sobota, 10 sierpnia 2013

prowansalska zapiekanka 'przekładanka'



Z podróży lubię przywozić książki kucharskie, dlatego i tym razem nie było powodu by się powstrzymywać. Nabyłam dwie - jedną z zestawem zachęcających francuskich receptur, drugą zaś o magii łączenia wina z jedzeniem. Kuchnia francuska w moim całkowicie nieprofesjonalnym odczuciu dzieli się na dwa nurty - nurt niewyszukany, niezobowiązujący i ten wyrafinowany, wybujały, pełen przesytu. Po jednej stronie barykady stoi sławna bouillabaisse, wołowina po prowansalsku, gratin,  suflety czy jagnięcina duszona godzinami, po drugiej ratatouille, aioli, ryby przygotowywane saute, bagietka z dojrzałym brie... - lubię obydwie odsłony francuskiego smaku.
W moich książkach dominują dania reprezentujące nurt wyszukany, dziś jednak nie skusiłam się na żadne z nich, z niemałą przyjemnością przedstawiam danie, którym zostaliśmy podjęci w bordoskim domu naszych znajomych.
Potrawa ma tę zaletę, że znakomicie nadaje się do jedzenia zarówno na ciepło, jak i na zimno, można ją zaserwować u boku mięsa czy ryby, bądź też podać w pojedynkę. Jest to nieco bardziej wyrafinowana forma dania jednogarnkowego - dzięki obecności ziemniaka i oliwy można się całkiem solidnie nasycić jedną porcją tej zapiekanki.




Nie miałam tym razem w zanadrzu ziemniaków o odpowiednio dużym przekroju, więc danie nie wyszło tak kształtne, jak to z Bordeaux, ale i tak było nieźle, w miejsce jednego dużego plasterka pakowałam po prostu po dwa mniejsze. Ziemniaki bywają kapryśne podczas pieczenia, wszystko zależy ponoć od gatunku, trzeba sprawdzać czy są odpowiednio miękkie, bo w towarzystwie pomidorów lubią długo pozostawać twardawe. Irga spisała się nieźle.
Nie widać jej na zdjęciu, ale bazę stanowi tu pieczona papryka, wierzch to malownicza przekładanka z cienkich plastrów ziemniaka, pomidora i młodej cebuli. Ważne by przekładanka była ułożona bardzo ciasno, dzięki temu będzie się trzymać w ryzach podczas pieczenia. Tę podstawową wersję można ubogacić o cukinię i bakłażana wówczas smak będzie przywodził na myśl rozsławioną ratatouille. Aby było prowansalsko należy rzecz jasna przekładankę posypać ziołami prowansalskimi.



składniki:

4 czerwone papryki - ja zastosowałam podłużne
5 dużych ziemniaków, 
5 dużych pomidorów,
4 młode cebule, 
oliwa z oliwek - od serca,
nieco soli morskiej, 
nieco ziół prowansalskich





Paprykę pieczemy oddzielnie, aż skórka stanie się ciemnobrązowa - czyli około 30 minut w temperaturze 200 stopni (wciąż mam zepsuty piekarnik, a wczorajszy specjalista nie podjął się naprawy, więc jestem zależna od górnej i dolnej grzałki, polecam jednak termoobieg). Gdy papryka była odpowiednio spieczona z wierzchu, wyłowiłam ją z piekarnika i wrzuciłam do lodowatej wody - dzięki temu po dwóch minutach skórka zeszła nader chętnie, w zasadzie bez mojej dodatkowej interwencji.
Nagą paprykę niedbale posiekałam i ułożyłam na dnie formy do zapiekania. A potem już była tylko zabawa. Pomidory, ziemniaki i cebulę kroiłam na równiuśkie plasterki i ciasno układałam na sztorc. Dobrze by było, gdyby średnica warzyw była zbliżona, wówczas efekt końcowy będzie piorunujący. Kompletną przekładankę posypujemy ziołami prowansalskimi i solą morską, a na sam koniec polewamy słuszną porcją dobrej jakości oliwy. Pieczemy w temperaturze 160 stopni 1,5-2 godziny sprawdzając co czas jakiś kondycję ziemniaków. Znów sugeruję termoobieg, choć moje grzałki górna i dolna spisały się też nieźle.

et voila!!





wtorek, 6 sierpnia 2013

się piło, się jadło we Francji - kulinarne kadry z francuskiej wyprawy





Sporo zjadłam w ciągu ostatnich tygodni.
W Paryżu miałam przyjemność z przepyszną rybą, która według tłumacza w komórce miała być dorszem, acz nie była nim wcale. Przyjemność pośrednią miałam natomiast z obłędną jagnięciną duszoną z młodym bobem - niestety porcja należała do mojego współtowarzysza i niewiele udało mi się podwędzić z jego talerza. Zjadłam także w Paryżu znakomite danie kuchni wietnamskiej, które nie mam pojęcia z czym było - w momencie konsumpcji byłam na tyle głodna, że zgłębianie składowych potrawy nie przeszło mi nawet przez myśl. Nad zatoką Arcachon w Akwitanii przyglądałam się finezyjnym kompozycjom z owoców morza i nie zjadłam ostrygi, skosztowałam za to dwóch gatunków ślimaka, przez co utwierdziłam się w przekonaniu, że ślimak jest zupełnie niejadalny. Nie wiem kiedy we Francji narodził się zwyczaj jedzenia tych Bogu ducha winnych i całkowicie niesmacznych stworzeń, podejrzewam, że tradycja ta ma swój początek w jakimś dramatycznym dla Francji okresie historycznym... Zjadłam także ulubione kałamarnice z grilla, które w duecie z persilladą pod niebiosa wychwalać należy. Spróbowałam kształtnej i niezwykle zachęcającej babeczki o nazwie cannele, która nie dość, że nie miała nic wspólnego z cynamonem, to była arcyohydna. Zdarzyła się także zupełnie nieudana merluza (morszczuk) bez soli i bez przypraw, o niej jednak pamiętać nie będę.




W bordoskim domu naszych francuskich znajomych podjęto nas przecudowną zapiekanką (ponoć o prowansalskim rodowodzie) - stanowiły ją przekładane plastry pomidora, ziemniaka i cebuli na solidnym podkładzie z grillowanej papryki. Dodatkowego smaczka nadawał potrawie sposób podania - wszystko zapieczono bowiem w przepięknej, ceramicznej foremce z Bolesławca!! Gospodarze wysławiali wyższość bolesławickiej ceramiki nad prowansalską, a że cała ich zastawa nosiła to samo logo, jestem przekonana, że zalet mogliby wymienić wiele.




Na bolesławickiej ceramice - z widokiem na piękną bordoską dolinę, jedliśmy także doradę z grilla przygotowaną saute, przyprawianiem zajęliśmy się wówczas, gdy każdy z niebieskich talerzyków zagospodarowany został płatem gorącego, rybiego mięsa. Któregoś dnia zaangażowaliśmy się bezpośrednio w powstającą kolację. Ja ukręciłam aioli a mój mąż przeszedłszy odpowiednie szkolenie oprawiał kałamarnice - obyło się bez strat w ubraniach. Zjedliśmy pierścienie kałamarnic z grilla, z persillade i czosnkowym sosem, były także ślimaki i mięsne szaszłyki - o dziwo pyszne mimo nie zastosowania najmniejszej szczypty soli.





W Prowansji natomiast po raz kolejny nawiązaliśmy gorący i bardzo satysfakcjonujący romans z pizzowozem. Pizzowóz to taka sprytna maszyna, która zaopatrzona jest nie tylko w szereg kół i w kierownicę, lecz także w pokaźnej wielkości piec opalany drewnem, maszynę do wałkowania ciasta i kilkuosobową niezwykle prężną ekipę pizzotwórców. Pizzy lepszej niż w Prowansji (i na Lazurowym, bo tam pizzowozy też nie są rzadkością) nie jadłam nigdzie. Lokalne, bardzo urozmaicone dodatki, idealna konsystencja ciasta i obfitość przypraw.
Jedliśmy także w oberży Lilas w Saint Christol d'Albion. Patrząc z zewnątrz na to miejsce nie spodziewaliśmy się lokalu, lecz raczej mini izdebki z wydzielonym stołem dla gości, tymczasem w zaadaptowanym na restaurację pomieszczeniu - podejrzewamy, że pierwotnie funkcjonował tu chlew - miejsc było co niemiara. Zarówno w kuchni jak i 'na sali' o wysoki poziom usług dbali samodzielnie właściciele - przemili, mówiący wyłącznie po francusku Fabienne i Bernard. Menu dnia stanowiły dwie przystawki, dwa dania główne, dwa desery do wyboru i wino stołowe. Jedzenie było domowe i nader francuskie m.in. wołowina w ciężkim zawiesistym sosie z czerwonego wina, rozjechane, zupełnie niewyględne, za to pyszne gratin, deska lokalnych serów i tym podobne rarytasy. Bardzo podobał mi się profil tego miejsca, otwartego w konkretne dni, o konkretnej porze, oferujące gościom zaledwie dwa świeże zestawy dań. Gdybyście kiedyś włóczyli się po lawendowej części Prowansji warto do Auberge Lilas wpaść na kolację.

Danie, które postanowiłam czym prędzej odtworzyć we własnej kuchni, jedliśmy we francusko-włoskiej knajpce w Aubignan (mieścinka na trasie wiodącej z Beaumes de Venise do Chateauneuf du Pape). Po miejscu tym nie spodziewałabym się fajerwerków kulinarnych, a fajerwerki były - w okolicach deseru przyjęły nawet postać rzeczywistą ozdabiając niebo feerią wielobarwnych kształtów i głośnych wybuchów (tego dnia w miasteczku odbywał się festyn). W ramach przystawki jadłam zapiekankę z tortellini i grzybów w jakiejś kosmicznie kalorycznej zalewie, a potem był poetycko pyszny łosoś w sosie szafranowym, ku mojej uciesze podany nie z frytkami lecz z ziemniakami z wody. Jadłam piejąc z zachwytu i choć inni również byli zadowoleni ze swoich dań, trudno mi uwierzyć, że mogły być równie pyszne jak to, co wydarzyło się na moim talerzu.

Jadłam  także roquefort i fantastyczny połtwardy ser w Bordeaux, w Prowansji zaś potwornie smrodliwy kozi Banon, którego niektórzy jeść ze smakiem nie umieli ze względu na specyfikę bukietu - dla mnie nie był to pierwszy raz z Banonem, więc kosztowałam go śmiało i bez obaw ( o pierwszym razie nieco tutaj). Dojrzewające kiełbasy, jakie zakupiliśmy na targu w Vaison la Romaine były całkiem sympatyczne, niestety uwalniały z siebie dość kłopotliwą woń, podejrzewam, że zbliżoną do zapachu leżakującej od stuleci w wilgotnej izbie skarpety. Wachlarz kiełbasianych smaków był bardzo szeroki, z czterech rodzajów jakie kupiliśmy szczególnie smakowała nam opcja z orzechami i z zieloną oliwką.
Jako, że w Prowansji dysponowliśmy kuchnią nie byliśmy skazani na petit dejeuner, które według mnie jest stanowczo zbyt 'petit' i mogliśmy po polsku celebrować śniadania, kupowaliśmy więc co rano świeże bagietki i straszliwie brzydkie wielgaśne, przepyszne pomidory.




Odkrycie sezonu to dla mnie wina z Domaine de Durban - niezwykle malowniczej winnicy położonej na szczycie wzgórza. Tutejsze Muskaty rzucają na kolana. Szczególnie oczarowało mnie Fruite de Durban polecane jako aperitif i akompaniament do szparagów - ja piłam bez zagryzki i w pojedynkę również było przepyszne.






Poniżej przedstawiam zaledwie namiastkę pyszności, w które Francja zasobna i zachęcam gorąco do skosztowania ich u źródła.

Clairette de Die i Cremant de Die - moje kubki smakowe mianowały je cztery lata temu najpyszniejszymi winami białymi pod słońcem. Są to cudne wina musujące w szeregu odsłon, dla nas najlepsze z kooperatywy Jaillance. Są w nich kwiaty, jest lipa i jabłka - jak dla mnie antonówki :) Trzeba być nie lada zdeterminowanym by z Prowansji dotrzeć do Die, gdzie produkuje się to wino - my zdecydowaliśmy się na ten desperacki krok już po raz drugi. Trasa wiedzie przez góry, widoki są co prawda niezwykle malownicze, ale w obliczu strachu jaki powodują zakręty nad brzegiem przepaści, doznania estetyczne schodzą na dalszy plan. Nic nie szkodzi jeśli nie cierpicie na chorobę lokomocyjną w drodze z Sault do Die pierwszy raz zaznacie jej objawów - to pewne...
Niestety moje ulubione wina są wciąż niedostępne w Polsce, poza Francją kupowaliśmy je póki co także w Belgii.




miód lawendowy - w fioletowej krainie dostępny niemal na każdym kroku, przemierzając prowansalskie bezdroża co i rusz napotkać można drogowskaz oznajmiający 'miel de lavande'. Pół litra miodu kosztuje od 7 euro, najtaniej kupimy bezpośrednio u pszczelarza, najdrożej w sklepikach z regionalnymi specjałami, w centrach popularnych miasteczek, lokalne produkty można również zakupić w dobrej cenie w niektórych sklepach z winem (np. we wspomnianej Jaillance)






tapenade provencale - jak Prowansja długa i szeroka tapenada jest jednym z motywów nieodzownych tej krainy - podstawowa wersja składa się z oliwek zielonych i czarnych, kaparów, anchois, czosnku i oliwy, natomiast wariacji na temat tej popularnej pasty do pieczywa jest całe mnóstwo. W Prowansji będąc miałam przy sobie swój blender, więc miksowałam pastę samodzielnie, do domu natomiast zakupiłam odważną wersję pasty z figą i rodzynkami - jestem niezwykle ciekawa jej smaku - póki co  słoik pozostaje zamknięty.



Rodzynki w Sauternes
Poniższe zdjęcie nie przedstawia rzeczy nad wyraz typowej dla lokalnej gastronomii, ale uwielbiam ten słoiczek, gdyż wiąże się z nim ciekawe zdarzenie. W jednej z urokliwych winnic w Bordeaux w apelacji Sauternes, mieliśmy okazję kosztować mniej i bardziej słodkich win, starszych młodszych i bardzo starych (pierwszy raz miałam okazję pić wino ponad pięćdziesięcioletnie). Gospodarz bardzo chętnie rozwijał wątki, polewał kolejne porcje, odbezpieczał kolejne butelki... u niego właśnie wypatrzyłam ten słoiczek - tłumaczył, że rodzynki co prawda nie są lokalne, ale Sauternes w którym są zanurzone jak najbardziej. Po dłuższym czasie spędzonym w winnicy dostaliśmy w prezencie butelczynę Sauternes, którą wpakowałam do jednej torby ze słoiczkiem. Potem zaczęłam pstrykać foty przed Chateau i rzuciłam gdzieś swój cenny pakunek, gdzie byłby został żeby nie Gospodarz. Gdy przejechaliśmy około 100 km zadzwonił do nas i poprosił o nasz adres w Prowansji, by wysłać nam zgubę. Tym sposobem rodzynki w Sauternes są dziś ze mną i czekają aż kupię najlepszej jakości biały ,kozi twarożek by zgodnie z sugestią Pana z winnicy zaserwować je w tercecie z bagietką.




Poniżej zakupiony także w winnicy słoiczek konfitury z winogronowych wytłoków i z jabłek - ma konsystencję zbliżoną do pigwowej galaretki, nadaje się znakomicie do serów, ten egzemplarz oczekuje wciąż na swoje wielkie otwarcie.



* na podstawie swych francuskich przeżyć i doznań autorka niniejszego opracowania pozwala sobie także na pewną stanowczą sugestię

andouillette - nie jeść
cannele - nie jeść
pate provencal - nie jeść





środa, 24 lipca 2013

gratin ziemniaczane - w Prowansji smakuje najlepiej


Dzwon w sąsiednim kościele wybił przed chwilą kolejną upływającą w spokoju godzinę, cykady hipnotyzują swoją miarową, skoncentrowaną piosenką, na stół właśnie wjechała porcja orzeźwiającego Rose, w piekarniku dochodzi aromatyczne gratin... jest cudnie!! Mojej równowagi i poczucia absolutnego pogodzenia z samą sobą i z innymi nie zakłóca nawet ryczący z dziecięcego pokoju Gangnam Style. Białe mury miasteczka zdają się być niezamieszkałe, jaskrawe okiennice nie uchylają się w ciągu dnia na choćby ułamek chwili, za moimi plecami maluje się charakterystyczna sylweta Mont Vonteaux, a okalające nas pola zachwycają kompozycją różnych odcieni fioletu. Lubię tę lawendową część Prowansji, lubię ten zapach, który wita mnie co dnia, lubię nieskończenie kręte drogi, którymi jechać trzeba by dostać się do kolejnej village perche, podoba mi się nawet fakt, że poza językiem francuskim, żaden inny nie będzie tu zrozumiany. Jestem w innym świecie. Ponoć Bóg stwarzając świat rzucił na ten teren ostatki, dzięki czemu jest to kraina niezwykle bogata, krajobraz jest zmienny i zaskakujący. To już mój trzeci raz w Prowansji i wiem, że będzie ich więcej. Jak zwykle jednym z głównych celów naszej wyprawy było wino: apelacje Rasteau, Gigondas, Vacqueyras, Beaumes de Venise, Vonteaux odwiedzamy nie po raz pierwszy. Mimo cieszących się dobrą sławą win czerwonych w upalnej Prowansji skupiam się na prostych, acz wybornych winach różowych i białych - świetnie współistnieją z klimatem i krajobrazem, czerwone - choćby nie wiem jak pyszne przy 35 stopniach smakować mi nie chcą.  


gratin popełnione przed chwilą - aromat lawendy przez pewien czas miał konkurencję

Fioletowy patchwork rozpostarty w prowansalskich dolinach i na wzgórzach tworzą pola lawendy i lawendyny - ta druga jest uboższą krewniaczką szlachetnej lawendy, ma inne przeznaczenie i właściwości, to ona wykorzystywana jest m. in. przy produkcji mydeł. Lawenda ma zaś właściwości lecznicze, stosowana jest także przy produkcji perfum, ponad to lawenda jest rośliną miododajną a miód z niej jest nieprawdopodobnie pyszny. Idąc wzdłuż fioletowych pól słyszymy głośny pszczeli chór, na niektóre pola, z uwagi na duże zagęszczenie tych owadów nie powinno się wchodzić,  ostrzegają o tym patrolujący okolicę właściciele. Miód lawendowy ma zbliżoną konsystencję do rzepakowego, jest bardzo kremowy i delikatny, ale aromat nie pozostawia żadnych wątpliwości - przyjemny słodki 'perfumowy' smak jest nader przyjemny i charakterystyczny. Vinegret z miodem lawendowym nie ma sobie równych. Swoją drogą jutro wybieram się do pszczelarza by taki miód zakupić. Jak się okazuje w Prowansji zjeść można także fioletowe lody lawendowe - nie baczcie na mydlarskie skojarzenia - są naprawdę przepyszne!!


pola w Saint Trinit - według mnie jest to najbardziej kojący rejon Prowansji

suszona lawenda ponoć odstrasza mole, niewątpliwie także pięknie aromatyzuje zawartość szaf z ubraniami




Villages perches - miasteczka powstałe niczym orle gniazda na szczytach skał,
tu pocztówka z Gordes, nie bez przyczyny uznawanego za jedno z piękniejszych miast Francji

















Roussillon - według mnie najbardziej malownicze miasteczko w świecie


ochra z Roussillon

na tym stoisku zakupiłam gałkę muszkatołową do dzisiejszego gratin, targ w Vaison la Romaine wart jest polecenia

Obszerniejszą relację przedstawię niebawem, póki co zamierzam nadal eksplorować głębię smaku lokalnego Rose oraz nałożyć sobie pokaźną porcję gratin...

do następnego!!!






poniedziałek, 15 lipca 2013

torcik jagodowy - moje wakacyjne wspomnienie



Leniwe weekendowe popołudnie. Bar gastronomiczny nad rzeką, Wda płynie spokojnie upstrzona sylwetkami łódek, rowerów wodnych i kajaków, po okolicy rozchodzi się zapach ryby z pobliskiej smażalni zmieszany ze słodką wonią gofrów, sprzedawanych przy głównym deptaku. Siedzę i piję duże, dobrze schłodzone piwo z kija, jak zawsze  oganiając się przy tym od chmary os, która bardzo chce pić ze mną z jednego kufla. Obok dociera mnie, jakże miła sercu lokalna gwara i ten cudowny okrzyk 'FLAAAAAKI RAAAZ!!' słyszalny zza baru - oto chwila która przywraca równowagę, chwila nieskończonego szczęścia, ta za którą tęsknię rok cały i która zawsze wygląda tak samo. Z pewnością za moment zawita do baru Zawiany Pan, prosząc o porcję napitku na tak zwaną krechę. Po pierwszym moim piwie będzie pstrąg z ziemniakami z wody i świeża surówka z kapusty, względnie sadzone zamiast pstrąga, a na deser zamówię kolejne piwo, a potem dzieci wyciagną nas na lody do kawiarni vis a vis...





Kawiarnia jest rodzinną firmą i swego czasu co niedziela Goposdyni popełniała torcik jagodowy, na który ja pędziłam co tchu by inni jego entuzjasci go przypadkiem nie wyjedli przede mną. Moja słabość do torcika jagodowego była dziwna, gdyż za samymi jagodami nie przepadałam nigdy, tam gdzie wszyscy zbierali jagody do paszczy i do słoika w proporcji 1:1, ja nigdy nie podjadałam owoców, dzięki czemu mój słoik był w znacznie większym stopniu zapełniony niż moich towarzyszy. Torcik w każdym razie był cudowny. Jego podstawę stanowił biszkopt, potem była serowa masa na zimno z jagodami i plaster czekolady. Jakie to było pyszne!!!! Idąc w ślad za tym moim tucholskim sentymentem, którego nie wiedzieć czemu od lat kilku nie doświadczyłam w kawiarni nad rzeką, dziś postanowiłam nawiązać do tamtego smaku. Skorzystałam z przepisu Kwestii Smaku, która nigdy nie zawodzi, delikatnie namieszałam w recepturze, bo chciałam mieć więcej warstw.




składniki:

spód

180 g herbatników owsianych
80 g masła


masa jagodowa

200 g sera białego Garwolińskiego,
10 g żelatyny
200 g jagód,
cukier puder do smaku,


masa biała:

200 g sera białego Garwolińskiego
10 g żelatyny,
1 mały jogurt naturalny,
cukier puder do smaku

galaretka jagodowa:

200 g jagód
5 łyżek cukru pudru
 2 łyżeczki żelatyny



Żelatynę rozpuścić w kilku łyżkach gorącej wody. W rondelku pogrzać jagody z cukrem pudrem aż delikatnie zmiekną i zaczną puszczać sok. Przecisnąć jagody przez sito, powstałe jagodowe puree wymieszać z żelatyną i podgrzać całość. Wystudzić.
Herbatniki ugnieść na miazgę i wymieszać z masłem w temperaturze pokojowej, Tak powstałą masę wyłożyć na tortownicę przykrytą papierem do pieczenia uprzednio zamykając obręcz, tak by brzegi papieru pozostały na zewnątrz. Docisnąc masę by powstał równy placek. Schłodzić powstały spód, ja wsadziłam go na 20 minut do zamrażalnika.
20 g żelatyny rozrobiłam w 1/3 szklanki gorącej wody. Następnie składniki masy jagodowej zmiksowałam w malakserze, pod koniec dodając połowę przygotowanego roztworu żelatyny. Zabieg powtórzyłam z masą białą.
Zabawa zaczyna się przy układaniu  warstw, każdą bowiem musimy nieco schłodzić by się nie poprzenikały. U mnie szło sprawnie, bo postanowiłam chłodzić w zamrażalniku, tym sposobem kolejne piętro mogłam nakładać juz po godzinie od ułożenia pierwszej warstwy. Warstwą wieńczącą jest jagodowa galaretka o barwie głębokiego fioletu. Zalawszy nią torcik wstawiłam go do lodówki, przykryłam folią i czekałam do nastepnego dnia.
Po uwolnieniu sernika z obręczy ozdobiłam kształtnymi bezikami, mietą z ogródka i zamrożonymi dzień wcześniej jagodami.

Torcik wyszedł obłędny, gdybym tylko mogła go jeść z widokiem na ukochaną Wdę...




środa, 10 lipca 2013

makaron z cukinią - pochwała prostoty



Moja kuchnia - tętniąca spokojnym życiem kraina szczęśliwości, drewniane szafki w kolorze miodu, nieskończenie długi blat na którym można siekać, ugniatać, ubijać, wałkować godzinami, kojący widok na trzy strony świata - ta cudowna, sielankowa sceneria zamieniła się minionej niedzieli w tło krwawego spektaklu, którego głównym bohaterem byłam ja. Wszystko zaczęło się niepozornie od treningu 'killer' Ewy Chodakowskiej, być może nazwa tego programu wyszczuplającego powinna wróżyć krwawy ciąg dalszy - nie zorientowałam się w porę... Po pięciu minutach wyczerpującej do granic możliwości rozgrzewki stwierdziłam, że muszę iść doprawić pieczone ziemniaki - po killerze przecież nastąpić miał obiad. Po chwili więc, z finezją Edwarda Nożycorękiego, za pomocą świeżo zakupionych nożyczek do ziół cięłam solidną wiązkę oregano, za którymś sieknięciem udało mi się odciąć także kawałek własnego palca...

Krew była wszędzie, patrząc na czerwoną posadzkę i blat można by podejrzewać, że chwilę temu zakończyły się tu zdjęcia do kolejnej części "Piły".

Tym sposobem od kilku dni jestem wykluczona z aktywności kulinarnej, gotuję więc bób i nie eksploatuję za bardzo moich górnych kończyn. Na całe szczęście w nurt tego gastro-minimalizmu znakomicie wpisał się odkryty na blogu Italia od kuchni banalny makaron z duszoną cukinią, który nie wymaga zbyt dużego poświęcenia a pyszny jest niezwykle ( jem go na obiad codziennie od niedzieli ;) ).





Zaciekawił mnie pomysł sosu z duszonej, nie przesmażanej cukinii, dała mi także do myślenia uwaga, że Polacy mają tendencję do używania przesadnie dużej ilości przypraw i dosmaczaczy.  Pomyślałam - być może, sama nie bardzo wyobrażam sobie nie dosypać ziela do zupy czy sosu. Polskie dania tradycyjne zresztą, nie mają racji bytu bez aromatycznych przypraw. W przypadku jednak bardzo świeżych, sezonowych składników powyższe mogą w zupełnie niepotrzebny sposób odwracać naszą uwagę od głównego tematu dania.
Tuż po odkryciu nowego zastosowania dla ukochanych warzyw, co tchu popędziłam po cukinie i przystąpiłam do czynów, przepis każe zastosować raptem cztery składniki: cukinię, cebulę, pieprz i parmezan, no i sól ale to oczywista oczywistość. Gdybyście wiedzieli jak trudno mi było powstrzymać się przed dorzuceniem czosnku i świeżej bazylii!! Dobrze, że się powstrzymałam bo sos wyszedł fantastyczny.




składniki:
 
pół paczki świderków,
spora młoda cebula,
trzy cukinie midi lub jedna wielkości tradycyjnej ale w tym przypadku musimy pozbawić ją pestek, jeśli wybierzemy mini cukinki musimy ich mieć co najmniej 8 sztuk,
szklanka wody,
pieprz drobno mielony - nie żałować!!,
sól,
parmigiano reggiano


Oto sekrety powstawania szałowego makaronu z duszoną cukinią.

Zakupiony w sklepie makaron wrzuciłam na gotującą się wodę - zarówno spaghetti, rurki jak i świderki spisały się równie dobrze (pozbawiona części palca zupełnie nie miałam ochoty na uprawianie domowej wersji pasty)
Dużą młodą cebulę pokroiłam drobno szczędząc palce tym razem, młodą cukinię obrałam, ze starszej zaś wyciągnęłam dodatkowo co większe nasionka. Następnie pokroiłam w umowną kostkę. Cebuli pozwoliłam dojść przez 3 minuty na oliwie, gdy zmiękła dodałam cukinię, zalałam całość wodą i osoliłam. Warzywom dałam 15 minut by ładnie zmiękły a po tym czasie rozgniotłam je drewnianą łopatką na całkiem niewyględną papkę,  po czym oprószyłam drobno mielonym pieprzem. Po dorzuceniu do sosu klusek, przyprawiłam całość słuszną porcją tartego parmezanu.


Z uwagi na mój stan, który odczytuję jako kolejny manifest na rzecz wakacji, w ciągu ostatnich dni wykonałam ten makaron już trzykrotnie. Dzięki temu wiem, że lepiej smakuje gdy cukinię pozbawimy skórki, pieprz zostanie drobno zmielony a ser będzie najprawdziwszym parmigiano reggiano.

 

czwartek, 4 lipca 2013

dobrze się czuje we własnej skórze - cukinia z czerwonym pesto


Od kilku tygodni jestem szczęśliwą posiadaczką dwukilogramowego pojemnika pysznych suszonych pomidorów w zalewie (dziękuję Adam!!). Zagryzamy je z Połówką ochoczo wieczorową porą bez dodatków, dorzucamy do sałatek i makaronów, coraz częściej też miksujemy na cudowną masę do pieczywa. Pomidorowe pesto zawojowało moje menu w ostatnich dniach, jest bardzo uniwersalne i wpisuje się w różne nurty kulinarne - od mięsnego, przez warzywne na makaronowych wariacjach skończywszy.
Suszony pomidor bardzo się lubi z cukinią, tym sposobem lubimy się we troje, z sympatii tej powstało poniższe danie, wdzięczne, sycące a zarazem lekkie. Mogąc obcować z młodą cukinią na co dzień, korzystam z tego dobrodziejstwa ile wlezie, dziś miałam szczęście trafić na cudnej urody cukinki okrągłe z czego cieszę się wielce.





składniki:


100 g płatków migdałowych,
60 g parmigiano reggiano,
1 mała papryczka pepperoni,
15 pomidorów suszonych z zalewy,
2 ząbki czosnku,
2 fileciki anchois,
kilka listków bazylii,
kilka łyżek zalewy pomidorowej
+
7 okrągłych cukinii średniej wielkości






Składniki pesto rozdrobniłam w blenderze, lecz nie dopuściłam by konsystencja była zbyt jednolita, lubię wyczuwalne drobinki.
Młoda cukinia ma mało pestek, po wydrążeniu jej pokroiłam więc miąższ na nieforemną kosteczkę i zmieszałam z przygotowanym wcześniej pesto. Tak sporządzoną substancją napychałam cukiniowe, pękate foremki, niektóre przykryłam czapeczkami z ogonkiem, inne pozostawiłam bez przykrycia. Chciałam piec z termoobiegiem, ale się był popsuł w moim piekarniku, nastawiłam więc dolną i górną grzałkę na 200 stopni i bacznie przyglądałam się, co się wydarzy...
Po blisko 20 minutach pachniało w całym domu, wierzch pesto pięknie się zarumienił, pozostało tylko pokroić bagietkę, wyjąć z lodówki dobrze schłodzone wino, zasiąść na tarasie i zacząć karmić się urokiem lipca.





Moja kuchnia domaga się chyba wakacji, coraz więcej sprzetów szwankuje, termoobieg zaniemógł, zmywarka zamiast zmywać brudzi, nóż od blendera gdzieś się zapodział... Przyznam, że ja też się czuję lekko wyeksploatowana i choć kocham spędzać czas w kuchni, przyszedł czas w którym z rozkoszą zasiądę do nakrytego już stołu i pozwolę się nakarmić. Wyjadę, zostawię kuchenne niezbędniki w domu - niech odpoczną od swej nadpobudliwej gospodyni... a gdy wrócę, oj będzie się działo!

Miałam to uczynić dawno temu, ale ja jak to ja, wciąż zapominałam, bywalców fejsbuka zapraszam na facebookową stronę w sezonie...



niedziela, 30 czerwca 2013

sandacz na kremowym sosie ze szczawiu


Smażony mintaj, wędzona makrela i puszkowany tuńczyk - tak na pierwszy rzut oka wygląda TOP 3 najchętniej kupowanych ryb w Polsce. Mintaj by trafić na nasz stół ma kawał drogi do przebycia, gdyż poławiany jest w północnych morzach Pacyfiku, z tego też powodu kupić go możemy wyłącznie pod postacią mrożonych płatów. To bodaj najczęściej smażona ryba w naszym kraju, główny bohater piątkowych jadłospisów w wielu polskich domach, szkolnych stołówkach i wczasowych jadłodajniach, czołowa postać polskiej ryby po grecku, pulpetów rybnych i faszerowanej ryby w galarecie.

Makrela jest na tyle wpisana w polski krajobraz kulinarny, że wielu kojarzy ją z Bałtykiem, tymczasem poławia się ją w Atlantyku. Pasta z makreli to w kraju nad Wisłą śniadaniowy evergreen, przy czym w każdym domu znany jest ten najlepszy na nią sposób...

Karp jest co prawda wymieniany wśród popularnych i lubianych ryb polskich, ale poza okresem bożonarodzeniowym nie łatwo go dostać, mam zresztą wrażenie, że niespecjalnie o niego zabiegają. Dorsz i pstrąg wiodą prym wśród chętnie kupowanych polskich gatunków, no i śledź ale ten najczęściej w postaci już przetworzonej.




Dłuższy czas poszukiwałam miejsca z dobrymi rybami stąd i stamtąd, takimi, które sprzedawane świeże są świeże naprawdę, i takimi mrożonymi, które po rozmrożeniu będą jakości właściwej. Wygląda na to, że w końcu znalazłam swoje źródło. Na pierwszy ogień poszedł sandacz.
Smażona ryba najbardziej smakuje mi w Borach Tucholskich, w domu stawiam na bardziej niebanalne na nią sposoby, lubię ją piec, zawijać, opiekać w folii, pergaminie i zestawiać z ciekawymi dodatkami. Moją myśl od kilku tygodni zaprzątał pewien przepis znaleziony na stronie o!kuchnia był niezwykle kuszący gdyż nakazywał zestawić rybę ze szczawiem. Szczaw jak wiemy kwaśny jest i wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że z rybą mu dobrze będzie.




składniki, porcja dla 2-3 osób w zależności od apetytów:

filet z sanadacza 400 g,
olej rzepakowy,
sól,
jedna młoda cebula,
łyżka masła
dwie porządne garści szczawiowych liści,
szklanka śmietanki kremówki,
ząbek czosnku,  
koperek, 
pieprz drobno mielony


Rozmrożoną rybę kroimy na mniejsze kawałki, solimy i  smażymy z obu stron na patelni grillowej z niewielką ilością oleju. W tym samym czasie na drugiej patelni przygotowujemy sos. Cebulę kroimy drobno i wrzucamy na rozgrzane masło, szczaw kroimy na cieniutkie wstążki i dorzucamy go do cebuli, szybciutko zalewamy całość śmietanką, przyprawiamy solą, pieprzem i dorzucamy pokrojony w cieniutkie talarki czosnek. Czekamy aż smaki się 'przejdą' a sos zredukuje, po około 5 minutach dodajemy rybę i pod przykryciem dajemy całości kolejne pięć minut. Drobno posiekany koperek dodajemy po zdjęciu całości z gazu.





Długi czas ryba na pierzynce z porów była moim numerem jeden, jednak od wczoraj o pierwsze miejsce na pudle walczy z nią sandacz na kremowym sosie szczawiowym. Nie mam słów by opisać jak pyszne jest to połączenie.
Przepis jest tym bardziej ciekawy, że pozwala na wdzięczne skorzystanie z dobrodziejstw zielonych liści, które zwyczajowo zawsze kończą w zupie. Nowa metoda na szczaw jest genialna!!!

Polecam Wam ogromnie rybę ze szczawiem serwować, póki czas :)
Jednocześnie mam prośbę, podsyłajcie mi swoje ulubione pomysły na rybę,  jedno miejsce na moim pudle wciąż pozostaje nieobsadzone!