sobota, 20 kwietnia 2013

domowy chleb tostowy



Ja i chleb - spotykamy się często przy posiłku, ale nie mam szczególnych ambicji by z dużą częstotliwoscią stawać się chleba sprawczynią. Znam dobrą piekarnię i to mi wystarcza, czasem jednak przychodzi ochota na ten zapach, który przenika swą intensywnością każdą komórkę naszej domowej przestrzeni, wówczas piekę chleb na zakwasie lub chałkę. Tym razem za namową jakże skutecznej w namowach Amber stać się miał chleb, o którego upieczeniu nigdy w życiu bym nie pomyślała - chleb pszenny na tang zhong. Jeśli chodzi o tang zhong  - nie jest to zaklęcie doktora Paj Chi Wo ani też jedna z pozycji Tai Chi, nie jest to także nazwa świetnej zielonej herbaty, jak przypuszczałam z początku. Wpisując zwrot w wyszukiwarkę wyskoczył mi Tang Taizong - waszmość bedący w siódmym wieku cesarzem Chin - zbieżność jest jak się okazuje całkowicie przypadkowa. Tang zhong ma całkowicie adekwatną nazwę, która nic nie powinna nam mówić, wszak substancja ta zupełnie jest do niczego nie podobna, jest to mazisto-kleista mieszanina podgrzanej wraz z mlekiem mąki, która po wystudzeniu robi z naszym ciastem cuda - jakim cudem, nie wiem.




Gdy padła propozycja dołączenia do zacnego grona praktykujących już od pewnego czasu koleżanek blogerek, było mi miło ogromnie, ale z drugiej strony bałam się, że sprofanuję chleb na tang zhong, że nie sprostam i że będę musiała pochwalić się niewypałem, nie pierwszy raz skądinąd. Pokornie jednak, biorąc recepturę 1:1 postanowiłam zmierzyć się z tematem. Zapraszam na chleb nie tylko do siebie lecz także do: Amber, Anki, Anny-Marii,  Margot, Atiny, Bożeny, Eweliny, Eweliny, Gosi, Joli, Kamili, Kaprysi, Kasi, Katarzyny, Lidii, Magdy, Magdy, Marty, Marzeny, Moniki, Mysi, Olimpii, Pauliny, Wiewiórki, Wisły.
Pierwszym wyzwaniem, poza rozszyfrowaniem rzeczonego orientalnego zwrotu, było znalezienie  w sklepie drożdży instant, które do tej pory w mojej świadomości nie istniały, drugim było kurczowe trzymanie się zapisów receptury - co zawsze wychodzi mi marnie. Delikatny problem pojawił się też przy produkcji tang zhong, kiedy to czekałam na spodziewane wiry na powierzchni substancji, masa gęstniała wypuszczając z siebie bąble powietrza niczym gejzer jednak wirować nic nie chciało. Odpuściłam zatem, wiedząc, że lada chwila zagadakowe mazidło zgęstnieje dokumentnie i zacznie się przypalać. Potem było studzenie i wyrabianie ciasta, potem wyrastanie po trzykroć i w końcu wyczekane pieczenie. Obrazki z internetu ukazujące pieczywo na tang zhong są tak piękne, że nawet przez chwilę nie liczyłam na to, że mój chlebek bedzie równie udany. Po wyjęciu go z piekarnika długo odwlekałam chwilę odkrawania pierwszej kromki. Z zewnątrz bochenek wyglądał cudnie, spodziewałam się, że od środka będzie imponująco nieudany. Wielokrotnie już przerobiłam ten zawód, gdy żytni chleb o pięknej, rumianej skórce w środku skrywał niezdatną do niczego breję. W końcu jednak, w skupieniu absolutnym chwyciłam za nóż i za sprawą zdecydowanego, bezwzględnego pociągnięcia mym oczom ukazała się perfekcyjna kromka. Tak perfekcyjna, że można by podejrzewać, że pełna jest spulchniaczy, polepszaczy, substancji nadających kształt, kolor, chrupkość i puszystość zarazem. Te wszystkie efekty specjalne jak sądzę powinnam zawdzięczać tang zhong -  o dzięki Ci tang zhong!!





składniki na chleb:


480g maki chlebowej,
30 g mleka w proszku,
40g cukru,
8 g soli,
8g drożdży instant - u mnie 7 g bo tyle było w torebeczce,
200 g mleka,
170 g thang zhong,
40 g masła ,
180 g brązowego gotowanego ryżu,niesolonego,ostudzonego,
nieco oleju


składniki na thang zhong:
30g mąki chlebowej
150g mleka

Brązowy ryż gotujemy bez soli do miękkości i studzimy.
Mleko w temp. pokojowej i mąkę mieszamy w małym garnku za pomocą trzepaczki.
Stawiamy na maleńkim ogniu i mieszając czekamy aż masa zacznię gęstnieć, wówczas zestawiamy z gazu i przykrywamy folią. Masa musi wystygnąć nim dorzucimy ją do reszty składników - element studzenia tang zhong jest ponoć nieodzowny.

W dużej misce mieszamy składniki ciasta bez ryżu i masla. Wyrabiamy 5 minut jakąś kosmiczną metodą, która z uwagi na skomplikowaną formę zupełnie nie zyskała mojej przychylności - ja wyrabiałam po prostu, bez metody żadnej. Po wskazanym czasie dodajemy masło i wyrabiamy aż ciasto zrobi się ładne i błyszczące - u mnie długo nie robiło się takie, potwornie przylegało do palców doprowadzając mnie na skraj histerii, sypnęłam więc nieco mąki na blat by podtemperować rozbisurmanioną strukturę chlebowej substancji. Efekt był natychmiastowy. W ostatniej fazie ugniatania musimy dołączyć porcję ryżu i równomiernie wgnieść ją w ciasto, nadając całości kształt kuli. Pozstawiamy tę kulę w misce wysmarowanej tłuszczem na godzinę. Moja porcja ciasta została po tym czasie podzielona na cztery równe części, które grzecznie przykryłam ściereczką i pozostawiłam tak na kwadrans. Upchnęłam te cztery części ciasta do wysmarowanej olejem keksówki a gdy po ok 30 minutach sięgnęły 90% wysokości foremki wstawiłam do piecyka nagrzanego do 190 stopni. Po 35 minutach chleb był gotowy. Wyjęłam go z formy i ostudziłam na kratkach.




Dla tych którzy przepadają za tostami, powyższy przepis będzie odkryciem sezonu. Domowe pieczywo tostowe jest niewątpliwie zdrowszą wersją kupnego a sprawdza się równie dobrze, przyznam, że nie jedliśmy go na świeżo, kromki aż się proszą by je opiec w opiekaczu lub na patelni grillowej, znakomicie się sprawdziły także jako baza pod ulubione sandwiche dzieciaków.

Teraz już nie mam wyjścia, będę piekła pieczywo na tang zhong regularnie! Dzięki Amber za wyszukanie przecudownego przepisu (tu źródło) i dziękuję innym Wspaniałym Piekarkom za wspólne pieczenie.


czwartek, 11 kwietnia 2013

falafel - danie uliczne w domu, tym razem bez ryzyka



Dania uliczne - mimo, że po wielokroć ich jakość pozostawia sporo do życzenia ulegamy im, jest w nich coś fajnego. Po zakrapianej imprezie na mieście nic nie daje większego szczęścia niż bar turecki - poczucie kulinarnego grzechu o nieprzyzwoitej porze smakuje wybornie. Za każdym razem jedzenie na ulicy wiąże się z ryzykiem - trudno nam bowiem oszacować na ile sterylnym zapleczem nasza buda dysponuje i na ile świeżych, bądź na ile nieświeżych składników użyła by przygotować to, co za chwil parę, stanie się naszą strawą. Na efekty przyjdzie poczekać. Smażone w głebokim tłuszczu specyfiki, doprawione niebywałą ilością orientalnych przypraw nie zdradzają absolutnie żadnych symptomów niezdatności do spożycia. Domawiamy jeszcze sos - dużo sosu aby rozpusta była kompletna i czujemy się szczęśliwi, bardzo szczęśliwi! Gdzieś w tyle głowy majaczy poczucie winy, które jednak szybko daje za wygraną i postanawia rozkoszować się razem z nami, a co tam, przeciez nie robi tego na co dzień!!




Pamiętam smak pierwszego ulicznego fast foodu, musiały to być wczesne lata 80-te, rzecz miała miejsce w NRD, chodziłam jak zaczarowana po tętniącym nieznanym mi życiem mieście, a gdy zaproponowano mi hot-doga, zupełnie nie wiedziałam czymże hot-dog być może. Spróbowawszy poczułam, że w małej białej budce, w nieznanej krainie odkryłam swoje Eldorado.  Jakże proste, nieopisane poczucie szczęścia mnie ogarnęło.
Potem podobne uczucie towarzyszyło mi jeszcze wiele razy, głownie na dworcach kolejowych. W latach 90-tych  dostać tam można było prawdziwie wyborne, długaśne zapiekanki - z pieczarkami i z serem. Do przygotowania zapiekanek używano opiekaczy, był to błogosławiony czas w którym nie znano jeszcze mikrofali. Szkoda, że złoty wiek dla polskich zapiekanek, minął bezpowrotnie. Przemierzając Polskę transportem kolejowym dobrze wiedziałam, gdzie warto się ustawić w kolejce po chrupiącą bułę z serem. Raz za sprawą tej wiedzy skazałam się na podróż stopem - na zapiekankę trzeba było poczekać, więc pociąg ruszył w dalszą drogę beze mnie...
W okresie liceum i podczas studiów moim ulicznym numerem jeden stał się falafel, miałam swoje miejsca, miałam też swoje zasady co do dań ulicznych -  nigdy nie umiałam chwycić porcji w garść i pognać dalej. Patrzyłam z niedowierzaniem na ludzi, wcinających kebaby w autobusach, nie umiałam uwierzyć, że taki posiałek może być satysfakcjonujący. Mi jedzenie smakuje tylko wówczas gdy mogę zjeść w spokoju, bez napięcia, przysiąść na chwil parę, odsapnąć i się podelektować - w barze musiało być więc miejsce na moje pięciominutowe sam na sam z falafelem.
Aktualnie rzadko jadam w barach ulicznych, zdarza mi się to czasem podczas wakacji, częściej funduję sobie tę przyjemność w domu. Nauczyłam się przyrządzać domowe falafele i choć nie ma w takim jedzeniu tej nutki ryzyka, jaką czujemy jedząc na mieście to i tak jest świetnie.





składniki:

200 g ciecierzycy, 
2 ząbki czosnku, 
pół łyżeczki nasion kolendry, 
pół łyżeczki kminu rzymskiego, 
natka pietruszki,
sól do smaku - ok 1 łyżeczka,


Wieczorową porą zalewamy cieciorkę wrzątkiem tak by woda całkowicie przykryła nasze ziarna. Nazajutrz odlewamy nadmiar wody, pozostawiając jej jednak nieco.Wydobywamy malakser z czeluści szafki kuchennej po czym wypełniamy go namoczoną cieciorką i zębami czosnku. Dolewamy też trochę wody pozostałej z namaczania, dzięki temu masa na falafel nie będzie się rozwarstwiać. Włączamy mikser na najwyższe obroty i czekamy aż ciecierzyca zamieni się w plastyczną masę. W moździerzu tłuczemy nasiona kolendry i pieprz rzymski, kroimy też odrobinę natki pietruszki. Przyprawy dorzucamy do naczynia miksującego, całość solimy i mieszamy raz jeszcze dokładnie.

Z powstałej masy forujemy kuleczki wielkości orzecha włoskiego, smażymy na oleju rzepakowym około 5 minut z obu stron, chyba, że ktoś dysponuje frytkownicą, wówczas przyjemność obracania go nie dotyczy ;) Ja smażę na małej patelni wlewając tyle oleju by sięgał do połowy wysokości kulek.

Falafel podajemy z jogurtem naturalnym, surówką z kapusty i z ryżem lub, jeśli ktoś woli, w domowym chlebie pita.  W tym przypadku zasada 'no risk - no fun' się nie sprawdza.









niedziela, 7 kwietnia 2013

lekcja polskiego - oberiba na gęsto



Co by było gdyby świat nie stanął na głowie? Wiosna by była! A co się jada wiosną? Sięgnijcie pamięcią do najsmaczniejszych kwietniowych i majowych wspomnień a z pewnością traficie tam na młodą kapustę z koperkiem. Gdyby wiosna wiosną była a kwiecień prawdziwym kwietniem, lada dzień moglibyśmy się raczyć najcudowniejszym z wiosennych specyfików, niestety tym razem kapuściany sezon nastanie z opóźnieniem, być może zresztą będzie to całkiem długi poślizg. Na tę niedolę znajdzie się jednak sposób - odkryłam go dziś całkiem przez przypadek.

Realizując swój blogowy projekt 'lekcja polskiego' postanowiłam rozprawić się z jakże wdzięcznie i egzotycznie brzmiącym daniem kuchni śląskiej - z oberibą na gęsto. Oberiba to kalarepka po prostu, a że warzywo to popada w zapomnienie perspektywa wskrzeszenia go we własnej a być może i w świadmości innych była jak najbardziej pokrzepiająca. Dokonując kwerendy odkryłam przy okazji, że danie to jest wpisane na listę produktów tradycyjnych i na Śląsku jest poważane niezwykle, jednak w źródłach internetowych zbyt wielu dowodów na ten fakt nie znalazłam.




Lekcje polskiego opieram w dużej mierze na 'Potrawach Regionalnych Kuchni Polskiej' Pani Szymanderskiej, skąd też pochodzi dzisiejszy przepis. Przyznam, że nie pamiętałam smaku kalarepki, rozmył się wśród zapamiętanych i z nią kojarzonych smaków białej rzodkwi i czarnej rzepy. Oberiba na gęsto wymaga duszenia - smaku gotowanej kalarepki tym bardziej nie pamiętałam, gdyż nie miałam nigdy okazji jeść jej w tej formie.
Pokrojone w słupki kalarepki rozbudziły apetyt potomstwa - co najmniej jedna trzecia słupków została schrupana nim zdążyłam włączyć gaz. Przy użyciu reszty składników zaczęłam realizować zagadkową potrawę, której smaku nijak nie umiałam sobie wyobrazić. Proces trwał cały kwadrans. Gotowe danie wygląda niezbyt wytwornie acz bardzo zachęcająco, a gdy zanurzy się w nim widelec i skosztuje dzieją się cuda! Oberiba na gęsto smakuje jak - wypisz wymaluj - młoda duszona kapusta z koperkiem.




składniki:
 
średniej wielkości cebula
2 kalarepki,
łyżka masła,
filiżanka wody,
łyżka mąki pszennej,
łyżka koperku,
sól,
dużo utartego w moździerzu pieprzu


Na ptelni rozgrzewamy masło na które wrzucamy po chwili pokrojoną drobno cebulę. Kalarepki kroimy w słupki po czym dorzucamy je na patelnię. Wlewamy wodę, doprawiamy solą i czekamy 15 minut aż warzywa będą miękkie. W ostatniej fazie dodajemy utarty pieprz, koperek i mąkę. Po kilku sekundach cząstki kalarepek połączone zostaną niewidzialnym spoiwem. Na tym proces należy zakończyć. Od razu chwytamy za widelec i choć źródła zachwalają jakoby oberiba na gęsto znakomicie akompaniowała karbinadlom i ziemniakom, mi wystarczyła w pojedynkę. Jest fenomenalna sama w sobie!



Już wiem jak zaspokoić kapuściane niedobory, Wam także polecam ten eksperyment, gdy zżerać Was będzie tęsknota za prawdziwą wiosną. Ja szaleję z zachwytu i chętnie poszłabym w świat głosić radosną nowinę o oberibie na gęsto, która w smaku do złudzenia wiosenną kapustę przypomina.


środa, 3 kwietnia 2013

naleśniki 'dwa sery' w sosie szpinakowym


Wszystko w tym roku póki co na głowie stoi, grudzień mieliśmy w marcu, na Wielkanoc bałwany a w Lany Poniedziałek bitwę na śnieżki, wiosna zagrała nam na nosie, nie ma co!! 

W naturalnym stanie rzeczy wiosenne sprzątanie przypada na okres przed świętami, tym razem można było co najwyżej ogarnąć, ale porządki z prawdziwego zdarzenia przyszło nam odroczyć na 'niewiadomokiedy'.
Pierwsze śmiałe promienie słońca dały już znać o sobie, ujawniając tym samym niezauważane do tej pory ślady dziecięcych łapek na szybach, niezgrabione jesienne liście na obrzeżach rabat, plamy z błota na ganku. Wiemy, że już najwyższy czas rozprawić się z tym wszystkim i choć słońce znów zaszło za śniegowymi chmurami, świadomość otaczającego nas nieładu pozostała. Dusza aż się rwie do prac porządkowych, ukryta gdzieś głęboko wewnątrz mnie Pani Perfekcyjna bardzo chce mieć swoje pięć minut.
Zaraz się zacznie! Już na dniach naród opętany zostanie obłędem sprzątania, to nieuniknione. Już niebawem osiedlowe śmietniki wypełnią się po brzegi a wczesnowiosenny krajobraz ubarwią postaci panów trzepiących dywany i pań lawirujących ze szmatą na krawędziach parapetów okiennych. Już czuję w trzewiach pierwsze symptomy tego poruszenia, jestem gotowa na zryw porządkowy, na ten symboliczny akt rozstania z porą chłodu. Wymiatam zimę ze swej świadomości, odkurzam wspomnienie minionej wiosny i robię  naleśniki - w sosie ze świeżego szpinaku, wypchane cudowną mieszaniną ricotty i niebieskiego Lazura.




Już w zeszłym roku odkryłam jak fantastycznym wynalazkiem jest sos ze świeżego zmiksowanego na miazgę szpinaku, kojarzyć się może z pesto ale smak ma zupełnie inny. Można nadać mu gęstość zależną od osobowych predyspozycji, ja tym razem chciałam by był gęsty, gdy stosuję go do makaronu, dolewam więcej śmietanki.
Zazwyczaj szpinak wykorzystujemy na farsz, ja potraktowałam go jako okrycie wierzchnie do naleśników, wnętrze natomiast wypełniłam cudownie delikatną mieszanką ricotty i wyrazistego sera pleśniowego.  Zestaw jest niezwykle trafiony. Mamy tu kremowe wypełnienie, chrupiące, maślane naleśniki i fantastyczny sos szpinakowy z czosnkiem, który dodaje animuszu całości.
Przygotowując to danie nie możemy zbagatelizować samych naleśników, powinny być cieniutkie i bardzo delikatne. Aby uzyskać ten efekt warto dodać do ciasta nieco wody gazowanej a patelnię zamiast olejem smarować niewielką ilością masła raz na jakiś czas. Masło robi tu wielką różnicę!


składniki na naleśniki (10-12 sztuk):

2 szklanki mąki pszennej,
2 jajka ekologiczne,
szklanka mleka, 
3/4 szklanki wody gazowanej, 
sól,
cukier,
masło

składniki na sos: 

200 g szpinaku w liściach, 
filiżanka śmietanki 30%, 
ząbek czosnku,
pieprz, 
sól

składniki na farsz:

małe opakowanie serka ricotta 250 g,
50 g sera lazur,
pieprz, 
sól



Składniki ciasta naleśnikowego mieszamy w misce i smażymy na niewielkiej ilości masła. Ja lubię gdy patelnia jest jedynie delikatnie nim muśnięta, wówczas naleśniki mają fajniejszy kolor i strukturę.
Ser ricotta mieszamy z pokruszonym Lazurem, solimy i delikatnie prószymy pieprzem - farsz powinien pozostać delikatny w smaku.
Z opakowania szpinaku pozostawiamy garść liści, resztę składników sosu miksujemy w robocie kuchennym, następnie wykładamy do podgrzania na patelnię.
Naleśniki zwijamy w ulubiony sposób, najlepiej jednak tak by ciekawe wnętrze wyłaniało się ze środka, polewamy podgrzanym zielonym sosem, posypujemy liśćmi szpinaku i możemy zacząć ucztowanie. 



Niezobowiązujący, niezwykle łatwy do wykonania przepis a smak ma właściwości rozpogadzające - nie wiem, czy przekłada się to bezpośrednio na aurę ale na nastrój jedzących z pewnością.

Smacznego zatem i pogody ducha w te chmurne dni!!




środa, 27 marca 2013

rosół z bażanta i dryfujace w nim pierożki


Kwiecień plecień bo przelata, trochę zimy, trochę lata.

Nigdy to powiedzenie nie miało dla mnie takiej wymowy jaką ma w tym roku, zawsze wiązało się z pewną  obawą, tym razem zaś budzi nadzieję, bo skoro przeplata - jest szansa na choćby kilka dni bez śniegu, być może nawet na temperaturę powyżej zera, na słońce. Już niebawem 1 kwietnia liczę zatem, że miesiąc trochę namiesza w planach pogodowych i postawi na głowie długoterminowe prognozy. Zmarniałe lica obywateli domagają się słońca, entuzjazm i inicjatywa wszelka wciąż pogrążone są we śnie zimowym.
Kto by pomyślał, że pod koniec marca zapamiętale myśleć będę o rosole, kto by przypuszczał, że będę go jeść ze smakiem?




Z uwagi na wegetariańskie dzieciństwo i młodość, nigdy nie miałam okazji  przywyknąć do zup na mięsnych wywarach. Do dziś zupa na mięsie nie zyskuje mojej sympatii, jednak tym razem mój doświadczony przez zimę organizm wielkimi literami zwrócił się do mnie z prośbą o rosół. W zamrażalniku miałam jeszcze zapas bażantów upolowanych jesienią przez Maćka, wiedząc, że mięso bażancie z pewnego źródła pochodzi postanowiłam stanąć oko w oka z rosołem. Bardzo udana to była konfrontacja, pierwszy raz rosół mi prawdziwie smakował. Zupa na dzikim ma inny aromat, jest bardziej esencjonalna, konkretniejsza, pobrzmiewa w niej cała feeria aromatów - cudowna woń tymianku i mocno wyczuwalna nuta jałowca. Na etapie tworzenia rosołowego business planu stwierdziłam - w obawie przed nielubianym do tej pory smakiem, że należałoby coś fajnego do gotowego rosołu włożyć. Znalazłszy fantastyczny przepis Tomasza Jakubiaka doszłam do wniosku, że pierogi z bażancim mięsem sprawdzą się w zupie doskonale!! Odwracanie uwagi od smaku rosołu okazało się zbyteczne - był pyszny nawet w pojedynkę, niemniej dryfujące w porcji klarownej zupy żółte, pękate pierożki niewątpliwie podniosły rangę dania i zaspokoiły wzmożone zimą apetyty.





składniki na zupę przygotowaną w 5 litrowym garze:

1 bażant,
200 g łaty wołowej
6 marchewek,
3 pietruszki, 
pół selera,
1 duża cebula, 
1 mala cebula z łupinką,
1 biała część z pora,
pęczek natki pietruszki,
dwa duże suszone prawdziwki, 
kilka gałązek świeżego tymianku, 
pół łyżeczki suszonego lubczyku,
8 ziaren ziela angielskiego,
8 ziaren jałowca,
sól, 
pieprz czarny mielony,
natka pietruszki do posypania




składniki na pierożki:

2 jajka ekologiczne,
mąka pszenna, 
łyżeczka kurkumy, 
odrobina ciepłej wody





Gotowanie rosołu zaczęłam od warzyw z włoszczyzny i grzybów, którym pozwoliłam się lekko podgotować nim dorzuciłam mięso bażancie i łatę.  W momencie gdy mięso zostało zanurzone we wrzącym zupy początku wrzuciłam także przyprawy i cebule. Jedna została przeze mnie obrana a po przekrojeniu na pół mocno przypalona na suchej patelni, drugą - mniejszą zaś wrzuciłam do wywaru w całości wraz z łupiną - babcia nauczała, że łupina wyciąga z rosołu szumowiny i nadaje mu piękny kolor.  Łaknąc intensywnych aromatów, ziele angielskie i jałowiec częściowo pozostawiłam w całości ale częściowo utarłam w moździerzu - po czym taką mieszanką zasiliłam gar. W tej formie dałam zupie niemal 3 godziny na gazie, przy czym na godzinę przed szczęśliwym zakończeniem dorzuciłam natkę pietruszki w pęczku i sól. Po trzech godzinach rosół był gotowy, przecedziłam go więc na durszlaku. Mięso oddzieliłam od kości i zmiksowałam w malakserze z trzema marchewkami, grzybami z wywaru, z ząbkiem czosnku, tymiankiem i z odrobiną jałowca. Osoliłam i doprawiłam pieprzem mielonym.

Wybaczcie, że nie podam proporcji ciasta pierogowego, robiłam je na oko, byłam tak rozentuzjazmowana projektem 'rosół z bażanta', że nawet przez myśl mi nie przeszło by z aptekarską precyzją liczyć miarki. Wymieszałam wszystkie składniki w malakserze, ciasto było miękkie, łatwo ustępowało pod naporem wałka, rozwałkowałam je cienko. Na powstałym placku wykładałam małe kopczyki mięsa - tak by zagospodarować połowę placka pierogowego, następnie nakryłam kopczyki drugą częścią ciasta po czym wykrawałam pierożki za pomocą kieliszka do szampana - jego średnica nadaje się do tego wprost idealnie!!

Pierogi gotowałam w osolonym wrzątku przez 3 minuty od wypłynięcia. Wykładałam po cztery pierożki na talerz, zalałam przearomatycznym rosołem, posypałam odrobiną siekanej natki a potem już tylko rozkoszowałam się smakiem.
Teraz czekam czym kwiecień mnie zaskoczy...

sobota, 23 marca 2013

to wcale nie jest panna cotta - creme caramel w pełnej krasie



Wiem co to jest, to panna cotta!! - krzyknął entuzjastycznie mój mąż gdy deser pojawił się na stole.
Chociaż z wyglądu przypominać może swoją włoską kuzynkę, deser ten przygotowuje się zgoła inaczej. Przede wszystkim nie wymaga on dodania żelatyny, ponadto creme caramel nie tylko musi być schłodzony lecz uprzednio spędzić powinien pół godziny w piekarniku. Tym co nadaje tu ton jest zwieńczenie z karmelu - na bazie własnych doświadczeń mogę powiedzieć, że im mocniej karmel jest przepalony - tym lepiej - nie powinien nas interesować delikatnie bursztynowy, lecz intensywnie brązowy jego kolor (nie sugeruję natomiast dążenia do głębokiej czerni).
Sposób przygotowania wskazuje na jego bliższe pokrewieństwo z creme brulee, ale nie będę na tym etapie analizować za pośrednictwem jakich wpływów creme caramel był się stał po raz pierwszy, ważne, że się stał i do dziś możemy się cieszyć z jego istnienia.
W większości knajpek w których jadaliśmy przemierzając iberyjskie bezkresy menu deserowe zawierało podobne specyfiki: ryż na mleku,  mleko z cynamonem i z zanurzonym w nim ciasteczkiem oraz tytułowy creme caramel,  mimo, iż często przychodziła myśl by spróbować czegoś innego ostatecznie to zawsze on lądował przed moim nosem.




W domu robiłam go po raz pierwszy, nie do końca będąc przekonaną czy pieczenie całkiem rzadkiej masy przyniesie zamierzony efekt. Konsystencja kremu sprzed pieczenia była bardziej płynna niż ciasto na naleśniki i nie umiałam wyobrazić sobie, że po odpowiedniej obróbce pięknie zastygnie, tworząc kształtną babeczkę. Jakże ograniczoną wyobraźnię posiadam!
Nie bacząc na obawy postępowałam zgodnie ze sztuką a nazajutrz wyczekana rozkosz smaków stała się faktem. Deserowi nie miałam nic do zarzucenia. Pewnym kłopotem było bezinwazyjne wydobycie creme caramel z foremki w której się zapiekał, ale przy drugiej foremce, gdy zdołałam się zorientować jak to działa szło jak po maśle.

Nie byłabym sobą gdybym nie zastosowała w moim deserze elementu chrupiącego, stąd dodatek pistacji - jednak nie jest on dodatkiem obowiązkowym (w przypadku tych, którzy nie lubią bądź cierpią na orzechową alergię można spokojnie pominąć ten składnik :) )





składniki na 8 porcji:

karmel: 
1/2 szklanki cukru, 
 2 łyżki wody

składniki na krem:
1 szklanka śmietanki kremówki, 
1 szklanka mleka, 
laska wanilii,
4 jajka, 
2 żółtka, 
1/2 szklanki cukru




Nastawiamy piekarnik na 150 stopni. Następnie zabieramy się za przygotowanie karmelu, które polega na zmieszaniu cukru z wodą na patelni i podgrzewanie tej mieszaniny aż zrobi się brązowa.
Tak przygotowany karmel wlewamy ostrożnie do foremek do zapiekania - ja miałam sufletówki - po dwie pełne łyżki do każdego naczynka. Karmel natychmiast stężeje po kontakcie z chłodną foremką - nie należy się tym przejmować zupełnie. 
Następnie zabieramy się za sam krem. Śmietankę i mleko podgrzewamy wraz z waniliowymi drobinkami. W osobnej misce łączymy jajka, żółtka i cukier do których po chwili stopniowo wlewać będziemy podgrzaną z wanilią śmietankę. Nie wiem, czy to było bardzo mądre z mojej strony ale ja postawiłam krem na chwilę na gazie, mając nadzieję, że się delikatnie zagęści, nie zauważywszy jednak spektakularnej zmiany zdjęłam płynny krem z gazu, przelałam przez sitko i porozlewałam go grzecznie do czekających na niego sufletówek.

Foremki przykryłam folią aluminiową i wstawiłam do wysokiej blaszki wypełnionej wodą - znawcy każą creme caramel zapiekać w kąpieli wodnej. Po 30 minutach spędzonych w piecyku creme wyraźnie zmienił konsystencję na zwartą, jednak dopiero po nocy chłodzenia w lodówce był perfekcyjny.  
By wydobyć deser z sufletówki należy okroić go wokół ostro zakończonym nożem. Uwielbiam ten moment, gdy po przekręceniu foremki karmel spływa kaskadą po ściankach waniliowej, kremowej babeczki. Dla fanów creme brulee i panna cotty oto kolejny deser, w którym się rozsmakujecie i który pokochacie.

Ja zakochana jestem w nim po uszy!



poniedziałek, 18 marca 2013

roladki z indyka i suszony domowy pomidor w nich



Kończy się zima. To już fakt nieodwracalny. Bliskiego jej końca upatrywać można w bezchmurnym niebie i gwiazdach nocą widzianych, w ptasich trelach innych niż do tej pory, w topniejącym śniegu i w dłuższych popołudniach, jednak to wszystko są poszlaki. Dowód na koniec zimy jest jeden, to on każe nam być pewnym, że wiosna u bram - w spiżarni kończą się przetwory!!! 

Zima korzysta z dobrodziejstw zamkniętych w słoikach na całego - ogórki kiszone skończyły się u mnie najwcześniej, te zrobione w zalewie musztardowej też wyszły w ekspresowym tempie, po konfiturach truskawkowych ani śladu nie zostało, wiśniowej frużeliny powstałej w ramach akcji ratunkowej (miał być dżem ale owoce zbyt dużo wody puściły...) też zostały dwa słoiki na krzyż, na półce pozostało kilka sztuk ajwaru, który będzie nam służył jeszcze do jesieni, oraz jeden słoik pomidorów suszonych metodą domową. Przecier z antonówki - nie uświetni już zbyt wielu naleśnikowych porcji, nie mam już robionego ubiegłej wiosny sosu pomidorowego wg. Pani Tessy Capponi-Borawskiej. Co prawda w ostatnim czasie moją spiżarkę zasiliły maleńkie słoiczki wypełnione konfiturą z pomarańczy ale ona otwarta być może dopiero wówczas gdy upał nieznośny zapanuje i będzie można na trawniku rozkoszować się smakiem nurzanych w niej serów.





Korzystając z zawartości ostatniego słoika pomidorów suszonych, zrobiłam więc wczoraj obiad na pożegnanie zimy. Pomidory minionej jesieni robiłam po raz pierwszy, było to bodaj we wrześniu. Zakupiłam wówczas 10 kg pomidorów gruntowych za całe 10 zł - uwielbiam bazarowe przeceny - i zabrałam się za eksperyment. Dziś już wiem, że w 100% udany. Gruntowe, podłużne pomidorki mają stosunkowo niewiele pestek, za to dużo miąższu, cudownie się więc nadają do suszenia.  Słoiczków wyszło może z 10 - nie pamiętam dokładnej liczby ale starczyły mi do dzisiaj. Smak był czarujący, aromat zalewy bardzo zbliżony do kupnej. Wiem, że w tym roku kupię 30 kg pomidorów i znów zachowam je na chłodne miesiące - bardzo są tego warte!!





 Obiad  był niezwykle malowniczy - nie wiem czym tłumaczyć moją tendencję do zawijania, to już wszak drugie roladki wciągu tygodnia - skoro jednak chce mi się zawijać to nie stawiam sobie ograniczeń... Tym razem powstały więc roladki z indyka okutane grubą warstwą szynki parmeńskiej a w środku wypchane farszem z domowych pomidorów i szpinaku. Robiłam je już wiele razy wcześniej, jednak tym razem danie ma dla mnie wymowę szczególną, gdyż wraz z nim żegnam się z ostatnią porcją własnoręcznie urzeczywistnionych pomidorów w zalewie  a także z jakże nieustępliwą tego roku zimą.

Chciałam by danie było bardzo aromatyczne dlatego wraz z roladkami zapiekały się całe zęby czosnku,  gałązki rozmarynu i tłuczony pieprz. Aromatów jakie zapanowały w moim domu nie sposób opisać. Roladki wyglądają pięknie w każdej konstelacji, w formie, w pojedynkę, w całości czy też pokrojone na plastry. Zjadają je i duzi i mali, dodatek szpinaku we wnętrzu traktowany jest z pewną dozą nieufności ale w ostateczności - jako, że stanowi barwną plamę w przekroju zawiniątka zjadany jest ze smakiem nawet przez najmłodszych.




składniki na 12 roladek:
 
jeden filet z indyka ok 700 g,
12 plastrów szynki dojrzewającej, 
świeży szpinak 100 g,
12 suszonych pomidorów, 
pół główki czosnku,
świeży rozmaryn,
pieprz czarny ziarnisty,
oliwa, 
sól




Filet z indyka kroimy jak na kotlety, po czym brutalnie traktujemy tłuczkiem. Większe plastry kroimy na pół, mniejsze możemy pozostawić - roladki nie muszą być idealnie równe, jest weselej gdy nieznacznie różnią się kształtem i wielkością : ). Osolone plastry pozostawiamy na 30 minut by sól zdołała wniknąć w strukturę mięsa, możemy już wówczas włączyć piecyk by nagrzał nam się do 180 stopni. W tym czasie blanszujemy szpinak z czosnkiem i solą, kroimy także pomidory z zalewy na drobne paseczki. By farsz był gotowy wystarczy zmieszać jedno z drugim.  Na oczekujące plastry mięsa wykładamy po łyżeczce farszu i zwijamy w kształtne mniej lub bardziej roladki. Każde zawiniątko owijamy następnie w plaster dojrzałej szynki, która niczym skocz przytrzyma nam w ryzach mięso i jego zawartość.
Zapiekamy około 30 minut aż wierzch roladki się zarumieni. Podajemy z lekką sałatą lub szpinakiem po katalońsku oraz z pieczonymi ziemniakami.




Jakże zacnie potraktowane zostały moje ostatnie pomidorki!
Żal trochę, że nie starczy ich do lata jednak doświadczenie wskazuje, że ile bym przetworów nie narobiła to i tak zimą zejdzie ich większość, taką już zima ma naturę i taki apetyt w nas wyzwala.
 
 
Z życzeniami pięknej wiosny!!
                                           - Agata