czwartek, 18 września 2014

wężymord po polsku - przepyszny brzydal


Skorzonera to dziwne zjawisko - wygląda zupełnie niepozornie, powiedziałabym nawet, że zniechęcająco - niczym korzeń jakiejś rabatowej byliny, ciemna skórka sprawia wrażenie umorusanej w ziemi. Jest brzydka i imię ma zupełnie dziwaczne S-K-O-R-Z-O-N-E-R-A, gdzie 'rz' czyta się rozłącznie, wiedząc to z dwojga złego wolę używać nazwy alternatywnej 'wężymord' - skadinąd też niezbyt wdzięcznej. W kuchni staropolskiej wężymord był poważany, szczególną popularnością cieszył się w XIX wieku, dziś powraca do łask. Od jakiegoś czasu ów dostępny jest w Gospodarstwie Państwa Majlertów i dziś mimo pewnej obawy, zakupiłam kilka korzeni, w nadziei, że mi zasmakują. Przygotowałam je najzwyczajniej, po polsku, chociaż można z nimi różne cuda wyczyniać - zapiekać przecierać, nurzać w sosach rozmaitych. Spodziewałam się, że korzeń będzie włóknisty, miło zaskoczyła mnie cudowna, mięciutka, rozpływająca się konsystencja wężymordu i mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że nazywanie go zimowym szparagiem jest w pełni uzasadnione - wężymord to arystokrata - w brzydkim wierzchnim okryciu, ale bezsprzecznie arystokrata! Wbrew podejrzeniom nie ma nic z pietruszki, smakuje nadzwyczajnie i zaskakująco delikatnie. Będę kupować i serwować z rozkoszą!!




składniki:

0,5 kg wężymordu
łyzka soli,
łyzka cukru,
łyżka masła, 
bułka tarta

połówka cytryny do wstępnej obróbki


Wężymord obrać należy ze skórki, założywszy przedtem jednorazowe rękawiczki, bo paskudzi ręce kleista substancją. Następnie obrane, bielutkie korzonki wrzucić warto do miseczki z wodą i sokiem z cytryny by nie ściemniały. Tak przygotowaną skorzonerę gotować należy w osolonej i pocukrzonej wodzie przez kwadrans- do 20 minut. Po wyłowieniu zaś potraktować bułką podsmażoną z masełkiem.



czwartek, 28 sierpnia 2014

faszerowana dynia z River Cottage


Weszłam do wielopiętrowego wnętrza, w którym po sufit ustawione były książki, pięknie, z zamysłem - niektóre prezentujące się grzbietem inne licem, jedne głębiej inne płytko na specjalnych podstawkach. Na pierwszym piętrze z miejsca zwabił mnie dział kulinarny - ogromniasty regał pełen książek o wszystkich kuchniach świata i autorstwa najznakomitszych znawców dobrego jedzenia. Tak jak ja musiała się czuć Dorotka stojąca u wrót szmaragdowego miasta, czekając aż drzwi się otworzą i odkryją tajemnicę. Zniknęłam na dobrych kilka kwadransów, wchłonęło mnie bez reszty. Moje poczciwe dziecko usiadło pod regałem na podłodze wiedząc co się święci i cierpliwie czekało na mój powrót do 'tu i teraz'. W Wielkiej Brytanii powstają jedne z najlepszych programów kulinarnych, tutaj wydawane są najpiękniejsze, obłędnie ciekawe książki poswięcone tej tematyce, dlaczego nie przekłada się to na jedzenie w realu, dlaczego idąc ulicą czuję wyłącznie nachalny aromat podłej smażeniny? Gdzie jest to jedzenie, o którym tak pięknie się pisze tak barwnie opowiada w telewizji? Może tych książek nie kupują miejscowi, bo gdyby kupowali musieliby gotować, musieliby od kuchni wymagać więcej niż od budy z jacket potatoes. Wyszłam z księgarni po niespełna godzinie, nie bez niczego rzecz jasna, poza wynudzonym dzieckiem towarzyszyła mi obfita, pachnąca nowością książka i nieodparta chęć dorwania się do garów...




Dziś jestem z powrotem, pełna dobrej energii i chęci do działania. Gotuję krupnik, bo zatęskniliśmy naszych, najlepszych na świecie zup i piekę dynię piżmową zainspirowaną przepisem Hugh z River Cottage. Dynia pochodzi oczywiście z Gospodarstwa Rolnego Ludwik Majlert, zamiast angielskiego sera zaistniał nasz Lazur błękitny, a zwieńczył dzieło miód rzepakowy z Borów Tucholskich.
Bardzo fajny i zaskakująco sycący sposób na dynię.

piekłam na podstawie przepisu Hugh Fearnley-Whittingstalla z książki "River Cottage every day"

składniki:

1 mała dynia piżmowa,
dwie łyżeczki masła, 
ząbek czosnku,

60 g sera niebieskiego, u mnie Lazur błękitny
garść orzechów włoskich uprażonych na patelni lub w piekarniku
sól, 
kilka gałązek tymianku, 
pieprz,
łyżka miodu rzepakowego rozrobiona z odrobiną wody (dla nadania płynnej konsystencji, wszak miód ma tu stanowić glazurę)


Zaczynamy od upieczenia dyni w 190 stopniach. Należy ją przekroić i wydrążyć pestki, następnie do wgłębień włożyć masło i rozgnieciony czosnek. Dynia powinna się piec około godzinę, aż miąższ będzie miękki.  Po wyjęciu dyni z piecyka należy wydrążyć miąższ, pozostawiając delikatny margines przy skórce. W misce mieszamy dynię z posiekanymi orzechami, serem i tymiankiem, suto solimy i pieprzymy, tak przygotowaną mieszankę ładujemy do 'dyniowych naczynek' i glazurujemy płynnym miodem. Od tego momentu trzeba będzie 20 minut, aż ser się roztopi a miód delikatnie zrumieni wierzchnią warstwę potrawy. Piękne danie na pożegnanie wakacji, książka Hugh absolutnie czarująca, wygląda na to, że niebawem w ruch pójdą kolejne z niej przepisy.



poniedziałek, 18 sierpnia 2014

karczochy z czosnkiem - wykwintny banał


Oto moje tegoroczne odkrycie - absolutnie szałowe, banalne, ale wykwintne danie z karczochem w roli głównej. Gospodarstwo Państwa Majlertów oferuje w tym roku aż 4 odmiany tych cudnych jadalnych kwiatów. Mój pierwszy raz z karczochami, skądinąd niezbyt udany, miał miejsce kilka lat temu w Prowansji, gdzie za cenę wszelką chciałam jeść lokalnie. Na targach kupowałam wszystkie możliwe miejscowe specjały. O ile wiedziałam co zrobić z melonem z Cavaillon, serem Banon, lawendowym miodem, okazało się, że zupełnie nie wiem jak potraktować karczocha. Czysto intuicyjnie ugotowałam go z dodatkiem soli i cytryny, a następnie również wiedziona intuicją szukałam jadalnego miejsca w tym warzywie. Stwierdziwszy, że łuski kategorycznie nie nadają się do jedzenia, dokopałam się do zagadkowo prezentujących się włosków, je również nadgryzłam by ocenić, że są paskudne. Włosy próbowałam rwać, obcinać, wydrążać i w końcu, gdy się ich pozbyłam, oczom mym ukazał się fragment wyglądającej całkiem przyjaźnie miękkiej substancji. Zawiedziona byłam nieco, że tyle zachodu o maleńkie karczochowe serduszko, które obgotowane nie przedstawiało specjalnie interesującego smaku. Dziś wiem, że karczocha warto po ugotowaniu poddusić z dodatkiem aromatycznych przypraw lub podać z charakternym sosem, wówczas robi się z niego cudo, któremu nie trzeba nic ponad towarzystwo najzwyklejszej kromki chleba.

składniki:

15 karczochów,
5 dużych ząbków czosnku,
natka pietruszki, 
pół cytryny, 
łyżka oliwy
sól, 
dużo świeżo mielonego pieprzu, 
łyżeczka masła

Karczochy gotujemy w całości w osolonej wodzie z dodatkiem skórki z cytryny. Po około kwadransie, gdy łuski dadzą się bez kłopotu oderwać można je odcedzić i przestudzić, aby swobodnie, bez uszczerbku na zdrowiu oderwać wszystkie karczochowe łuski. W niektórych karczochach znajdziemy włoski, które należy wyciąć, w innych, po zerwaniu łusek ukaże się tuliapanowaty kształt któremu należy jedynie odciąć czubek. Ogonki w niektórych gatunkach są bardzo smaczne, w innych wstrętne, trzeba spróbować lub zapytać producenta, jak się rzecz przedstawia w danym przypadku. Tak przygotowane jadalne części karczochów kroimy na pół i wrzucamy na oliwę wraz z plasterkami czosnku, gdy tylko uwolnią się aromaty zalewamy całość odrobiną wody, solimy, pieprzymy, polewamy sokiem z cytryny i dajemy kwadrans na dojście pod przykryciem na wolnym ogniu. Tuż przed podaniem dodajemy posiekaną natkę pietruszki i masło. Serwujemy z chrupiącym chlebem. 

Czysta poezja!

na moim talerzu pysznią się odmiany Vert de Provance i Madrigal


poniedziałek, 11 sierpnia 2014

masło kurkowe - do grilla i nie tylko



Ucierane w moździerzu pesto z bazylii uwielbiam, wiele oddam za kanapkę z hummusem, nic nie sprawia mi większej frajdy niż wino różowe i tapenada z czarnych oliwek doświadczane w upale słonecznego lata, a maczanie grillowanego mięsiwa w ajwarze to nadprzyjemność, nieporównywalna z niczym. Zawsze w mojej lodowce musi znaleźć miejsce jakieś nieskomplikowane mazidło do pieczywa, jego obecność daje mi poczucie bezpieczeństwa, bo wiem, że w dowolnym momencie mogę odkroić pajdę i wysmarować ją czymś pysznym, by zaspokoić głód nim ten stanie się nie do zniesienia. W ciągu ostatnich dni z tapetu nie schodzi cudowne w swej prostocie, zawieszone w naszej miejscowej tradycji i bezsprzecznie związane z czasem letnim masło kurkowe. Jest poetycko pyszne!!  
Śpieszę zatem z przepisem, póki sezon na żółte łebki trwa, byście mogli uczynić je u siebie. Filozofia żadna, 100% przyjemności :))




składniki:

100 g kurek,
100 g masła prawdziwego,
sól, 
1 ząbek polskiego czosnku

+ obowiązkowo chleb maści dowolnej i
ewentualnie natka pietruszki do podania

nie należy przesadzać z czosnkiem, 1 ząbek jest wystarczający, większa ilość stłamsi subtelny smak kurek


Umyte i posiekane kurki wrzucamy na odrobinę masła i dajemy im czas by zmiękły na umiarkowanym gazie, raz na jakiś czas trzeba je zamieszać. Ja wraz z kurkową siekanką podsmażyłam kilka grzybków w całości by mogły ozdobić gotowe kanapeczki. W końcowej fazie smażenia posoliłam.  Potem dałam kurkom wystygnąć i blenderem ręcznym zmiksowałam je na miazgę. Tak przygotowane grzyby połączyłam ze schłodzonym masłem i zgniecionym ząbkiem czosnku, dosoliłam jeszcze odrobinę i spróbowałam... dalej nie mam słów by opisać jak charakterne ale delikatne jest to kurkowe masełko. W sam raz na wypadek wspomnianego, nieplanowanego głodu, a jeszcze lepsze do grillowanego na ogniu pieczywa. Smacznego!


wtorek, 5 sierpnia 2014

curry z krewetkami i nerkowcem - czasem słońce, czasem deszcz





Rano, zza otwartego wiecznie o tej porze roku okna, dociera mnie melodia poranka - ptasie radosne, poćwierkiwania finezyjnie splatają się z dźwiękami z sąsiedniej budowy - z pracą betoniarki,  piskliwym tonem piły kątowej i okrzykami majstrów stosujących, wyjątkowo kwiecistą odmianę języka polskiego. Niezmienny symbol pełnego lata w mojej, wciąż budującej się części Warszawy. Czas wstawać!
W taki dzień jak dziś chce mi się ugotować coś konkretniejszego, w nocy deszcz przyniósł wyraźną ochłodę, przerzedził zalegające we wszystkich zakamarkach mieszkania gęste od upałów powietrze. Dziś nie zrobię sałatki, nie zjem soczystego od sierpniowych promieni melona, dziś  ugotuję jakąś pyszną kolację, a przy tym nie odpalę na choćby sekundę nadwyrężonego wiatraka.

Padło na krewetki. Nie serwuję ich często z kilku względów. Po pierwsze uważam, że najlepsze są te jedzone z widokiem na morze, w którym zostały złowione, po drugie mam kłopot z czarnymi krewetkowymi oczami, które niepokojąco zdają się lustrować swojego oprawcę podczas posiłku.  Z kolei krewetki mrożone pochodzą zazwyczaj z miejsc, w których zarówno hodowla pozostawia wiele do życzenia, jak również w większości przypadków zasady fair trade nie są praktykowane. Zwyczajowo więc nie jem, chyba, że z widokiem na lazur  - wówczas moja uwaga skupia się na pięknie krajobrazu, nie patrzę więc w oczy Bogu ducha winnej krewetce. Dziś zrobiłam wyjątek, kupiłam krewetki mrożone - bez oczu i bez widoku na błękit fal, trudno się mówi. Dokonała się przepyszna potrawa curry z solidnym udziałem orzechów nerkowca. Podałam ją z białym ryżem i winem - również białym,  przywiezionym z chorwackiej winnicy Grabovac, którą wszystkim planującym rychłą wyprawę polecam odwiedzić. Po takim posiłku jestem gotowa na kolejną falę upałów!


w rolach głównych:

400 g mrożonych krewetek,
5 szalotek,
5 ząbków czosnku,
garść kozieradki,
garść nasion kolendry,
łyżka kurkumy, 
imbir - kawałek wielkości kciuka,
pół papryczki chili,
pieprz cayenne i suszona jalapeno do smaku,
sól, 
sok z połowy cytryny,
mleczko kokosowe 165 ml (mała puszka bez dodatku cukru) + ta sama ilość wody,
dwie garści orzechów nerkowca,
garść młodych liści szpinaku,
wyfiletowany pomidor

Entuzjaści kolendry mogą nią zastąpić szpinak. Dodatek nerkowca nie jest obligatoryjny, jednak ten zmiksowany na pył fantastycznie zagęszcza i dodaje fajnego posmaczku, jeśli więc nie cierpicie na alergię warto go dodać. Do mieszanki przypraw można też wgnieść garść kminu rzymskiego, wówczas smak staje się jeszcze bardziej wyrazisty. Ci, którzy nie są przekonani do krewetek mogą użyć podsmażonej piersi z indyka lub tofu. Opcji jest wiele. 

Procedurę zaczynamy od pokrojenia drobniutko szalotek. Na oleju należy je zeszklić, w następnej kolejności dorzucić ugniecione w moździerzu: kozieradkę, kolendrę, kurkumę, cayenne i jalapeno z czosnkiem. Ten aromatyczny miks wrzucić do cebulki, by dać się uwolnić cudnej woni. W tym też momencie dorzucamy drobno utarty imbir i posiekaną papryczkę. Bazę zalewamy mleczkiem kokosowym i tą samą objętością wody, solimy, dodajemy cytrynę i czekamy aż sos się nieco zredukuje. Gdy zgęstnieje wrzucamy oczyszczone krewetki i garść nerkowców. Dajemy im około 5 minut pobulgotać w sosie. W fazie przedfinałowej dodajemy zmiksowane na miazgę orzechy, a na końcu pozbawionego pestek, pokrojonego w kostkę pomidora i zielone liście (szpinak, pietruszkę lub kolendrę).


Danie powstaje migusiem o ile mamy pod ręką niezbędny zestaw przypraw i moździerz. Egzotyczna kuchnia świetnie współgra z gorącym klimatem.
Serdecznie zapraszam na boskie curry!!




czwartek, 31 lipca 2014

świderki z pstrągiem i moje lato w mieście


Jadę ulicami zatłoczonego miasta, niby powinno być nas mniej, bo wakacje, a jednak korki okrutne, Warszawa w budowie, bardziej stoję więc niż jadę w moim pozbawionym klimatyzacji aucie. Okna otwarte, a powietrze które przez nie wpada nie przynosi żadnej ochłody, wachluję się czerwoną szufelką - tą samą, która zimą pomaga w zgarnianiu grubej warstwy śniegu z przedniej szyby. Hektolitry potu spływają ze mnie nieustannie, a butelka wody mineralnej osiąga temperaturę bliską wrzenia w zaledwie kwadrans. Takie mamy piękne, upalne lato. Nie gotuję, jem świeże warzywa, kiedy dopada mnie nieodparta chęć zamknięcia w słoikach darów lata rozstawiam w kuchni wentylator, bo on jeden daje cień szansy na przeżycie w kontakcie z parującym garem... Co pół godziny wypełzam do ogródka by zażyć kąpieli pod zraszaczem do trawnika, wszelkie aktywności wymagające użycia mózgu pozostawiam sobie na wieczór, gdy słońce schowa się już za horyzontem. W związku z zaistniałym stanem nie mam w ostatnim czasie większych dokonań kulinarnych - heroizmem było popełnienie konfitury z 3 kg wiśni, które drylowałam ręcznie, ponieważ jak co roku zapomniałam kupić drylownicę. Zdarzył mi się jednakowoż bardzo przyjemny makaron, popełniony ot tak, z pomocą wybornego, pochodzącego z  tucholskiego łowiska pstrąga. 
Tych których niemoc ogarnia z tytułu upałów, zapraszam do stołu na szybkie danie z polskim akcentem - zwykle to łosoś ląduje w makaronie, a pstrąg, nasz rodzimy sprawdza się tutaj równie dobrze, jeśli nie lepiej. Polecam, danie powstaje raz dwa. Na upał i pod schłodzone białe winko jak znalazł!



składniki dla dwóch osób:

świderki - pół opakowania

wędzony pstrąg,
cebula, 
3 ząbki czosnku,
sok z połowy cytryny,
oliwa, 
czarny świeżo mielony pieprz,
sól, 
trzy uczciwe łyżki kaparów,
garść koperku
oraz pomidorki koktajlowe dla urody



Po pierwsze nalej sobie kieliszek białego wina. Potem, gdy gardziel ukojona zostanie przyjemnym wytrawnym chłodem, wrzuć na patelnię posiekaną drobno cebulę z oliwą, następnie czosnek i kapary, zalej wszystko cytryną, popieprz, osól, w ostatniej fazie dodaj głównego bohatera - pstrąga, pieczołowicie pozbawionego ości i przepołowione pomidorki koktajlowe. Makaron ugotuj zgodnie z instrukcją na opakowaniu, przelej zimną wodą połącz z sosem i garścią siekanego koperku. Teraz jest  ten moment w którym możesz nalać sobie drugi kieliszek wina, rozsiąść się vis a vis wentylatora lub w bliskim sąsiedztwie ogrodowego zraszacza i zacząć celebrować piękny letni posiłek.

Upały być może nieco zbyt intensywne, ale jest pięknie. Lubię moje tegoroczne lato w mieście.



środa, 16 lipca 2014

garstka chorwacko-czarnogórskich klimatów i żaby na zakąskę


Nie powiem Wam o ciepłych wodach Adriatyku, o obezwładniającej, bujnej linii brzegowej, ani o cevapcici, które po kilku dniach bokiem wychodzą, nie powiem o pachnących olejkiem do opalania tłumach sunących wraz z nurtem nadmorskich promenad, nie wspomnę o boskich marinach i wysokich górach, które wprost z morza wyrastają, powiem natomiast, co dzieje się gdy człek postanawia góry przekroczyć i zbadać jak wygląda chorwacki ląd z dala od wrzawy kurortów. Pretekstem do przekroczenia ogromnych niczym urwiska Mordoru gór było wino, a ściślej winnica Grabovac w powiecie Imotskim, którą udało mi się namierzyć za pośrednictwem internetu - w przypadku tamtejszej produkcji nie jest to takie oczywiste wcale...


winko z widokiem na Zatokę Kotorską


widok ewoluował, winko pozostało wciąż białe i dobrze schłodzone...


tam gdzie cyprysy rosną dziko - tu majestatyczny jegomość w Czarnogórze

Z Makarskiej, za góry przedostać się można w sposób lekki łatwy i przyjemny - rok temu zakończono budowę czterokilometrowego tunelu, który jest zbawieniem dla osób nienawidzących posadowionych wysoko nad poziom morza serpentyn (patrz ja). Opuszczając więc muskane morską bryzą stoki, mijając nieskończone ilości aut na czeskich, polskich, słoweńskich, rosyjskich i niemieckich rejestracjach, pokonawszy długaśny i dziwnie opustoszały tunel znajdujesz się nagle w innym świecie. Po drugiej stronie nie ma wrzawy, nie ma turystów, nie ma tandetnych kramików ani ulicznych naleśnikarni, jest za to wieś najprawdziwsza, najzwyczajniejsza, w której kot ociera się o blaszaną balustradę, gdzie starsza pani na widok samochodu wstaje od obierania kartofli (tudzież czegokolwiek innego, bo nie dopatrzyłam co to było w istocie) i serdecznie machać ręką zaczyna, w której winne nasadzenia przeplatają się z parcelami łąkowych chwastów, gdzie w domkach firanki, a w przedogródkach piękne fioletowe malwy. I ja taką Chorawcję wolę, nic nie szkodzi, że nie ma tu widoków na lazur - jest za to prawdziwość, którą lubię i jest wino Grabovac - białe Kujundzusa najpyszniejsze i jest knajpa, w której podają żaby. Wybrzeże nie oferuje żab tylko śliczne i pożądane przez masy owoce morza, grillowane warzywa i mielone mięso z grilla. W Imotskim, z widokiem na bujną łąkę i przejrzystą rzeczkę, płynącą tuż u nóg naszego restauracyjnego stolika jemy żaby - po podaniu wyglądają zupełnie niegroźnie zatopione w głębokim cieście, po przegryzieniu ukazują się w pełnej krasie. Posiłek dość makabryczny, bo żabom jedynie głów brakuje, ale po przyjęciu znaczącej porcji wspomnianego wyżej wina jem je z dużym smakiem.

Poniżej przedstawiam krótki rys gastronomiczny odbytej podróży. Zdominowały go owoce morza, plejskavica, cevapcici z ajwarem i grillowane warzywa. Najbardziej w mą pamięć zapadła oczywiście żabia uczta, ale poza nią i inne smaki przypadły mi do gustu.

Wróciłam i wiedziona jakimś szaleńczym impulsem ugotowałam barszcz czerwony, siedzę teraz i piję go na kubki. Barszcz czerwony co prawda zupełnie do upałów nie pasuje, lecz ja go mogę pić niezależnie od aury, więc choć pot po skroni spływa, łykam kolejne hausty czerwonej substancji i znów czuję całą sobą jak bardzo kocham powroty do domu. Muszę przyznać, ze barszcz deklasuje nawet panierowane żaby :)


hm...

przejrzysty strumyk płynący obok naszego stolika


gwiazda drugiego planu - kaczor, który towarzyszył nam przy posiłku

a tutaj typowe, wszem dostępne dary morza - częściowo czarnogórskiego, częściowo chorwackiego pochodzenia

to lubię najbardziej 


ser z wyspy Pag i lokalna dojrzewająca szynka


ostrygi i langustyki, których słodycz do mnie nie przemawia