - długo leżakujące śledzie. Jest też szwedzki stół i znakomity gravlaks. I to by było na tyle mojego pojęcia.





Dziwny jest ten wiedzy brak, skoro Skandynawię i Polskę zaledwie Bałtyk oddziela. Wielokrotnie bulwersowało mnie postrzeganie kuchni polskiej przez pryzmat pieroga, wzglednie żuru (przy całym mym uwielbieniu dla nich), a tymczasem podobną ignorancję sama wykazuję wobec kuchni z sąsiedztwa. Dlatego dziś nie będzie o naszej rodzimej, ani o włoskiej, ani o hiszpańskiej wcale, lecz o skandynawskiej właśnie i będą same ochy i achy wypowiadane w jej kierunku.  Jak się okazuje, wbrew stereotypom - Skandynawowie mają niemałą fantazję, nikt bowiem poza nimi nie wpadł na jakże genialny pomysł tworzenia wytrawnych tortów. Mnie ujęli tym daniem, zobaczyłam je poraz pierwszy co prawda na jednym z polskich blogów, ale gdy wpisałam w wyszukiwarkę magiczne słowo smӧrgåstårta a następnie jego fiński odpowiednik voileipakakku na ekranie otworzył się przede mną świat rozkoszy ziemskich. Postanowiłam wykonać ten skandynawski specyfik w trybie pilnym i misternie go ozdobić zgodnie ze sztuką. Zabawy było co niemiara.




Niestety w polskich sklepach nie dostaniemy blatów z pieczywa pod ten specyfik, musimy więc posłużyć się najzwyklejszym chlebem tostowym lub jak ja, wykonać owy podkład samodzielnie. Tort kanapkowy jest wprost idealną opcją na imprezę, można go podać w całości by każdy ukroił sobie porcję, lub poporcjować go wcześniej. W każdym przypadku będzie bardzo malowniczo i niestandardowo.
Voileipakakku daje wiele możliwości, różne mogą być kształty, bardzo bogate mogą być nadzienia, wierzchnie ozdoby zaś mogą być rozlokowane w artystycznym nieładzie, albo w geometrycznym porządku. Tort kanapkowy jest fajnym zamiennikiem dla kanapek - sprawdzi się np. na festynie rodzinnym w szkole, albo na dużej domówce. Ile to razy szykując blisko 100 sztuk mini-kanapeczek na imprezę, zdarzyło się, że pierwsi goście nakryli mnie - zupełnie nie wyszykowaną - na układaniu rzodkieweczek, krojeniu serów i im podobnych czynnościach dekoratorskich. Tort kanapkowy pozwoli nam uniknąć takiej sytuacji, gdyż zrobimy go dzień wcześniej. Bezpośrednio przed imprezą ozdobimy wierzch i pokroimy go na porcyjki, a gdy goście przyjdą będziemy piękni, pachnący, zrelaksowani i bardzo zadowoleni.
Blat wykonałam bazując na przepisie na chleb na tang zhong. Nie zmieniłam tu nic, poza formą, która tym razem była kwadratowa. Wystudzone ciasto pokroiłam na trzy blaty - podobnie jak kroi się biszkopt.
Nie będę podawać dokładnych proporcji, w torcie kanapkowym nie ma reguł, dlatego jest taka frajda przy jego robieniu. Moja wersja jest zachowawcza ze względu na dzieci, dominuje tu masa serowa, delikatnie przełamana kilkoma dodatkami.
Pierwsze piętro stanowi:
ser biały zmiksowany z odrobiną świeżo startego chrzanu
plastry łososia wędzonego
plastry awokado skropione cytryną
a drugie piętro wypełnia:
pasta jajeczna z koperkiem,
ser biały z czerwoną papryką
Całość wysmarowałam majonezem zmieszanym z jogurtem, lepszy byłby z pewnością ten pierwszy z białym serem, jednak niestety zabrakło go tym razem. Tort spędził noc w lodówce, a majonez stracił swój ładny kolor, niemniej obyło się bez uszczerbku dla smaku. Wierzch ozdobiłam tuż przed podaniem.



Było pysznie i choć zdaję sobie sprawę, że smӧrgåstårta nie stanowi o kuchni skandynawskiej, bardzo mnie zachęciła by zapoznać się bliżej ze smakiem północy.


poniedziałek, 17 czerwca 2013

sałata z truskawkami i bryndzą na grzance


Są takie połączenia, których unikać należy jak ognia. Gdy popijemy na przykład cudownie aromatyczny Roquefort czerwonym, wytrawnym winem zafundujemy sobie wątpliwe doznania smakowe, gdy połączymy piwo z tortem też nie będzie fajnie, pierścienie kalmarów zapijane gęstym koktajlem ze śmietany i truskawek mają prawo smakować tylko kobietom w ciąży (przypadek własny). Są jednak także takie smaków mariaże, których składowe stanowią o sobie wzajemnie, pięknie się uzupełniają, podkreślają walory towarzystwa. Pomidor i bazylia, rzeczony Roquefort i Sauternes,  dynia i szałwia, ziemniak i koperek, szparag i szynka - długo by wymieniać.  Mówię o tym nie bez kozery, wszak jakiś czas temu odkryłam całkiem przez przypadek, że truskawka kocha się z bryndzą. Jest to połączenie być może nieoczywiste ale wyborne, dlatego, gdy tylko nastaje sezon truskawkowy raczę się tym wdzięcznym zestawem bez końca. Dziś był nasz pierwszy wspólny raz w tym roku, przewyborny zresztą gdyż uzbrojony dodatkowo w solidny oręż zielonych liści prosto z pobliskiej grządki. 

Czy wspominałam już o tym, że uwielbiam czerwiec?





składniki:

kilka liści sałaty rzymskiej,
kilka listków szpinaku sałatkowego, 
kilka listków endywii,
kilka dorodnych truskawek przekrojonych na pół,
ocet balsamiczny, 
dwie kromki białego pieczywa, 
bryndza do wysmarowania grzanek

W kwestii wykonania - należy ułożyć zielono-czerwone składowe sałatki w taki sposób by i nasze oczy mogły się najeść, a następnie delikatnie polać wszystko octem balsamicznym. Na patelni grillowej opiec pieczywo z jednej strony a tuż po zdjęciu z ognia posmarować je bryndzą. Grzanki z serem dołączyć do reszty i zacząć ucztowanie.

Nie będę się dziś dłużej rozpisywać, mam tylko szczerą nadzieję, że Ci, którzy bryndzy z truskawką nie łączyli do tej pory uczynią to niebawem a potem czynić będą co sezon przez długie lata z rozkoszą 
; )


wtorek, 11 czerwca 2013

krokiety jajeczne z niespodzianką - póki sezon szparagowy trwa!




Sezon ma to do siebie, że raczy nas obfitością, co roku nasycamy się kolejnymi specjałami na tyle, byśmy przez kolejne pory roku nie zatęsknili do nich zbytnio. Opychamy się więc do nieprzytomności młodą kapustą, truskawkami, bobem, czereśniami, pomidorami malinowymi, słodką kukurydzą, grzybami z lasu itd. Mnie osobiście po każdym takim urodzaju wydaje się, że już nigdy przenigdy nie tknę tych darów pól, sadów i lasów ale gdy przychodzi co do czego zawsze im ulegam w kolejnym roku... Raz jeden zdarzyło się, że urodzaj spowodował moją długotrwałą awersję do jednego z darów lata. Miałam lat może 8, może 10 i na działce u ludzi, których dziś zupełnie nie kojarzę objadłam się agrestem. Był wysyp owoców i gospodarze błagali by jeść ich jak najwięcej. w następstwie tych próśb kilka godzin spędziłam na oskubywaniu krzaczków, a owocowy inwentarz trafiał wprost do mojej paszczy. To był mój ostatni raz z agrestem, zdarzyły mi się sympatyczne spotkania z dżemem agrestowym ale w świeżej postaci nie zjadłam go potem nigdy, choć minęły już ponad dwie dekady.

W tym roku, można by przypuszczać, że szparagi mi zbrzydną, bo jem ich mnóstwo, znacznie więcej niż w latach ubiegłych. Serwuję je bez dodatków, z dodatkami, z ulubionym pecorino, łączę je w sprawdzone lub całkiem niekonwencjonalne zestawienia. Tym razem pomyślałam, że je zawinę i to wcale nie w szynkę parmeńską, co nasuwa się w pierwszej kolejności, lecz w polski krokiet. 





Szparag doskonale wypada w towarzystwie jaj, lubię go też jako farsz do pierogów w silnej asyście koperku, dlatego owe trio zamknęłam w krokiecie. Chciałam by wyglądał wyjątkowo ładnie, dlatego do rozmąconego na panierkę jajka dodałam kilka szczypt kurkumy. Otoczka była złota jak nigdy!! Patent wart polecenia :)

Przepis na naleśniki część ma opanowany a część podobnie jak ja, zawsze robi ciasto na oko, czyli do uzyskania satysfakcjonującej konsystencji... u mnie dziś były:


dwa jajka ekologiczne,
mniej więcej szklanka mąki,
 mniej więcej łyżeczka cukru, 
 mniej więcej 1/3 łyżeczki soli, 
łyżka oleju, 
mniej więcej pół szklanki mleka,
mniej więcej pół szklanki wody,


do farszu natomiast użyłam:
3 jajka ugotowane na twardo, 
garść siekanego koperku,
3 łyżki białego, krowiego twarożku 
sól, 
pieprz drobno mielony,
 pęczek zielonych szparagów

 + na panierkę:
1 jajko,
bułkę tartą, 
dużą szczyptę kurkumy, 
olej rzepakowy do smażenia


Smażymy naleśniki, a w trakcie odwracania kolejnych sztuk przygotowujemy farsz. Ugotowane na twardo jajka ugniatamy widelcem z serem białym, koperkiem, solą i pieprzem. Szparagi gotujemy w osolonej i posłodzonej wodzie przez 3 minuty. Wyławiamy. Na naleśniki wykładamy  farsz jajeczny, a centralnie na nim szparag bez główki, 2 główki wetkniemy w krokiecik po jego przekrojeniu, by było jeszcze ładniej. Zawijamy delikatnie naleśnik od strony szparagowych szczytów a następnie zawijamy równolegle do położenia szparaga. Tak przygotowany pakunek maczamy w jajku z kurkumą, obtaczamy w bułce tartej i smażymy z każdej strony na złoto.



Naleśników usmażyłam 10, z czego 3 zostały przetworzone na krokiety, nie byłam bowiem pewna co wyjdzie z tego eksperymentu i na ile będzie zjadliwy. Był bardziej niż zjadliwy, następnym razem cały pakiet naleśnikowych placków pójdzie na krokiety. Bardzo lubię farsz jajeczny, szparag jest tu ciekawym i chrupiącym urozmaiceniem. Aby danie wypadło należycie nie wolno żałować jajecznej masy, w mojej wersji na każdy krokiet przypada jedno jajo i 2 szparagi, podałam je przekrojone by uwydatnić ich ciekawe wnętrze i ułożyłam na kopczyku z gotowanych szparagów. 
Polska, lubiana przeze mnie forma zyskała nowy, bardzo fajny wymiar. 
Zapraszam entuzjastów krokietów, tudzież szparagów :)

wtorek, 4 czerwca 2013

rolada z cukinii a w środku kwiaty, które kocham



Z miłością bywa różnie. Zdarza się, że nim pokochamy musimy przywyknąć, nabrać przekonania, na wstępie się zaprzyjaźnić, bywa też, że miłość jest nam dana z urodzenia i wpisana w nasz byt z góry, bywa też tak, że nas obezwładnia, rzuca na kolana, determinuje nasze jestestwo w jednej chwili i nie pozwala myśleć o niczym poza przedmiotem swego pożądania. Wszystkie te miłości są piękne, ja dziś pozwolę sobie na lekko ekshibicjonistyczny opis pewnej historii miłosnej, która zawładnęła moim życiem bez reszty ubiegłego lata.




Wakacyjne miłości potrafią nieźle namieszać w życiorysie, wiadomo. Z późniejszym obiektem mojego uwielbienia zapoznała mnie Amber, przyznam, że trzeba było mnie swatać, wszak ów do pewnego momentu mijałam zupełnie beznamiętnie, ignorując, nie zaszczycając choćby jednym spojrzeniem. Któregoś dnia przyszło nam stanąć twarzą w twarz, konfrontacja ta obudziła mą ciekawość na tyle, że zarządziłam małe randez vouz przy kolacji i to był ten moment!!! Stało się! Uczucie nieskończonego uwielbienia wybuchło we mnie z siłą tak ogromną, że w kolejnych dniach moja wyobraźnia stała się ograniczona jedną dominującą myślą - kwiat cukinii widziałam wszędzie, chciałam być z nim przy każdym posiłku, szybko zapoznałam go z rodziną i ze znajomymi - wszyscy go polubili, wiedziałam jednak, że wspólne, beztroskie bytowanie skończy się wraz z sezonem. Wspominam mój zeszłoroczny romans dlatego, że właśnie cukinia zaczęła kwitnąć i wraz z pierwszymi dostępnymi w sprzedaży kwiatami obudzona została we mnie ta sama namiętność, która mną targała ubiegłego lata. Całe szczęście mamy czas na wspólne szleństwa do końca września.
W Polsce kwiaty cukinii są mało popularne, zdaję sobie z tego sprawę, warto pytać o nie bezpośrednio u prodcentów warzyw, bo w dużych sklepach próżno ich szukać. Poza zeszłorocznym przepisem, który był gwiazdą na niejednym grillu i imprezie u mnie w domu, poszukam w tym roku innych pomysłów na kwiaty, Włosi znają ich przecież całe mnóśtwo. Dziś postawiłam na spontaniczną, ale bardzo pyszną improwizację. Sami rozumiecie, gdy widzicie się po dłuższej przerwie z obiektem swej nieskończonej tęsknoty nie ma czasu na kalkluacje, liczenie, odmierzanie - człowiek od razu przystępuje do rzeczy. Stała się więc rolada. Cudowna, malownicza, przepyszna i pełna cukiniowych kwiatów!




składniki:

2 spore cukinie,
pół opakowania koziego twarożku naturalnego - 100 g,
małe opakowanie ricotty,
garść płatków migdałowych,
garść bazylii, 
4 kwiaty cukinii - u mnie egzemplarze męskie z mini cukinkami,
6 pomidorów suszonych z zalewy,
sól



Cukinie myjemy i kroimy w plastry o grubości 0,5 cm. Układamy je na patelni grillowej delikatnie potraktowanej oliwą i czekamy aż z grillowanej strony pojawią się wyraźne prążki, wówczas powtarzamy czynność z drugiej strony. Odkładamy do wystygnięcia i bierzemy się za przygotowanie farszu. Kwiaty cukinii wraz z mini cukinkami kroimy bardzo drobno, podobnie traktujemy bazylię i pomidory z zalewy (w moim przypadku żałując ogromnie, że nie są to pomidory własnej produkcji, zrobione w zbyt małej ilości ubiegłej jesieni...) Krajankę kwiatowo-warzywną łączymy z serami, solą i płatkami migdałów, po czym mieszamy z namaszczeniem, by składniki się ładnie rozeszły.
Przygotowujemy arkusz pergaminu na którym układamy w szeregu ugrillowane plastry cukinii, następnie wykładamy na nie całość farszu i zawijamy, dociskając do rolady arkusz papieru. W takim pakunku solidnie ściśniętą roladę należy pozostawić w lodówce na około 3 godziny. Po tym czasie będzie dostatecznie zwarta by ją pokroić i zaserwować w formie ukwieconej przystawki. 



Jest szałowa!!! Namawiam Was na ten romans z kwiatami :)





czwartek, 30 maja 2013

kopytka w doborowym towarzystwie bo ze szparagami i szynką serrano



Dziś przedstawiam danie z recyklingu, niemal w całości wykonane ze składników resztkowych, niewykorzystanych w trakcie tygodnia, jedynym elementem zakupionym z okazji tego dania był pęczek znakomicie świeżych zielonych szparagów - zerwanych i spożytkowanych w tym samym dniu.
Zainspirowana szeregiem przepisów, jakie rzuciły mi się w oczy pośród blogowego, szparagowego urodzaju, postanowiłam popełnić kopytka. Ziemniaczane resztki spoczywajace w lodówce chciały być użyte wtórnie, tegoż samego domagała się szynka serrano.
Z garstki ziemniaków pozostałych z obiadu ulepione więc zostały niezawodne kluseczki a cztery plastry hiszpańskiej dojrzałej szynki pięknie im zawtórowały. Szparagi jako komponent z wyższych sfer stanowiły o charakterze całości.   W roli spoiwa wystąpiło żółtko, cytryna i masło, nie ukrywam, że chętnie uzupełniłabym ten tercet o niewielką ilość koperku, ale jako, że nie znalazłam ani gałązki w lodówce, musiało się obyć bez niego.





składniki dla 4 osób: 

250 g ugotowanych ziemniaków,
jajko ekologiczne,
filiżanka mąki + nieco do podsypywania stolnicy,

16 szparagów zielonych, 
4 plastry szynki dojrzewającej, 
żółtko,
kilka kropli soku z cytryny, 
sól, 
łyżeczka masła,
pieprz tłuczony

a dla chętnych dodatkowo pecorino romano 




Ciasto na kopytka wyrobiłam ręcznie, starałam się by kluseczki były możliwie jednakowej wielkości. Gotowałam je w osolonym wrzątku przez 5 minut. Szparagi zielone wrzuciłam na 3 minuty do gotującej się wody (uprzednio osolonej i delikatnie posłodzonej), po tym czasie odcedziłam, odkroiłam główki, a resztę pokroiłam w talarki. Żółtko wraz z cytryną i solą mieszałam na parze, gdy zaczęło gęstnieć dodałam łyżeczkę masła.
Plastry szynki po pokrojeniu, obsmażyłam na oliwie przez chwilę - trzeba uważać by jej nie spalić, jest cienka i szybko się rumieni.
Wymieszałam kopytka z szynką, szparagowymi talarkami i sosem a następnie rozrzuciłam na wierzch szparagowe łebki. Na koniec oprószyłam pieprzem utłuczonym w moździerzu. Jako, że szparagi wspaniale komponują się z pecorino romano (według mnie lepiej nawet niż parmigiano reggiano) polecam z wierzchu posypać całość odrobiną tego sera.






Smacznego dłuuugiego weekendu, koniecznie ze szparagami u boku!!


czwartek, 23 maja 2013

grillowana sałata rzymska z aioli - kolacja w wydaniu ekspresowym



Kiedyś uwielbiałam rysować. Marzyłam by zostać artystką, by niesiona natchnieniem twórczym zarywać noce, chadzać do galerii, bywać wśród artystycznej śmietanki, wędrować poprzez łąki, lasy ze sztalugą i paletą pod pachą. W słomkowym kapeluszu tkwić w jednym punkcie krajobrazu godzinami, po to by uchwycić wszystko, co ulotne przed zmrokiem. Naciągać płótna, rozcierać palcami pastele, napawać się odurzającym zapachem olejnej farby i terpentyny... Tak wyglądała moja wizja przyszłości, gdy przekroczyłam pierwszą dziesiątkę.






Marzenie ewoluowało - w drugiej dziesiątce pojawiło się jeszcze to o absyncie pitym z kumplami artystami w potwornie zadymionej, ciasnej knajpie - najlepiej w Paryżu rzecz jasna. Na etapie wcielania marzenia w życie okazało się, że słomkowy kapelusz jest całkowicie niepraktycznym rozwiązaniem, bo byle podmuch wiatru zwiewa go z głowy, zawsze w ściśle wytyczonym kierunku upstrzonej świeżą farbą palety.
Opcje były dwie - stać w kapeluszu, co i rusz fundując sobie pogoń za nim w kierunku rzeki, polany pełnej pokrzyw lub innych zarośli oraz każdokrotne usuwanie z niego pozostałości farby, można też było stanąć w cieniu drzewa, gdzie kapelusz co prawda był zbędny ale komary i gzy cięły nieprzytomnie, co powodowało niewątpliwy dyskomfort.
Własnoręczne naciąganie płótna także nigdy nie wychodziło należycie, samo malowanie było fajne i sensowne tylko wówczas, gdy nie wiązało się z zarobkiem. Gdy przychodziło rozliczyć się z zadania w określonym czasie, czułam, że zamieniam sie w manufakturę do szkicowania końskich łbów, portretów pupili, kartek okolicznościowych i im podobnych. Artyzm w takim ujęciu mi nie odpowiadał, obrałam więc inną drogę.



 
Tematy plastyczne przewijały się przez moje życie ze sporą intensywnością, mój mały talencik siedzi gdzieś we mnie uśpiony i tylko czasem wychodzi na światło dzienne, jak się do czegoś przydać może. Czasem uaktywnia się nieproszony. Najbardziej spektakularnym i niekontrolowanym jego wyczynem był pewien fresk na ścianie dziecięcego pokoju - gigantyczny, choć zaczęło się tak niepozornie...
Ostatnio został wywołany do tablicy - dosłownie. Dostał zlecenie by ozdobić korkową tablicę szkolną. Ucieszył się jak dziecko a jako, że był wypoczęty po dłuższym braku eksploatacji pozwolił sobie na pracę do późnych godzin nocnych.

W ostatnich dniach wieczorami otwieram więc wino a gdy wszyscy idą spać rozkładam ogromny karton i przypominam sobie o tym, co zaniedbałam przez ostatnie lata a co z całą pewnością powinnam pielęgnować. W związku z tym, że tablica ma wymiary gigantyczne, w najblizszym czasie serwować będę wyłącznie potrawy niewymagające.
Wczoraj gwiazdą mojego menu była grillowana sałata rzymska z sosem aioli - danie powstałe w pięć minut ale jakże zacne!! Zjadłam dwie główki szczodrze polane czosnkowym sosem i to w pełni zaspokoiło moje kolacyjne zapotrzebowanie. Następnym razem grillowana sałata wystąpi w roli dodatku - wygląda pięknie na talerzu, będzie znakomitym kompanem dla mięsa, w miejsce lub obok kartofla.


składniki:
 
2 młode sałaty rzymskie,
2 łyżki oliwy z oliwek,

aioli:
2 ząbki czosnku, 
1 żółtko jajka ekologicznego,
łyżeczka musztardy Dijon, 
łyżeczka musztardy sarepskiej, 
łyżka soku z cytryny, 
filiżanka oleju rzepakowego, 
sól i odrobina cukru 
 

Sałaty umyłam i przekroiłam na pół, wszystkie cztery połówki ułożyłam na rozgrzanej patelni grillowej, delikatnie natłuszczonej oliwą. Smażyłam ok 2 minuty z obu stron. By przez 4 minuty nie stać bezproduktywnie, czas ten wykorzystałam na ukręcenie aioli. Robi się je podobnie jak majonez, zaczynamy od wymieszania musztardy z żółtkiem i zgniecionym czosnkiem, następnie stopniowo dolewamy olej. Intensywnie cały czas mieszamy. W fazie końcowej dodajemy sok z cytryny, sól i cukier. Klasyczne aioli ukręcamy na sztywno, ja chciałam by pozostało półpłynne, by wniknęło między sałatowe listki,w tym przypadku bardzo rekomenduję takie rozwiązanie.

Złota rada:
Jeżeli wymyjecie sałatę - a jest to wskazane, dajcie jej chwilę by ociekła na ściereczce, albo, ją odwirujcie - ja zapomniałam o tej błahej czynności, poprzez co musiałam czynność ucierania aioli wykonywać w bezpiecznej odległości od patelni. 


 
 

A jak się miewają Wasze pasje z dzieciństwa, hołubicie je i pielęgnujecie, czy odstawiliście je na bok, jak ja, by poczekały na spokojniejszy czas - podejrzewam, że w wersji optymistycznej będzie to czas okołoemerytalny... :)


czwartek, 16 maja 2013

mozzarella w szynce i pomidorach zapiekana - jest Bosko Włosko na Choszczówce!!


Ostatnie weekendy nie rozpieszczają pogodą - przynajmniej w Warszawie. Moja skłonność do czarnowidztwa każe mi być pewną, że o ile w tygodniu, spędzonym w biurze będzie ciepło, ba! wręcz upalnie, to w sobotę chmury czarne nadciągną, lunie deszcz, spadnie ciśnienie i wietrzysko nieznośne wiać zacznie. Nie inaczej sprawa się przedstawi w drugi, długi weekend majowy, kalosze będą nieodzowne, a grill będzie miał rację bytu tylko w sytuacjach z zadaszeniem...

Oto moja czarna prognoza, szczęśliwie nie mamy gwarancji, że się sprawdzi.
Mimo braku słońca i szaro-burych warunków atmosferycznych, w minioną niedzielę za sprawą transportu dwukołowego udaliśmy się całą rodziną do knajpki położonej na warszawskiej Choszczówce. Wiedziałam o tym miejscu niewiele, ale tym, co kazało mi dowiedzieć się o nim więcej była informacja o daniach z pieca opalanego drewnem. Więcej rekomendacji nie potrzebowałam, już pizza z takiego pieca daje nam gwarancję znakomitych doznań.




Głodni bylismy niemiłosiernie, więc przypuszczalnie potrawy każdej klasy okazałyby się dla nas satysfakcjonujace, jednak to co spotkało nas w niepozornym lokalu Bosko Włosko zachwyciłoby nas nawet gdybyśmy byli po czterodaniowym obiedzie. Focaccia z pieca - znakomita, pizza bezapelacyjnie przepyszna - Pepperoni z włoską ostrą kiełbasą a nie z byle podróbą salami, przecudowny makaron Alfredo, fantastyczna mozzarella zapiekana z pancettą, w gęstym, aromatycznym sosie pomidorowym. Świeże składniki, mnogość dodatków, porcje od serca, prawdziwe czarne oliwki, wyborne Prosecco. Gdy tylko posmakowałam pierwszy kęs mojego tagliatelle wiedziałam, że niczego mu nie brakuje, w tym jedzeniu była pasja, konsekwencja, było wszystko to, co każe mi wrócić tam nie raz, ani nie dwa, lecz wiele razy. Wystrój subtelny, nienachalny, nieprzestylizowany, na ścianach zdjęcia z włoskich podróży właściciela knajpy, a  właściciel przemiły, jego zaangażowanie w to miejsce widać w każdym słowie, jak również w każdym kęsie kosztowanego dania. Bez zadęcia - z miłością do jedzenia, do ludzi, do życia.  Według mnie jego oraz kucharza możnaby spokojnie ozłocić za to co robią, bo robią to bosko!! Nazwa knajpy jest więc jak najbardziej adekwatna.
Ogródek jest spory, z miejscem zabaw dla dzieci, szczególnym powodzeniem cieszy się wśród najmłodszych trampolina. W sezonie letnim gospodarz uruchomi dodatkowy piec w ogródku, tak, że goście siedzacy na zewnątrz będą mogli przyglądać się jak powstaje ich specjał.
Kończąc swoją porcję makaronu Alfredo żałowałam koszmarnie, że nie urodziłam się Włoszką, że nie dam już rady drugiemu daniu, ani deserowi ani nawet kawie. Wrócę po więcej niebawem.

Co by nawiązać, choć nieco do tematu mojego dziesiejszego wpisu posilę się na nędzny falsyfikat - nędzny nie dlatego że miłości mi brakuje czy pasji do gotowania, lecz dlatego, że póki co nie dorobiłam się pieca opalanego drewnem. Aromat dania, które zapiekało się wśród drew jest niepowtarzalny. Potraktujcie więc mój przepis jako próbę odtworzeniową, jednak daleką od ideału po ideał zapraszam do 'Bosko Włosko' - nie będziecie żałować.


składniki na dwie porcje, z czego jak się okazuje jedną trudno zjeść w pojedynkę:

150-200 g mozzarelli pokrojonej na 8 części,
8 plasterków szynki parmeńskiej, 

a na sos pomidorowy:

3 młode marchewki, 
wewnętrzna część selera naciowego wraz z nacią 1-2 gałązki, 
4 szalotki,
2 ząbki czosnku, 
kilka gałązek natki pietruszki, 
garść świeżej bazylii, 
puszka pomidorów bez skórki, 
łyżeczka cukru, 
sól do smaku, 
oliwa z oliwek


Sos pomidorowy aby był wyborny należy długo gotować, wszystkie warzywa, poza pomidorami powinny się gotować w niewielkiej ilości wody, wkładamy je do garnuszka w całości. Gdy zmiękną, dopiero dodajemy pomidory, solimy i słodzimy. Całość na wolnym ogniu powinna sobie dochodzić przez około godzinę. Warzywa miksujemy, pod koniec można dorzucić kilka listków świeżej bazylii, co ja uczyniłam z niekrytą rozkoszą :) 
Kawałki sera owijamy szynką, układamy po cztery w kokilce do zapiekania, zalewamy sosem i odrobiną oliwy. Opiekamy w temperaturze 200 stopni około 20 minut.




Muszę powiedzieć, że w warunkach tarasowych, ta domowa wersja także była dalece satysfakcjonująca, danie powinno być podane w formie gorącej przystawki, mi sie sprawdziło w roli kolacji. Nie próbowałam na siłę podrobić smaku, wręcz przeciwnie, uciekłam się do ulubionego przepisu na sos pomidorowy, gotowany z mnogością innych, poza pomidorami składników - musiałam jakoś uzupełnić niedobory tych aromatów jakie prawdziwy ogień z potraw wydobywa. Pancettę zastapiłam szynką parmeńską, bo miałam ją na stanie.
Bardzo przyjemnie mi było z tym daniem przy jednym tarasowym stole. Trzeba się w końcu nacieszyć jedzeniem na świeżym powietrzu póki deszcz nie leje :))