czwartek, 16 maja 2013

mozzarella w szynce i pomidorach zapiekana - jest Bosko Włosko na Choszczówce!!


Ostatnie weekendy nie rozpieszczają pogodą - przynajmniej w Warszawie. Moja skłonność do czarnowidztwa każe mi być pewną, że o ile w tygodniu, spędzonym w biurze będzie ciepło, ba! wręcz upalnie, to w sobotę chmury czarne nadciągną, lunie deszcz, spadnie ciśnienie i wietrzysko nieznośne wiać zacznie. Nie inaczej sprawa się przedstawi w drugi, długi weekend majowy, kalosze będą nieodzowne, a grill będzie miał rację bytu tylko w sytuacjach z zadaszeniem...

Oto moja czarna prognoza, szczęśliwie nie mamy gwarancji, że się sprawdzi.
Mimo braku słońca i szaro-burych warunków atmosferycznych, w minioną niedzielę za sprawą transportu dwukołowego udaliśmy się całą rodziną do knajpki położonej na warszawskiej Choszczówce. Wiedziałam o tym miejscu niewiele, ale tym, co kazało mi dowiedzieć się o nim więcej była informacja o daniach z pieca opalanego drewnem. Więcej rekomendacji nie potrzebowałam, już pizza z takiego pieca daje nam gwarancję znakomitych doznań.




Głodni bylismy niemiłosiernie, więc przypuszczalnie potrawy każdej klasy okazałyby się dla nas satysfakcjonujace, jednak to co spotkało nas w niepozornym lokalu Bosko Włosko zachwyciłoby nas nawet gdybyśmy byli po czterodaniowym obiedzie. Focaccia z pieca - znakomita, pizza bezapelacyjnie przepyszna - Pepperoni z włoską ostrą kiełbasą a nie z byle podróbą salami, przecudowny makaron Alfredo, fantastyczna mozzarella zapiekana z pancettą, w gęstym, aromatycznym sosie pomidorowym. Świeże składniki, mnogość dodatków, porcje od serca, prawdziwe czarne oliwki, wyborne Prosecco. Gdy tylko posmakowałam pierwszy kęs mojego tagliatelle wiedziałam, że niczego mu nie brakuje, w tym jedzeniu była pasja, konsekwencja, było wszystko to, co każe mi wrócić tam nie raz, ani nie dwa, lecz wiele razy. Wystrój subtelny, nienachalny, nieprzestylizowany, na ścianach zdjęcia z włoskich podróży właściciela knajpy, a  właściciel przemiły, jego zaangażowanie w to miejsce widać w każdym słowie, jak również w każdym kęsie kosztowanego dania. Bez zadęcia - z miłością do jedzenia, do ludzi, do życia.  Według mnie jego oraz kucharza możnaby spokojnie ozłocić za to co robią, bo robią to bosko!! Nazwa knajpy jest więc jak najbardziej adekwatna.
Ogródek jest spory, z miejscem zabaw dla dzieci, szczególnym powodzeniem cieszy się wśród najmłodszych trampolina. W sezonie letnim gospodarz uruchomi dodatkowy piec w ogródku, tak, że goście siedzacy na zewnątrz będą mogli przyglądać się jak powstaje ich specjał.
Kończąc swoją porcję makaronu Alfredo żałowałam koszmarnie, że nie urodziłam się Włoszką, że nie dam już rady drugiemu daniu, ani deserowi ani nawet kawie. Wrócę po więcej niebawem.

Co by nawiązać, choć nieco do tematu mojego dziesiejszego wpisu posilę się na nędzny falsyfikat - nędzny nie dlatego że miłości mi brakuje czy pasji do gotowania, lecz dlatego, że póki co nie dorobiłam się pieca opalanego drewnem. Aromat dania, które zapiekało się wśród drew jest niepowtarzalny. Potraktujcie więc mój przepis jako próbę odtworzeniową, jednak daleką od ideału po ideał zapraszam do 'Bosko Włosko' - nie będziecie żałować.


składniki na dwie porcje, z czego jak się okazuje jedną trudno zjeść w pojedynkę:

150-200 g mozzarelli pokrojonej na 8 części,
8 plasterków szynki parmeńskiej, 

a na sos pomidorowy:

3 młode marchewki, 
wewnętrzna część selera naciowego wraz z nacią 1-2 gałązki, 
4 szalotki,
2 ząbki czosnku, 
kilka gałązek natki pietruszki, 
garść świeżej bazylii, 
puszka pomidorów bez skórki, 
łyżeczka cukru, 
sól do smaku, 
oliwa z oliwek


Sos pomidorowy aby był wyborny należy długo gotować, wszystkie warzywa, poza pomidorami powinny się gotować w niewielkiej ilości wody, wkładamy je do garnuszka w całości. Gdy zmiękną, dopiero dodajemy pomidory, solimy i słodzimy. Całość na wolnym ogniu powinna sobie dochodzić przez około godzinę. Warzywa miksujemy, pod koniec można dorzucić kilka listków świeżej bazylii, co ja uczyniłam z niekrytą rozkoszą :) 
Kawałki sera owijamy szynką, układamy po cztery w kokilce do zapiekania, zalewamy sosem i odrobiną oliwy. Opiekamy w temperaturze 200 stopni około 20 minut.




Muszę powiedzieć, że w warunkach tarasowych, ta domowa wersja także była dalece satysfakcjonująca, danie powinno być podane w formie gorącej przystawki, mi sie sprawdziło w roli kolacji. Nie próbowałam na siłę podrobić smaku, wręcz przeciwnie, uciekłam się do ulubionego przepisu na sos pomidorowy, gotowany z mnogością innych, poza pomidorami składników - musiałam jakoś uzupełnić niedobory tych aromatów jakie prawdziwy ogień z potraw wydobywa. Pancettę zastapiłam szynką parmeńską, bo miałam ją na stanie.
Bardzo przyjemnie mi było z tym daniem przy jednym tarasowym stole. Trzeba się w końcu nacieszyć jedzeniem na świeżym powietrzu póki deszcz nie leje :))

środa, 8 maja 2013

halibut pieczony z bazyliowym masłem, bo bazylia mi w głowie



Zielono mi w głowie, zielono mi w sercu i duszy, tak jakbym przedłużający się w nieskończoność czas zimy próbowała sobie teraz zrekompensować. Trzeci już tydzień serwuję dania na zielono, dodając do wszystkiego bazylię. Trudno, myślę, że ten stan rzeczy nie powinien mnie specjalnie niepokoić. Bazylia nie gra u mnie roli drugoplanowej, lecz stanowi o moich daniach, będąc odzwierciedleniem zielonego nastroju, tym razem zawtórowała rybie.

Rybę jadam rzadko, wszak rzadko mam dostep do prawdziwie pysznej, gdy jednak najdzie mnie na nią ochota nie umiem ugotować czegoś innego. Marzenie o rybie pływa za mną i nie chce odpuścić dopóki nie ulegnę, jak w 'Arizona Dream' ryba zawisa nade mną w najmniej oczekiwanym momencie i w najmniej oczekiwanych okolicznościach przyrody i tak wisi, nie dając spokoju. Tym razem ukazała mi się pod postacią ukochanego przeze mnie halibuta. Z miejsca wiedziałam co z tym smakowitym kąskiem zrobić, musiałam ożenić go z bazylią!!  Jako, że grill zakończył swój żywot w ubiegłym sezonie, ryba z folii, opieczona na nim nie wchodziła w grę, opierając się jednak na pewnej zacnej toskańskiej metodzie postanowiłam zapiec halibuta w papierowej kopertce - dobry to był pomysł, oj dobry!!




Przepis to czysta formalność, halibut zapieczony w kopercie z samą solą da nam gwarancję wspaniałego smaku. U mnie z uwagi na mój zielony duszy stan, musiał zaakceptować towarzystwo bazylii, a że jedno z drugim lubi się bardzo, dobrze im było razem. Halibut tłusty jest sam sobie ale ja podbiłam dodatkowo jego kaloryczność układając na nim kawałki bazyliowego masła, oprószyłam rybę skórką otartą z cytryny i osoliłam całość. Zero filozofii. 
Na moich zdjęciach widnieje płat halibuta przekrojony wzdłuż - mój filet był rozwarstwiony więc przepołowiłam go do końca w innym kierunku niż nakazuje sztuka - obeszło się bez szkody dla smaku, jednak ryba po zapieczeniu była trudniejsza w obsłudze niż gdyby kawałek był bardziej gramotny ;)
Rybę wyłożyłam na arkusz pergaminu i opakowałam jak prezent, zaginając margines wierzchniej warstwy ku spodowi - dzięki temu po upieczeniu jednym ruchem pakunek można było odpakować.






aby więc dopełnić kwestii formalnych podaję proporcje mojego dania, 
porcje dla dwóch osób:

płat halibuta 500 g - podzielony na pół,
50 g masła, 
garść bazylii, 
sól, 
nieco skórki otartej z cytryny
+
dwa arkusze papieru do pieczenia


Zgodnie z toskańską metodą, rybę wyjadamy bezpośrednio z papierowego pakunku, mojemu halibutowi wtórowały opiekane ziemniaczki i surówka z kapuchy - i tak toskańska tradycja spotkała się z polską na moim talerzu. Lubię podawać rybę z kapustą - zestaw ten przypomina mi o polskim morzu i o ukochanych borach, o pstrągu w Szczyrku, w Muszynie i o tym z łowiska złapanym przez dzieciaki 'na kija', o pani w barze gastronomicznym nad rzeką, która serwuje najpyszniejsze szczupaki i o flądrze nad Bałtykiem - którą do dziś wspomina moja córcia... 
Sentymentalne, jakże oczywiste połączenie ryby z białą kapustą za to sama ryba w niebanalnej, intrygującej szacie. Prosto, szybko i pysznie!!! 



czwartek, 2 maja 2013

cukinia i kozi twarożek w lazanii a do tego pesto - mój raj na ziemi


Jeżeli istnieje piekło, z pewnością serwują tam zupę na kostce rosołowej. 

W życiu nagrzeszyłam sporo. Słuchałam New Kids on the Block, podczas gdy reszta świata kochała się w Depeszach, jako sześciolatka nad wyraz konsekwentnie wyrzucałam tabletki antybiotyku za szafę aż do ostatniej dawki, nie przeczytałam "Nad Niemnem", spisałam cały sprawdzian od Dagmary i Łukasza (oni dostali po jedynce a ja 3+), zapytana o ulubiony film odpowiadałam bez zająknięcia, że "Królestwo" von Triera, podczas gdy tak naprawdę uwielbiałam "Króla Lwa" Disneya, spałam w grobie, wypiłam z gwinta Wino Kniaziowskie, piekłam zapiekanki na żelazku sąsiadki z pokoju, zjadłam na raz całą blachę gratin, jeździłam na obozy ze względu na serwowaną tam amerykańską frużelinę z wiśni, kosiłam trawę w niedzielę, śmiałam się na filmie "Kac Wawa"...
Grzechów pamiętam o wiele więcej, nie przypominam sobie natomiast abym kiedykolwiek ugotowała zupę na kostce rosołowej lub na bulionetce a jestem głęboko przekonana, że wobec kuchni jest to jeden z grzechów najcięższych. Czy będę więc potępiona?





Ilekroć odwiedzam supermarket nie mogę się nadziwić ile gotowców spotkać tam można, wczoraj zawiesiłam się na dłuższą chwilę nad kostkami rosołowymi, to niebywałe w ilu odmianach można wybierać: grzybowa, wołowa, z kurczaka, warzywna, ziołowa... Słowo 'smak' widać zmieniło znaczenie w ostatnich latach, bo skoro jest popyt na smak w kostce, znaczy, że cała feeria doznań zsyntetyzowała się do intensywności glutaminianu. Tym samym mogę przypuszczać, że w wielu domach zupa smakuje identycznie - bulionem w pięć minut. Zmysł smaku jakże wrażliwy zamiast ewoluować, stał się ograniczony i niewymagający - umie się nacieszyć sztuczną intensywnością a gdy jej brak, prawdziwych bodźców docenić nie potrafi. Najbardziej zaskakujący jest fakt, iż zupa bywa doprawiana kostką, choć zupełnie tego nie potrzebuje, prawdziwy bulion warzywny, mięsny lub grzybowy po dosmaczeniu traci wszystkie swe walory staje się płaski, nachalny i bardzo nieprzyjemnie przearomatyzowany. Węch też jest straszliwie skołowany. W naturze wszystko pachnie subtelniej, jest wyważone, jednak nasz nos stale konfrontowany z syntetycznymi, bądź skondensowanymi aromatami przestał odróżniać złe od dobrego. Jakże ogromne było moje zdziwienie, gdy lat temu kilka przeprowadzono na mnie test na truskawkę: był jogurt truskawkowy, serek truskawkowy, sok 'truskawkowy' z aronii aż wreszcie czerwcowa truskawka. Degustacja przebiegała w ciemno. Nie rozpoznałam owocu.




Dzisiejsze moje danie docenić może ten, który w prawdziwych smakach się lubuje, który stroni od sztucznych bulionów i sosów ze słoika. Potrawa, jaką prezentuję jest wszak nad wyraz subtelna, każdy niuans smakowy z sobie daną delikatnością splata się z resztą. Żaden nie gra tu głównej roli, zespolone są w spójną, lekką i przepyszną całość. Cukinia, kozi twarożek naturalny, beszamel i bazylia zapieczone między płatami lazanii a następnie polane domowym pesto - oto mam swój raj na ziemi. 


składniki:

2 średniej wielkości cukinie,
200 g twarożku koziego,
kilka listków bazylii,
płaty ciasta na lazanię,
beszamel, 
pesto, 
nieco sera na wierzch


składniki na beszamel:

40 g masła,
3 łyżki mąki pszennej,
600 ml mleka, 
100 g startego sera żółtego u mnie Gouda,
sól, 
gałka muszkatołowa


składniki na pesto: 

garść płatków migdałowych,
odrobina tartego twardego sera Bursztyn, Dziugas, Pecorino lub Parmezan
liście z jednego krzaczka bazylii, 
1 ząbek czosnku,
oliwa z oliwek,
sól


W moździerzu utarłam składowe pesto. Odstawiłam by smaki się "przegryzły". Cukinie pokroiłam na cieniutkie plasterki za pomocą obieraczki do warzyw, skórki nie usuwałam. Następnie zabrałam się za przygotowanie beszamelu. Masło rozpuściłam na patelni dodałam mąkę a po utworzeniu się zasmażki dolałam mleko i intensywnie zaczęłam mieszać. Gdy  sos stał się spójny i nie miał ani jednej grudeczki doprawiłam go solą i gałką a następnie dorzuciłam utarty ser Gouda. Kiedy ser się zgrabnie wtopił w strukturę sosu można było zacząć przekładanie. Dno kwadratowej formy wysmarowałam warstwą beszamelu, na nią wyłożyłam płaty lazanii (u mnie 3 na piętrze), na ciasto znów poszła warstwa sosu, następnie ułożyłam zgodnie z kierunkiem płatów cukiniowe wstęgi, delikatnie je osoliłam, oprószyłam kozim twarożkiem, bazyliowymi listkami i nakryłam beszamelem. Opisany powyżej proces powtórzyłam trzykrotnie kończąc na płacie ciasta przykrytym beszamelem. Całość spędziła 30 minut w 200 stopniach.  Lazania przed podaniem powinna chwilę odpocząć, dopiero po paru minutach ją kroimy i polewamy obłędnym zielonym pesto. Dla łasuchów, takich jak ja, rekomenduje się dodatkowo posypać wierzch dania tartym serem.




Zielona lazania z okazji maja to znakomity wstęp do najpiękniejszego czasu w roku. A zamykając klamrą to o czym na wstępie - cieszę się ogromnie, że potrafię smak prawdziwy docenić, im dłużej żyję tym bardziej do mnie trafia, że to przywilej i wcale nie taka oczywista oczywistość. 




sobota, 27 kwietnia 2013

bazyliowe ravioli w parmezanowym sosie



Ruszyło. Rzeżucha na parapecie rośnie jak szalona, zioła doniczkowe nie marnieją po tygodniu, jak to było do tej pory. Wyczekany czas właśnie trwa. Poruszenie w przyrodzie - radosne trele zza okna, bażancie skrzeki o świcie, drozdy śpiewaki, nucące do snu swoje piękne piosenki, pola zakryte folią - pod nią pewnie szparagi, a może coś innego... Jestem zniecierpliwiona i ogromnie ciekawa co pojawi się w sklepiku w pierwszej kolejności. Drzwi tarasowe otwarte są na oścież, okna od strony południowej umyte wreszcie.  Chciałoby się już sezonowej zieleniny, w sklepach czyhają co prawda pseudo-młode kapusty i ziemniaki ale wiem, że to jeszcze nie ten moment, nie daję się nabrać. W ramach obiadu korzystam więc z bujnej bazylii, która w ostatnich dniach wspaniale się rozrosła na okiennym parapecie.
Ugniatam ciasto na pierogi, pierwszy raz robię je bez użycia wody. W składzie są tylko jajka - dużo jajek, mąka i kurkuma. Pierwszy raz także pozostawiam ciasto na 30 minut w lodówce by odpoczęło. Przekonuję się, że to ma sens, bo po pół godzinie jest bardziej elastycznie, daje się rozwałkować naprawdę cienko.





składniki na ciasto:

500 g mąki pszennej,
5 jajek ekologicznych, 
łyżeczka kurkumy

składniki na farsz:

opakowanie ricotty 250 g,
pęczek bazylii,
50 g startego parmezanu,
sól,

składniki na sos:

200 ml śmietanki, 
50 g startego parmezanu,
1 cebula, 
2 ząbki czosnku,
sól






Kupiłam radełko i czym prędzej chciałam zrobić z niego użytek. Ravioli to była idealna opcja na ten eksperyment! Parapetowa bazylia ma już mnóstwo aromatu, ona zatem grała w farszu kluczową rolę, wykorzystałam pokaźną porcję z niemal całego krzaczka, zmiksowałam ją razem z ricottą, solą i parmezanem na spójną masę po czym zaczęłam zabawę z cięciem i z lepieniem.
Kształtne niezwykle pierożki gotowałam przez 5 minut w mocno osolonym wrzątku, w tym samym czasie zabrałam się za sos. Sos musiał być delikatny by nie zdominował subtelności bazyliowego farszu. Na patelni podsmażyłam średniej wielkości cebulę pokrojoną w drobną kosteczkę, następnie dorzuciłam pokrojony w plasterki czosnek a po minucie zalałam to wszystko śmietanką. Gdy tylko śmietanka zaczęła bulgotać dorzuciłam starty parmezan i delikatnie posoliłam całość.
Gotowe ravioli polałam sosem, przybrałam pomidorkami (udało mi się trafić na całkiem smaczne pomidorki z importu) i ozdobiłam liśćmi bazylii.




Danie to cudownie współistniało z atmosferą budzącego się po długim śnie świata. Smakowało wręcz bajecznie, zakochałam się w intensywnej delikatności tej potrawy. Nie ma jak domowy makaron!!!



sobota, 20 kwietnia 2013

domowy chleb tostowy



Ja i chleb - spotykamy się często przy posiłku, ale nie mam szczególnych ambicji by z dużą częstotliwoscią stawać się chleba sprawczynią. Znam dobrą piekarnię i to mi wystarcza, czasem jednak przychodzi ochota na ten zapach, który przenika swą intensywnością każdą komórkę naszej domowej przestrzeni, wówczas piekę chleb na zakwasie lub chałkę. Tym razem za namową jakże skutecznej w namowach Amber stać się miał chleb, o którego upieczeniu nigdy w życiu bym nie pomyślała - chleb pszenny na tang zhong. Jeśli chodzi o tang zhong  - nie jest to zaklęcie doktora Paj Chi Wo ani też jedna z pozycji Tai Chi, nie jest to także nazwa świetnej zielonej herbaty, jak przypuszczałam z początku. Wpisując zwrot w wyszukiwarkę wyskoczył mi Tang Taizong - waszmość bedący w siódmym wieku cesarzem Chin - zbieżność jest jak się okazuje całkowicie przypadkowa. Tang zhong ma całkowicie adekwatną nazwę, która nic nie powinna nam mówić, wszak substancja ta zupełnie jest do niczego nie podobna, jest to mazisto-kleista mieszanina podgrzanej wraz z mlekiem mąki, która po wystudzeniu robi z naszym ciastem cuda - jakim cudem, nie wiem.




Gdy padła propozycja dołączenia do zacnego grona praktykujących już od pewnego czasu koleżanek blogerek, było mi miło ogromnie, ale z drugiej strony bałam się, że sprofanuję chleb na tang zhong, że nie sprostam i że będę musiała pochwalić się niewypałem, nie pierwszy raz skądinąd. Pokornie jednak, biorąc recepturę 1:1 postanowiłam zmierzyć się z tematem. Zapraszam na chleb nie tylko do siebie lecz także do: Amber, AnkiAnny-MariiMargot, Atiny, Bożeny, Eweliny, Eweliny, Gosi, Joli, Kamili, Kaprysi, Kasi, Katarzyny, Lidii, Magdy, Magdy, Marty, Marzeny, Moniki, Mysi, Olimpii, Pauliny, Wiewiórki, Wisły.
Pierwszym wyzwaniem, poza rozszyfrowaniem rzeczonego orientalnego zwrotu, było znalezienie  w sklepie drożdży instant, które do tej pory w mojej świadomości nie istniały, drugim było kurczowe trzymanie się zapisów receptury - co zawsze wychodzi mi marnie. Delikatny problem pojawił się też przy produkcji tang zhong, kiedy to czekałam na spodziewane wiry na powierzchni substancji, masa gęstniała wypuszczając z siebie bąble powietrza niczym gejzer jednak wirować nic nie chciało. Odpuściłam zatem, wiedząc, że lada chwila zagadakowe mazidło zgęstnieje dokumentnie i zacznie się przypalać. Potem było studzenie i wyrabianie ciasta, potem wyrastanie po trzykroć i w końcu wyczekane pieczenie. Obrazki z internetu ukazujące pieczywo na tang zhong są tak piękne, że nawet przez chwilę nie liczyłam na to, że mój chlebek bedzie równie udany. Po wyjęciu go z piekarnika długo odwlekałam chwilę odkrawania pierwszej kromki. Z zewnątrz bochenek wyglądał cudnie, spodziewałam się, że od środka będzie imponująco nieudany. Wielokrotnie już przerobiłam ten zawód, gdy żytni chleb o pięknej, rumianej skórce w środku skrywał niezdatną do niczego breję. W końcu jednak, w skupieniu absolutnym chwyciłam za nóż i za sprawą zdecydowanego, bezwzględnego pociągnięcia mym oczom ukazała się perfekcyjna kromka. Tak perfekcyjna, że można by podejrzewać, że pełna jest spulchniaczy, polepszaczy, substancji nadających kształt, kolor, chrupkość i puszystość zarazem. Te wszystkie efekty specjalne jak sądzę powinnam zawdzięczać tang zhong -  o dzięki Ci tang zhong!!





składniki na chleb:


480g maki chlebowej,
30 g mleka w proszku,
40g cukru,
8 g soli,
8g drożdży instant - u mnie 7 g bo tyle było w torebeczce,
200 g mleka,
170 g thang zhong,
40 g masła ,
180 g brązowego gotowanego ryżu,niesolonego,ostudzonego,
nieco oleju


składniki na thang zhong:
30g mąki chlebowej
150g mleka

Brązowy ryż gotujemy bez soli do miękkości i studzimy.
Mleko w temp. pokojowej i mąkę mieszamy w małym garnku za pomocą trzepaczki.
Stawiamy na maleńkim ogniu i mieszając czekamy aż masa zacznię gęstnieć, wówczas zestawiamy z gazu i przykrywamy folią. Masa musi wystygnąć nim dorzucimy ją do reszty składników - element studzenia tang zhong jest ponoć nieodzowny.

W dużej misce mieszamy składniki ciasta bez ryżu i masla. Wyrabiamy 5 minut jakąś kosmiczną metodą, która z uwagi na skomplikowaną formę zupełnie nie zyskała mojej przychylności - ja wyrabiałam po prostu, bez metody żadnej. Po wskazanym czasie dodajemy masło i wyrabiamy aż ciasto zrobi się ładne i błyszczące - u mnie długo nie robiło się takie, potwornie przylegało do palców doprowadzając mnie na skraj histerii, sypnęłam więc nieco mąki na blat by podtemperować rozbisurmanioną strukturę chlebowej substancji. Efekt był natychmiastowy. W ostatniej fazie ugniatania musimy dołączyć porcję ryżu i równomiernie wgnieść ją w ciasto, nadając całości kształt kuli. Pozstawiamy tę kulę w misce wysmarowanej tłuszczem na godzinę. Moja porcja ciasta została po tym czasie podzielona na cztery równe części, które grzecznie przykryłam ściereczką i pozostawiłam tak na kwadrans. Upchnęłam te cztery części ciasta do wysmarowanej olejem keksówki a gdy po ok 30 minutach sięgnęły 90% wysokości foremki wstawiłam do piecyka nagrzanego do 190 stopni. Po 35 minutach chleb był gotowy. Wyjęłam go z formy i ostudziłam na kratkach.




Dla tych którzy przepadają za tostami, powyższy przepis będzie odkryciem sezonu. Domowe pieczywo tostowe jest niewątpliwie zdrowszą wersją kupnego a sprawdza się równie dobrze, przyznam, że nie jedliśmy go na świeżo, kromki aż się proszą by je opiec w opiekaczu lub na patelni grillowej, znakomicie się sprawdziły także jako baza pod ulubione sandwiche dzieciaków.

Teraz już nie mam wyjścia, będę piekła pieczywo na tang zhong regularnie! Dzięki Amber za wyszukanie przecudownego przepisu (tu źródło) i dziękuję innym Wspaniałym Piekarkom za wspólne pieczenie.


czwartek, 11 kwietnia 2013

falafel - danie uliczne w domu, tym razem bez ryzyka



Dania uliczne - mimo, że po wielokroć ich jakość pozostawia sporo do życzenia ulegamy im, jest w nich coś fajnego. Po zakrapianej imprezie na mieście nic nie daje większego szczęścia niż bar turecki - poczucie kulinarnego grzechu o nieprzyzwoitej porze smakuje wybornie. Za każdym razem jedzenie na ulicy wiąże się z ryzykiem - trudno nam bowiem oszacować na ile sterylnym zapleczem nasza buda dysponuje i na ile świeżych, bądź na ile nieświeżych składników użyła by przygotować to, co za chwil parę, stanie się naszą strawą. Na efekty przyjdzie poczekać. Smażone w głebokim tłuszczu specyfiki, doprawione niebywałą ilością orientalnych przypraw nie zdradzają absolutnie żadnych symptomów niezdatności do spożycia. Domawiamy jeszcze sos - dużo sosu aby rozpusta była kompletna i czujemy się szczęśliwi, bardzo szczęśliwi! Gdzieś w tyle głowy majaczy poczucie winy, które jednak szybko daje za wygraną i postanawia rozkoszować się razem z nami, a co tam, przeciez nie robi tego na co dzień!!




Pamiętam smak pierwszego ulicznego fast foodu, musiały to być wczesne lata 80-te, rzecz miała miejsce w NRD, chodziłam jak zaczarowana po tętniącym nieznanym mi życiem mieście, a gdy zaproponowano mi hot-doga, zupełnie nie wiedziałam czymże hot-dog być może. Spróbowawszy poczułam, że w małej białej budce, w nieznanej krainie odkryłam swoje Eldorado.  Jakże proste, nieopisane poczucie szczęścia mnie ogarnęło.
Potem podobne uczucie towarzyszyło mi jeszcze wiele razy, głownie na dworcach kolejowych. W latach 90-tych  dostać tam można było prawdziwie wyborne, długaśne zapiekanki - z pieczarkami i z serem. Do przygotowania zapiekanek używano opiekaczy, był to błogosławiony czas w którym nie znano jeszcze mikrofali. Szkoda, że złoty wiek dla polskich zapiekanek, minął bezpowrotnie. Przemierzając Polskę transportem kolejowym dobrze wiedziałam, gdzie warto się ustawić w kolejce po chrupiącą bułę z serem. Raz za sprawą tej wiedzy skazałam się na podróż stopem - na zapiekankę trzeba było poczekać, więc pociąg ruszył w dalszą drogę beze mnie...
W okresie liceum i podczas studiów moim ulicznym numerem jeden stał się falafel, miałam swoje miejsca, miałam też swoje zasady co do dań ulicznych -  nigdy nie umiałam chwycić porcji w garść i pognać dalej. Patrzyłam z niedowierzaniem na ludzi, wcinających kebaby w autobusach, nie umiałam uwierzyć, że taki posiałek może być satysfakcjonujący. Mi jedzenie smakuje tylko wówczas gdy mogę zjeść w spokoju, bez napięcia, przysiąść na chwil parę, odsapnąć i się podelektować - w barze musiało być więc miejsce na moje pięciominutowe sam na sam z falafelem.
Aktualnie rzadko jadam w barach ulicznych, zdarza mi się to czasem podczas wakacji, częściej funduję sobie tę przyjemność w domu. Nauczyłam się przyrządzać domowe falafele i choć nie ma w takim jedzeniu tej nutki ryzyka, jaką czujemy jedząc na mieście to i tak jest świetnie.





składniki:

200 g ciecierzycy, 
2 ząbki czosnku, 
pół łyżeczki nasion kolendry, 
pół łyżeczki kminu rzymskiego, 
natka pietruszki,
sól do smaku - ok 1 łyżeczka,


Wieczorową porą zalewamy cieciorkę wrzątkiem tak by woda całkowicie przykryła nasze ziarna. Nazajutrz odlewamy nadmiar wody, pozostawiając jej jednak nieco.Wydobywamy malakser z czeluści szafki kuchennej po czym wypełniamy go namoczoną cieciorką i zębami czosnku. Dolewamy też trochę wody pozostałej z namaczania, dzięki temu masa na falafel nie będzie się rozwarstwiać. Włączamy mikser na najwyższe obroty i czekamy aż ciecierzyca zamieni się w plastyczną masę. W moździerzu tłuczemy nasiona kolendry i pieprz rzymski, kroimy też odrobinę natki pietruszki. Przyprawy dorzucamy do naczynia miksującego, całość solimy i mieszamy raz jeszcze dokładnie.

Z powstałej masy forujemy kuleczki wielkości orzecha włoskiego, smażymy na oleju rzepakowym około 5 minut z obu stron, chyba, że ktoś dysponuje frytkownicą, wówczas przyjemność obracania go nie dotyczy ;) Ja smażę na małej patelni wlewając tyle oleju by sięgał do połowy wysokości kulek.

Falafel podajemy z jogurtem naturalnym, surówką z kapusty i z ryżem lub, jeśli ktoś woli, w domowym chlebie pita.  W tym przypadku zasada 'no risk - no fun' się nie sprawdza.









niedziela, 7 kwietnia 2013

lekcja polskiego - oberiba na gęsto



Co by było gdyby świat nie stanął na głowie? Wiosna by była! A co się jada wiosną? Sięgnijcie pamięcią do najsmaczniejszych kwietniowych i majowych wspomnień a z pewnością traficie tam na młodą kapustę z koperkiem. Gdyby wiosna wiosną była a kwiecień prawdziwym kwietniem, lada dzień moglibyśmy się raczyć najcudowniejszym z wiosennych specyfików, niestety tym razem kapuściany sezon nastanie z opóźnieniem, być może zresztą będzie to całkiem długi poślizg. Na tę niedolę znajdzie się jednak sposób - odkryłam go dziś całkiem przez przypadek.

Realizując swój blogowy projekt 'lekcja polskiego' postanowiłam rozprawić się z jakże wdzięcznie i egzotycznie brzmiącym daniem kuchni śląskiej - z oberibą na gęsto. Oberiba to kalarepka po prostu, a że warzywo to popada w zapomnienie perspektywa wskrzeszenia go we własnej a być może i w świadmości innych była jak najbardziej pokrzepiająca. Dokonując kwerendy odkryłam przy okazji, że danie to jest wpisane na listę produktów tradycyjnych i na Śląsku jest poważane niezwykle, jednak w źródłach internetowych zbyt wielu dowodów na ten fakt nie znalazłam.




Lekcje polskiego opieram w dużej mierze na 'Potrawach Regionalnych Kuchni Polskiej' Pani Szymanderskiej, skąd też pochodzi dzisiejszy przepis. Przyznam, że nie pamiętałam smaku kalarepki, rozmył się wśród zapamiętanych i z nią kojarzonych smaków białej rzodkwi i czarnej rzepy. Oberiba na gęsto wymaga duszenia - smaku gotowanej kalarepki tym bardziej nie pamiętałam, gdyż nie miałam nigdy okazji jeść jej w tej formie.
Pokrojone w słupki kalarepki rozbudziły apetyt potomstwa - co najmniej jedna trzecia słupków została schrupana nim zdążyłam włączyć gaz. Przy użyciu reszty składników zaczęłam realizować zagadkową potrawę, której smaku nijak nie umiałam sobie wyobrazić. Proces trwał cały kwadrans. Gotowe danie wygląda niezbyt wytwornie acz bardzo zachęcająco, a gdy zanurzy się w nim widelec i skosztuje dzieją się cuda! Oberiba na gęsto smakuje jak - wypisz wymaluj - młoda duszona kapusta z koperkiem.




składniki:
 
średniej wielkości cebula
2 kalarepki,
łyżka masła,
filiżanka wody,
łyżka mąki pszennej,
łyżka koperku,
sól,
dużo utartego w moździerzu pieprzu


Na ptelni rozgrzewamy masło na które wrzucamy po chwili pokrojoną drobno cebulę. Kalarepki kroimy w słupki po czym dorzucamy je na patelnię. Wlewamy wodę, doprawiamy solą i czekamy 15 minut aż warzywa będą miękkie. W ostatniej fazie dodajemy utarty pieprz, koperek i mąkę. Po kilku sekundach cząstki kalarepek połączone zostaną niewidzialnym spoiwem. Na tym proces należy zakończyć. Od razu chwytamy za widelec i choć źródła zachwalają jakoby oberiba na gęsto znakomicie akompaniowała karbinadlom i ziemniakom, mi wystarczyła w pojedynkę. Jest fenomenalna sama w sobie!



Już wiem jak zaspokoić kapuściane niedobory, Wam także polecam ten eksperyment, gdy zżerać Was będzie tęsknota za prawdziwą wiosną. Ja szaleję z zachwytu i chętnie poszłabym w świat głosić radosną nowinę o oberibie na gęsto, która w smaku do złudzenia wiosenną kapustę przypomina.