środa, 3 października 2012

chińszczyzna jak z baru chińskiego


W głowie każdego miłośnika dobrej kuchni płynie rwąca rzeka kulinarnych wspomnień i zupełnie nie ma znaczenia, czy osobiście uprawia on gotowanie, czy też tylko oddaje się smakowaniu tego, co inni przygotowali. Smaki dzieciństwa? Romantyczne obrazki wyrwane z babcinej jadalni, pierwsze zachwyty i pierwsze rozczarowania kulinarne, pierwszy banan, pierwsza pizza, pierwsze danie chińskie z budki na Placu Konstytucji....Tak, i tu chciałabym się na dłuższą chwilę zatrzymać...




Jakkolwiek chińszczyzna niewiele ma wspólnego z polską tradycją kulinarną, to w przypadku każdego przeciętnego polskiego trzydziestolatka wpisała się w jego pamięć głębokim, niezmywalnym rytem. Sentyment pozostał, czy tego chcemy, czy nie. W początkach lat 90tych, gdy budy z chińszczyzną wyrasatały na każdym placu, skwerku, w zaułku miejskim, jak grzyby po deszczu wiekszość w tzw. 'przelocie' żywiła się właśnie w nich. Potem była afera z rzekomym wykorzystywaniem miejskich gołębi do produkcji kurczaka w pięciu smakach i liczba barów drastycznie zmalała. Nie płakałam, gdy tak się zdarzyło, za to teraz, po latach wspominam tamte smaki, zapachy oraz nieznośną duchotę barów z niejakim sentymentem. Ostało się kilka dobrych barów chińskich w Warszawie, ale jako, że widmo gołębia w potrawce mimowolnie nawiedza mnie gdy tylko wyczuwam zapach słodko-kwaśnej smażeniny, staram się do minimum ograniczyć korcące w nich wizyty. Postanowiłam zatem poeksperymentować z wokiem w zaciszu własnej kuchni. Przeprowdziwszy szereg mniej i bardziej owocnych prób, doszłam do perfekcji w podrabianiu chińskich dań barowych. Co ciekawe, czynię to bez użycia: przyprawy 'pięć smaków', mrożonej mieszanki warzyw na patelnię, sosu słodko-kwaśnego ze słoika, jak się okazuje nawet gołąb jest zbędny...
Chińszczyzna z baru chińskiego jest przede wszystkim słodka, nie łudźmy się, że tę słodycz uzyskuje się dzięki użyciu jakiegoś super egzotycznego chińskiego składnika - jest to najzwyklejszy biały cukier, który gra w barze chińskim rolę niepodważalną. Warzywa na woka komponujemy według własnych upodobań ale smażymy wedle ściśle określonego klucza.





Przedstawiam mój niechlubny sentyment kulinarny. Jest pyszny a odtworzony w domu nie wiąże się z żadnym ryzykiem.


składniki:

olej ryżowy,
duży ząbek czosnku, 
1 cebula,
2 marchewki, 
pół zielonej papryki,
szkalnka drobnych różyczek kalafiora
2 serki tofu, 
2 liście kapusty pekińskiej,
duża garść kiełków fasoli mung
100 g orzechów nerkowca - choć nie chińskie raczej - nie mogłam się powstrzymać :)


składniki zalewy:

kłącze imbiru wielkości kciuka - drobno utarte,
5 łyżek keczupu,
czubata łyżeczka soli,
3 łyżki cukru,
łyżeczka kurkumy,
3 łyżki sosu sojowego,
5 łyżek octu winnego białego,
3 łyżki mąki kukurydzianej,
2 szklanki bulionu - u mnie bulion domowy, dla chcących podrobić efekt w 100 % a nie mających - jak ja - awersji do glutaminianu, może być kostka rosołowa lub woda + przyprawa jarzynkopodobna

ponadto:
ryż biały


Orzechy obsmażamy na sporej ilości oleju ryżowego, wyławiamy, odkładamy na stronę, podobnie postępujemy z tofu pokrojonym w kostkę. Na pusty, naoliwiony wok wrzucamy posiekany drobno czosnek i cebulę pokrojoną w półpiórka, po minucie dorzucamy marchew pokrojoną w cienkie słupki, paprykę i drobne różyczki kalafiora. Mieszamy i pozostawiamy wszystko na dużym ogniu przez około 5 minut, po tym czasie dorzucamy orzechy i tofu po czym zalewamy całość przygotowaną uprzednio zalewą - nadmienię tu tylko, że przygotowanie zalewy polega na zmieszaniu wszystkich jej składników w miseczce. Całości dajemy kolejnych 5 minut. Na samym końcu dorzucamy kiełki i posiekaną kapustę pekińską.
Podajemy z białym ryżem. 



 
Danie uliczne zjedzone w domu też cieszy, chyba nawet bardziej. Ja odkrywszy ten sposób na chińszczyznę jestem w pełni usatysfakcjonowana, gdy chcę połechtać moje kubeczki smakowe daniem na szybko ten przepis jest naprawdę znakomity!! Dzieci też jedzą - chyba przekonuje je ta złamana słodycz. Dla entuzjastów drobiu, zamiast tofu dobrym rozwiązaniem będzie kurczak, kupiony od sprawdzonego dostawcy. Polecam tym którzy wciąż szukają sposobu na idealne danie chińskie, takie jak z budki na placu miejskim....

28 komentarzy:

  1. Pamiętam ,budy' z chińszczyzną na Pl.Konstytucji.
    Do jednej z nich ustawiały się dłuuuugie kolejki.
    Sama byłam ich klientką.
    Ale i tak wybrałabym Twoją chińszczyznę.
    Szkoda,że wtedy jeszcze nie było blogów kulinarnych...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaręczam, że ona jest bardzo podobna do tej z Placu. Spróbuj kiedyś, jak najdzie Cię ochota na chińszczyznę jak z baru... uściski!!

      Usuń
  2. Ale pycha! Aga, niech się Chińczyki schowają!Gotuj, kochana, gotuj!;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za kibicowanie mojemu kucharzeniu!!! Obiecuję, że gotować będę :) serdeczności!!

      Usuń
  3. uwielbiam takie chińskie dania..mogę jeść codziennie <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jednak częściej wybieram specjały lokalne ale na taką chińszczyznę również mam ogromną ochotę czasami - z sentymentu ale i dlatego że jest po prostu cudownie smaczna!! Dziękuję za przemiłe odwiedziny Elficzna!!!

      Usuń
  4. Co prawda jestem rocznik 89, ale też mam różne wspomnienia z takimi budami. To były pierwsze miejsca na mieście w których jadałam w wieku nastu lat (oczywiście pomijając McDonald's w którym byłam zakochana).
    Na chwilę obecną zdecydowanie wolę Twoje danie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja pamiętam czasy bardziej zamierzchłe, bo jestem dinozurem trochę :)ale budy z chińszczyzną to spory kawał polskiej gastro-historii ostatniego dwudziestolecia więc dla wielu te smaki wpiasały się nieodwracalnie w kanon najulubieńszych... Moje danie jest dość wiernym odwzorowaniem tych smaków :)

      Usuń
  5. Ale tak bez gołębia? No nie wiem, nie wiem:)

    ad. gołębia - przypomniał mi się właśnie fragment disneyowskiej kreskówki gdzie latający zły charakter gonił za bohaterami wyśpiewując mantrę "złap gołębia, złap gołębia" - to tytułem dygresji:)

    Chińszczyzna pierwsza klasa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znowu zrobiłaś mi dzień!!!! Dzięki ;)

      Usuń
    2. To był Wredniak i Bałwan ;)

      Usuń
    3. ale masz pamięć, mi ledwo majaczy ten obrazek :)

      Usuń
  6. Ze swoich smaków dzieciństwa najbardziej pamiętam pierwszą mandarynkę podzieloną na wszystkich członków Rodziny :) Można wierzyć lub nie, ale teraz nie ma już TAKICH mandarynek ;) ;)
    A swoją pierwszą chińszczyznę też oczywiście mam w pamięci. "Restauracja" właśnie tydzień temu po 15 latach zmieniła lokalizację, o czym poinformowała mnie wywieszka na odrzwiach starej, kiedy właśnie zamierzałam wstąpić i się posilić. Sentyment do "chińczyka" jest, nie da się ukryć.
    A Twoje danie, wypisz wymaluj, jakby sam Chińczyk przyrządzał! Super :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mandarynki, szczególnie te spod świątecznego chojaka to jedno z najmilszych wspomnień wigilijnych wczesnego dzeiciństwa... i ten obezwładniający zapach skórki, który długo potem zostawał na palcach...chcę do Świąt!!! A wracając do 'chińczyka', polecam Ci z ręką na sercu tę recepturę, jest bardzo trafna:) całus na weekend!!

      Usuń
  7. Dawno nie robiłam chińszczyzny, przypomniałaś mi:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to odpalaj woka i do dzieła!!!;)

      Usuń
  8. A szukałam właśnie pomysłu na jutrzejszy obiadek i zostało mi jeszcze kilka składników po tygodniu azjatyckim w lidlu, jak np. sos do dań z woka, jutro będzie okazja by go wykorzystać:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...kolejny raz sentyment do 'chińczyka' się zatem potwierdza ;)
      gdy zużyjesz swój sosik, następnym razem polecam Ci ten mój, uzyskany metodą domową i niewymagający zupełnie!!! pozdrowionka!!!

      Usuń
  9. To niesamowicie miłe uczucie wiedzieć jednak co się je.
    Nieco wysiłku i mamy wspaniałe danie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. akurat w przypadku tego dania chińskiego wysiłek ogranicza się do minimum, przygotowanie zamyka się w czasie potrzebnym na ugotowanie ryżu, przygotowanie zalewy to banał, jedyna trudność to posiekanie niezbędnych składników :) 'Wiem co jem' to też moja dewiza. serdeczności!!

      Usuń
  10. Jadlam to danie u Agi. Jest fantastyczne! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak mi miło, że wciąż pamiętasz jego smak!!
      Wspomnienia wspomnieniami, teraz trzeba zakasać rękawy i wziąć się za lepienie pierogów.. dziś szybkie danie z woka ustępuje miejsca daniom bardziej czasochłonnym. Całus!!!

      Usuń
  11. Ja robię (a najczęściej to Martik robi) wg wdrukowanego w Ha-longu (Rzeszów, Rynek) smaku z 1994 roku. Tam był kucharz Wietnamczyk. I u mnie bez glutaminianu się nie obędzie - po prostu MUSI TO BYĆ w tej "wietnamszczyżnie". A co do gołębi to jadłam rosół z gołębia (lata 70-te, byłam chora, a u Babci Broni chory zawsze dostawał rosół z gołębia, prze-pysz-ny!)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podejrzewam Marzyniu, że tamten gołąb był innej, że tak powiem maści :) dlatego służył, gołąb parkowy tudzież uliczny nie sądzę zaś by miał specjalnie uzdrawiające właściwości. Glutaminian to świętość w tamtejszej kuchni, ja nie uznaję - tak mam :)

      Usuń
  12. Mega pyszna potrawa , u mnie w wersji z piersi kurczaka z mieszanka chinska zalane Twoja zalewa a na poczatek na olej wrzucilam kawalek kory cynamonu i gwiazdke anyzu , moja rodzinka twierdzi , ze to prawdziwa CHINSZCZYZNA.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że przyczyniłam się do pysznego obiadu. Długo szukałam idealnej metody na chińszczyznę i ta mnie uwiodła, wspaniale, że Ciebie także :)

      Usuń
  13. nic wspólnego z chińszczyzną z baru

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Według mnie jest bardzo podobna. Robię często i zawsze mi smakuje. Klimat tylko inny.

      Usuń