środa, 25 lutego 2015

wołowina po burgundzku





Siwiuteńka, z włosami upiętymi w kształtny koczek, lekko zgarbiona, ubrana w milutki sweter, spódnicę za kolano i przyciasne, karmelowe podkolanówki, w oprawkach pamiętających początki minionego wieku, z laską lub bez, zawsze za to w moherowym berecie. Podobna do tej z ilustracji w Czerwonym Kapturku. Pod puchową pierzyną otoczona nieskończoną ilością krzyżówek i gazet z programem, albo w kuchni, nad parującym garem gołąbków tuląca do swej obfitej piersi ukochane wnuki. Karmiąca gołębie w parku, z upodobaniem upychająca naftalinowe kulki między kolejnymi warstwami wykrochmalonych obrusów… archetypowa babunia - taką nigdy nie będę, niestety. Żadne z moich wnucząt nie będzie zasypiać w sztywnej od krochmalu pościeli, ani nie pozna zapachu naftalinowych pastylek, nie wtuli się ani razu w moherowy sweter, nie poczuje jak smakuje jajecznica jedzona srebrną, wiekową łyżeczką, nie wypije herbaty ze szklanki z koszyczkiem. Nie będzie koszyczka, nie będzie koczka, nie będzie pewnie też siwizny, babcia pójdzie z duchem czasu, będzie przedsiębiorcza i bardziej skupiona na sobie, zamieni moher na modne ciuchy dla pań dojrzałych, wsmaruje w twarz serum przeciwzmarszczkowe, wieczorem wyjdzie na spacer z kijkami, być może nawet osiedlowe gołębie będą musiały się usamodzielnić. Babcia nie będzie wyglądać jak babcia mojego dzieciństwa. Wielu rzeczy nie będzie, będzie za to obiad z deserem - spuścizna po archetypowych babuniach, ten wspaniały punkt zaczepienia, który mimo upływu czasu, mimo zmian smakował będzie wybornie - tak jak tylko u babci smakować może.

Dziś na obiad wołowina po burgundzku, kiedyś nakarmię nią wnuki, to pewne!


składniki:

1 kg udźca albo ligawy wołowej,
6 wąskich marchewek,
3 ząbki czosnku,
8 szalotek,
8 pieczarek pokrojonych na ćwiartki, lub więcej drobnych łebków, których kroić nie trzeba
flasza czerwonego wytrawnego wina ( nadmieniam, że do brytfanny wlewamy pół litra, resztę zaś w siebie, gotując…  )
puszka pomidorów bez skórki,
bulion wołowy,
pieprz świeżo mielony,
tymianek świeży i suszony - nie żałować!
2 łyżki masła,
2 łyżki mąki,




Całą procedurę rozpoczynamy od pokrojenia mięsa w centymetrową kostkę, gdy już to uczynimy, należy niezwłocznie przerzucić je na patelnię z rozgrzanym olejem. Zrumienione mięso przerzucamy do brytfanki - przy czym żeliwna będzie tu najlepszym rozwiązaniem. Marcheweczki obieramy i kroimy w kształtne talarki, dorzucamy do mięsa, zalewamy winem i bulionem - tak by przykrył wszystkie składniki. Doprawiamy pieprzem, solą i dwoma rodzajami tymianku, wrzucamy ząbki czosnku. Brytfankę przykryć trzeba pokrywką i wstawić do piekarnika nagrzanego do 160 stopni. Po 2,5 - 3 godzinach oddzielamy płyn od reszty i zagęszczamy zasmażką, w tym momencie dodajemy także pomidory (o tej porze roku zdecydowanie winny być to pomidory z puszki). Zagęszczony sos o pięknej, ceglastej barwie wlewamy z powrotem do brytfanki, dodajemy podduszone szalotki i pieczarki, a potem pieczemy całość jeszcze jakąś godzinę.

Jeść tę potrawę można i z chlebem i z kartoflami i, jak my dzisiaj, z kopytkami. Wołowina tak przygotowana malowniczo rozlewa się na powierzchni talerza, sos należy bezwzględnie zjeść do ostatniej kropelki i choć podczas tych czynności nie będziemy zachowywać się jak państwo z wyższych sfer (zlizując resztki, przechylając talerz by strużka sosu spłynęła wprost do naszej paszczy, wycierając za pomocą palca wskazującego ostatnie kropelki sosu z talerza współtowarzysza, odrywając kolejną porcję bagietki, by talerz wytrzeć do czysta itp). Nie mogę opędzić się od wspomnień z urokliwej Prowansji, gdzie w oberży Lilas, boeuf bourguignon to jedna ze specjalności, talerz wycierało się, a jakże, pajdą chleba i było to jak najbardziej w dobrym tonie.



środa, 4 lutego 2015

krem ziemniaczany z prawdziwkami - to mnie grzeje!


Samochód toczy się z zawrotną prędkością 10 km/h, toczy się i buja we wszystkie świata strony, najintensywniejszy jest ruch góra-dół, gliniaste podłoże z każdym bujnięciem wymalowuje rudawe ornamenty na szybach i żółtej karoserii. Droga jest dziurawa, z każdym nowo przebytym centymetrem czeka na nas przygoda, nigdy nie wiadomo na ile głęboka jest kałuża, której nijak ominąć się nie da. Bujanie więc nie jest jednostajne, czasem przechodzi w intensywne szarpnięcia. Kawka wylewa się z termo-kubka - nic to jednak, bo doświadczony kierowca ma na tę okoliczność przyszykowany stos arcychłonnych ręczników papierowych. Na wysokości starego dębu szarpnięcie wbija głowę w sufit. Próbując ominąć wyrwę z prawej strony wpadamy oponą w dziurę z lewej, na środku natomiast, przyjezdni z pewnością tego nie wiedzą, kałuża jest najbardziej głęboka, trzeba więc tak manewrować by do niej nie wjechać. Kłopot jest wtedy, gdy na trasie pojawi się inny uczestnik ruchu, zmotoryzowany, lub nie daj Bóg, pieszy, wówczas należy zwolnić do 5 km/h  ryzykując, że auto może ugrzęznąć tu na wieki. W tych uroczych okolicznościach przyrody nie trudno sobie wyobrazić jak auto topi się w glinie. Wyobraźnia podsuwa najczarniejsze obrazy - chcemy jak najszybciej się stąd wydostać. Wycieraczki nie nadążają ze zmywaniem błotnistej substancji z tylnej szyby ale jest światełko w tunelu - widać już zakręt, a za nim przecież czeka nas błogosławiony asfalt! 

Nie jest to bynajmniej opis trasy wiodącej przez środek kolumbijskiej dżungli, to droga miejska, nie mieszkają tu kapibary, małpy, agamy błotne jest za to sporo mieszkańców z gatunku homo sapiens, którzy o tej porze roku dzień w dzień przechodzą przez to samo. 
To także element mojej codzienności. 
W moją codzienność zimą, poza błotem, wpisana jest także zupa. Tym razem serwuję rewelacyjny krem ziemniaczany (przywiozłam go sobie z Austrii, gdzie na stoku rozgrzewał pierwszorzędnie). Zupa ziemniaczana brzmi banalnie, jednak ta podkręcona jest prawdziwkami, więc jest intensywnie grzybowa, bardzo aromatyczna.




składniki:

6 dużych ziemniaków (około 1 kg)
łyżka oleju rzepakowego,
250 -300 g pieczarek, 
4 l wywaru warzywnego, 
4 ząbki czosnku,
dwie łyżki masła,
200 g grzybów - u mnie mrożone borowiki, 
pęczek natki pietruszki, 
kilka gałązek tymianku,
pieprz, 
sól, 
bita śmietana 36% lub małe opakowanie serka mascarpone
do podania podsmażone na maśle grzanki z białego pieczywa

Zakładając że mamy już bulion warzywny, zabawę zaczynamy od obrania i podsmażenia pieczarek - nie jestem zwolenniczką ich mycia, bo absorbują wodę, wolę obierać. Smażymy na niewielkiej ilości oleju aż delikatnie się 'zbursztynią'. Ziemniaki obieramy i drobno kroimy, wrzucamy razem z pieczarkami do jednego garnka i zalewamy bulionem. Gdy kartofle będą miękkie, ręcznym blenderem miksujemy wszystko na jednolity krem, doprawiamy go natką, drobno posiekanym tymiankiem i zgniecionym czosnkiem. Główny punkt programu czyli prawdziwki smażymy na maśle - warto pozostawić je w dość dużych kawałkach. Gdy dorzucimy zrumienione prawdziwki do kremu, doprawmy zupę solą i pieprzem, ewentualnie mascarpone, o ile zrezygnujemy ze śmietany.

Zupa potrzebuje czasu by prawdziwek doaromatyzował całość, dlatego zostawmy ją w spokoju na co najmniej 2 godziny. Po tym czasie możemy przygotować grzanki z białego pieczywa, ubić śmietanę, ewentualnie pokroić dodatkową porcję natki.

Coś pysznego i wspaniale rozgrzewa w chłodne dni!


niedziela, 11 stycznia 2015

Lazania ze szpinakiem, gorgonzolą i orzeszkami piniowymi


Orkan Feliks stuka do drzwi i z uporem maniaka wyważyć chce szyby w oknach, pamiętam gdy w zeszłym roku po Polsce pałętał się imć Ksawery i szkód narobił co niemiara. Marudyzm nie ima się mnie ostatnio, ale wiatru nie znoszę nawet wówczas gdy tryskam optymizmem. Nie cieszy mnie bałtycka bryza nawiewająca do oczu nieskończone ilości mikro-ziarenek, nie cieszy kochany przez windsurferów wiatr w Zatoce Puckiej, nie korcą wyjazdy na wyspy omiatane solidnym wichrem przez rok cały, halny mnie nie cieszy, a już wietrzysko w pakiecie z marznącą mżawką jest kwintesencją całego pogodowego zła. 
Co począć? 
Boję się wychylić nos poza bezpieczne domowe ramy, gotuję a przy tym niebezpiecznie wybiegam myślami w przód. Widzę siebie rozpartą przy stole ogrodowym, z nogami bezwstydnie opartymi o blat. Wiosenne słońce rzuca światło zza mojej ulubionej brzozy tworząc impresjonistyczny rysunek na trawniku, siedzę, suszę paznokcie, słucham poćwierkiwania wróbli, piję kawkę, albo kręcę kieliszkiem - w zależności od nastroju, czasem przejedzie samochód, czasem przejdzie ktoś z sąsiedztwa, a ja siedzę, milczę i jest mi dobrze. Otula mnie ciepły, wiosenny zefirek i zapach zieleni. 

Zdecydowanie za wcześnie na takie marzenia, ale jestem bezradna wobec tego, co widzę za szybą.   Sądzę zresztą, biorąc pod uwagę okoliczności, że nie jestem osamotniona w tej tęsknocie. :) Wspomagam się wizją kolejnego sezonu i serwuję lazanię pachnącą Italią.
Na śnieg się nie obrażę, w końcu to jego czas, ale wiatr niech idzie precz skąd przyszedł!




składniki dla 4 osób:

8 płatów lazanii,
paczka mrożonego szpinaku w liściach,
opakowanie gorgonzoli,
1 duża cebula, 
4 ząbki czosnku, 
sól

beszamel:
0,5 l mleka
50 g masła,
50 g mąki,
gałka muszkatołowa, 
sól,
parmezan utarty na wierzch,
garść orzechów pinii

Lazania to danie banalne, powstaje raz dwa i można ją faszerować na milion sposobów. Niespecjalnie przepadam za klasyczną mięsno-pomidorową wersją, wolę warzywne z serowymi dodatkami. Nie trzeba płatów makaronu obgotowywać, wszak zmiękną pod wpływem beszamelu i sosu, jednak, ja lubię je zanurzyć we wrzątku na 2 minuty by stały się plastyczne. Dzięki temu gotowa lazania w przekroju wygląda ciekawiej, jest mniej regularna.

Zaczynamy od sosu szpinakowo-serowego. Drobno posiekaną cebulę delikatnie dusimy, gdy jest miękka dorzucamy czosnek w plasterkach a następnie szpinak. Przykrywamy pokrywką na 10 minut. Po tym czasie jeśli na patelni pozostał płyn, warto go odparować. W końcowej fazie dodajemy rozdrobnioną w palcach gorgonzolę i nieco soli. Beszamel przygotowujemy na drugiej patelni. Połowa sukcesu to zasmażka z masła i mąki, potem stopniowo należy ją mieszać za pomocą trzepaczki z mlekiem. Gdy sos będzie jednolity - konsystencję powinien mieć nieco bardziej gęstą niż ciasto naleśnikowe - dodajemy sporo gałki i soli. Dno naczynia żaroodpornego smarujemy warstewką masła, wykładamy pierwsze dwa lekko obgotowane płaty ciasta, na nie kolejno szpinak i beszamel. Nie trzeba się silić by szpinak ułożony był równo, szpinakowe góry i doliny fajnie zadziałają na stronę wizualną dania. Ostatni płat makaronu przykryjemy tylko beszamelem, na wierzch pójdzie już tylko tarty parmezan i orzeszki piniowe. Tak przygotowaną lazanię pieczemy 25-30 minut w 180 stopniach. 




Mimo całego mojego uwielbienia dla dań miejscowych jestem zdania, że gotowanie śródziemnomorskich specjałów zimą wpływa korzystnie na psychikę, dlatego aplikuję sobie tę przyjemność gdy tylko najdzie mnie ochota. 





poniedziałek, 5 stycznia 2015

kalafiorowe risotto i miłość w słoiku


Gdyby Stwórca poskąpił mi miłości do garów, gdybym nie była stąd, a chciałabym w Warszawie osiąść na dłużej, z pewnością byłabym słoikiem. Z lubością napełniałabym szklane i plastykowe pojemniki pysznościami przygotowanymi przez mamę, ciocię i babcię, a potem odgrzewając dobra z rodzinnych stron czułabym się kochana w nieznanym mieście. W największym słoju byłoby leczo albo gołąbki do odgrzania, w mniejszych pojemnikach pyszniłaby się sałatka jarzynowa, w ogromnym plastykowym pudełku z przegródką upakowane by były kopytka i sos mięsno-grzybowy, w półtoralitrowych zapasteryzowanych słoikach kusiłaby krwistą czerwienią najlepsza pomidorówka na świecie. Miałabym też zapas maminych przetworów zarezerwowanych na okoliczności śniadaniowe. W słoiku kryje się nie tylko strawa, ale przede wszystkim miłość, czułość i troska. Dla dzieci, które postanowiły wyfrunąć z gniazda daleko, mamy przyprawiają dania nieprawdopodobną porcją miłości. Obiad ze słoika musi smakować nieziemsko i niezaprzeczalnie służy zdrowiu. Umiem to sobie wyobrazić, bo dawniej, gdy niedomagałam, albo miałam dużo nauki, Babcia przynosiła mi obiady do odgrzania. Każdy człowiek przy zdrowych zmysłach powinien domową kuchnię cenić bardziej niż miejski, tani fastfood, a ten, który musi odnaleźć się w nowym miejscu intuicyjnie wspiera się dawką miłości ze słoika.  
W kontekście minionych świątecznych chwil i lekkiego kuchennego wypalenia, którego doświadczam życzyłabym sobie kilku słoiczków od serca.



Jeżeli jesteś słoikiem doświadczasz przywileju, którego miejscowi zaznają z rzadka, lub wcale. Niejeden patrząc tęskno na zawartość Twojej wałówki będzie wyklinał marnotę słoikowej egzystencji. Wszystko z zazdrości. Jeżeli właśnie dostrzegłeś dno zapełnionych przed kilkoma dniami pojemników  - zrób sobie risotto, będzie miłą odmianą po swojskiej, polskiej kuchni w której specjalizuje się mama.
Jeśli nie jesteś słoikiem - musisz gotować sam, nie ma wyjścia. Ugotuj sobie z tej okazji risotto i kategorycznie nie dawaj go nikomu na wynos, danie to ma rację bytu wyłącznie jedzone natychmiast.

Wpis powstawał inspirowany książką, jedną z wielu, które łyknęłam na przełomie starego i nowego roku "Zachłanni" Magdaleny Żelazowskiej to bardzo wciągająca powieść o pokoleniu słoików właśnie. Przepis natomiast podpatrzyłam u Jamiego (Włoska wyprawa Jamiego) i dostroiłam do własnych potrzeb.


składniki dla 6-8 osób (w zależności od pojemności):

jeden nieduży kalafior - ja dałam pół białego pół Romanesco
1 litr bulionu warzywnego lub z kurczaka, w sytuacjach awaryjnych nada się też woda - sprawdziłam
1/4 kostki masła,
2 ząbki czosnku, 
1 duża cebula, 
kilka łodyg selera naciowego, 
0,5 l białego wina wytrawnego (ja zawsze mam na stanie kilka win z niższej półki, ale wciąż pijalnych, specjalnie po to by doprawiać nimi sosy i risotto)
400 g ryżu Arborio
120 g parmezanu,
rozgniecione w moździerzu suszone papryczki, każdy musi sypnąć tyle ile zdoła znieść

Przy risotto trzeba być. Nie można go stracić z oczu, należy czule mieszać, doprawiać, polewać, gdy tego wymaga. Jeżeli zatem dysponujesz dwoma kwadransami i głeboką patelnią. Zaczynamy!
Rzecz rozpoczynamy przygotowując bazę pod risotto bianco na którą składa się seler naciowy, cebula i czosnek, jednak w tym przypadku czynność tę poprzedzimy podsmażeniem na łyżce masła drobno posiekanych kalafiorowych różyczek. Gdy aromaty się uwolnią, a kalafior z lekka zarumieni możemy, wrzucić wspomniane składniki bazy. Wszystko razem pozostawimy na małym ogniu na 15 minut. Po tym czasie dodajemy resztę masła i wsypujemy ryż. Gdy po chwili stanie się szklisty należy zalać go winem i mieszać by każde ziarnko zaabsorbowało odpowiednią ilość płynu, do pełnego wchłonięcia, potem czynimy to samo z bulionem, który podlewamy chochlą pozwalając na stopniowe wchłanianie go przez ryż. Przy okazji możemy delikatnie uciskać kalafiora by smaki się połączyły. Po około kwadransie ryż powinien mieć właściwą konsystencję, wówczas doprawiamy całość solą i ostrą papryczką, zdejmujemy z ognia. Kropką nad 'i'jest dodanie łyżki  masła i tartego parmezanu. Niezwłocznie po postawieniu tejże kropki i wymieszaniu wszystkiego szybciuteńko nakładamy risotto na głębokie talerze, posypujemy raz jeszcze parmezanem by było jeszcze ładniej i jemy z rozkoszą.






poniedziałek, 8 grudnia 2014

piróg biłgorajski - pyszny czy niezjadliwy ? * niepotrzebne skreslić


Mąż wgryzł się w kształtną porcyjkę upieczonego przeze mnie piroga biłgorajskiego, piroga tak kształtnego, tak równiuśkiego i tak pysznego, że cała chodziłam z poczucia dumy.  Pierwszy raz piekłam, a wyszedł jak z obrazka. Nie znoszę kaszy gryczanej, ale w nim mnie ujęła, była absolutnie czarująca, zgrabnie wtopiła się w ziemniaczano-serowe tło. Czekałam więc na jęk zachwytu nad tą nowinką kulinarną, która choć tradycyjnie polska, to zupełnie nam do tej pory nieznana… Piróg mężowi musiał przypaść do gustu, wszak on za kaszą gryczaną przepada. Wraz z pierwszym kęsem twarz mojej drugiej połowy wykrzywiła się w grymasie nie do opisania, oczy zdawały się krzyczeć - "Dlaczego mi to zrobiłaś?! i Ty przeciwko mnie?!" Jakbym oto dokonała skutecznego zamachu na subtelny, wysublimowany gust smakowy męża. Nie mogłam uwierzyć w ten zupełnie bezpodstawny sprzeciw wobec smaku pysznego, faszerowanego kaszą, serem i kartoflami placka, zdołałam więc     namówić ślubnego na drugie podejście, było tylko gorzej. Poczucie krzywdy przybrało na sile, a ja zgłupiałam. Po raz kolejny przekonałam się jak odmienne mogą być smaki. Syn nie odważył się nowego spróbować, córka zjadła, ale nie okrzyknęła dania hitem sezonu.



Piróg biłgorajski zjadłam w całości więc sama, bo smakował mi ogromnie, było to zgubne w skutkach dla mojej figury, ale trudno. Ze swojej strony mogłabym go polecić, jednak onieśmiela mnie nieco opinia bliskich. Przedstawię więc pewne sugestie, a czy piróg pyszny czy wręcz przeciwnie niech każdy kto się po moim wstępie nie boi, oceni sam we własnej kuchni.
- niechaj ci, którzy kaszy gryczanej nie lubią nie żywią zbytniej obawy przed pirogiem, nie gra tu ona pierwszych skrzypiec
- jeśli nie lubią tej kaszy wybitnie niech zamienią, tak jak ja, gryczaną paloną na niepaloną, która jest łagodniejsza
- jeśli za piróg wziąć się chcą bezglutenowcy nic nie stoi na przeszkodzie, można go zrobić bez spodniej i wierzchniej warstwy ciasta, jeżeli natomiast pirogiem zainteresuje się wegetarianin niechaj pominie dodatek boczku i zastąpi go tą samą ilością masła. Weganom nie po drodze z pirogiem, bo bez jajek i masła nie ma on racji bytu...
- piróg może nie smakować tym, którzy nie lubią tart wytrawnych i ruskich pierogów. Mój mąż szczerze nie znosi jednego i drugiego, a piróg  takie właśnie przywołał w nim skojarzenia.



Korzystałam z przepisu na najpiękniejszy piróg w internetowej przestrzeni z bloga Kamarki Every cake you bake. Wprowadziłam pewne modyfikacje - uszczupliłam ilość jaj, użyłam kaszy niepalonej i zamiast zwykłego sera białego zastosowałam resztkowe sery maści rozmaitej. Ricotta i polskie dania tradycyjne niewiele mają ze sobą wspólnego jednak, jako że kulinarny recykling cenię sobie niezwykle, połączyłam jedno z drugim - według mnie z sukcesem.



składniki:

na ciasto:

3 szklanki mąki,
200 g masła,
20 g drożdży,
szczypta proszku do pieczenia,
1 łyżeczka cukru,
1/2 łyżeczki soli,
2 łyżki kwaśnej śmietany

na farsz:

700 g ziemniaków,
500 g kaszy gryczanej - u mnie niepalona
350 g sera twarogowego - u mnie resztki przywiezionych z ekologicznego gospodarstwa twarogu i ricotty,
1 szklanka śmietany,
3 jajka,

100 g boczku pokrojonego drobno, podsmażonego wraz z wytopionym tłuszczem,
sól, 
pieprz, 


+ na wierzch 
odrobina jajka
czarnuszka

Składniki ciasta połączyłam w malakserze, bo nie lubię zabawy z wyrabianiem. Jedyne co wymieszałam oddzielnie to mieszanina śmietany, cukru i drożdży. Ciasto wyszło świetne! Kaszę miałam ugotowaną od poprzedniego dnia, odmierzyłam jej odpowiednią ilość, połączyłam z gniecionymi ziemniakami i mieszanką białych świeżych serów, na koniec wbiłam jajka, dodałam boczek, sól i pieprz. Nie dodawałam sugerowanej przez Kamarkę mięty, bo podejrzewałam niepokój (który i tak mnie nie ominął) innych potencjalnych konsumentów. Ciastem wyłożyłam dno prostokątnej blaszki, wyłożyłam na nie farsz, który przykryłam drugą warstwą rozwałkowanego uprzednio ciasta. Całość wysmarowałam jajem i posypałam czarnuszką. Piekłam 1,5 h w temperaturze 180 stopni.


W związku z tym, że niemal cały piróg zjadłam w pojedynkę przybyło mi tu i ówdzie, mając na uwadze rychłego Sylwestra i konieczność zmieszczenia się w jakąkolwiek z dostępnych w szafie sukienek, powinnam, do świąt włącznie, rzucić jedzenie. Mimo trzech dni z pirogiem sam na sam, podtrzymuję opinię, że pyszny. Wiem, że istnieją na świecie tacy, którzy się ze mną zgodzą, w moim domu innych ode mnie amatorów piróg niestety nie znalazł.


poniedziałek, 1 grudnia 2014

zielone ruskie - wyrwane z kontekstu


Chomiś po nocnym maratonie zakopuje się głęboko pod ściółką w swojej klatce, nad łebkiem tworzy nasyp z trocin, a potem godzinami odpoczywa, wychodzi tylko po to aby coś przekąsić albo dać się wyprzytulać dwunożnym domownikom. Latem i wczesną jesienią zasypiał w pozycjach dowolnych na stanowiskach nieosłoniętych, eksponowanych, a teraz kuli się w gnieździe, przykrywa ze wszystkich stron. Patrzę na to maleństwo i muszę przyznać, że nieźle to sobie wykombinowało - z miłą chęcią bym poszła w jego ślady (wyłączając maraton).
...Wymościć sobie łóżko nieskończoną ilością puchowych poduszek, obwarować stosami książek, zaparzyć Earl Greya w wiadrze najlepiej, spod kołdry wyłazić tylko na okoliczność przygotowanego przez innych posiłku i tak przeczekać chłody, ale by było cudnie! Na tydzień przed Gwiazdką obudziłby mnie z tego zimowego półsnu Michael Bolton  albo George Michael - byłabym wypoczęta, nasycona lekturą, błogo połechtana nicnierobieniem i chętna do roboty. Nie wiem jak będzie w istocie, bo zamiast zainspirowana chomisiem okopać się w sypialni robię wprawkę przed grudniowym wyrabianiem pierogów i uszek. Już chce mi się lepić więc lepię, czasu na nicnierobienie jakoś znaleźć nie mogę, a może raczej nie potrafię…
Poniższe pierogi jedynie kolor mają rewolucyjny, wnętrze jest banalne, bo ruskie. Gdy powiedziałam dzieciom, że dziś serwuję wiosenne pierogi postukały się w czoło, że matka przypuszczalnie straciła resztki rozumu  "okej, okej - pierogi nie są wiosenne wcale, jedynie kolor mają zielony" - sprostowałam.
Dobrze im ze śmietaną i koperkiem, polecam jako element jesienno-zimowej chromoterapii.



Przepis na szpinakowe ciasto pierogowe pochodzi z książki Magdy Gessler "Smaczna Polska"



składniki dla 4-5 osób:

dwie solidne garści szpinaku świeżego,
1/2 kg mąki,
2 jajka szczęśliwe,
kilka łyżek ciepłej wody do uzyskania właściwej konsystencji ciasta,
odrobina soli,

200 g sera białego półtłustego, 
200 g ugotowanych w mundurkach ziemniaków (sypkie będą lepsze od kleistych),
duża cebula, 
łyżka masła,
sól, 
pieprz,
kwaśna śmietana, 
koperek 

Zaczynamy od zmiksowania w malakserze umytego szpinaku, potem dorzucamy resztę składników, wodę pozostawiając na koniec. Gdy malakser pracuje przez górny otwór dolewamy jej tyle by ciasto miało jednolitą, dość zwartą konsystencję. Nie trzeba by odpoczęło, z miejsca można uformować z niego kulę, następnie placek i zacząć wykrawanie kółek.

Farsz do ruskich każdy robi wedle uznania. Ja mieszam ugotowane ziemniaki i ser 1:1, zwyczajowo dodaję także majeranek, którego w zielonych pierogach poskąpiłam bo kłóciłby mi się z wierzchnim koperkiem. Wystarczyły sól i pieprz, no i nieodzowna, delikatnie podduszona cebulka. Szpinak wchodzący w skład ciasta nie miał niemal żadnego wpływu na smak, za to na uciechy wizualne jak najbardziej. Pierogi gotowałam w  osolonej wodzie przez 2 minuty od wypłynięcia, po wyłożeniu na talerz polałam kwaśną śmietaną i posypałam koperkiem. 

wtorek, 18 listopada 2014

Kremowa zupa serowo-brokułowa z ranczo w Oklahomie




W epoce przedinternetowej, w dobie pierwszych fast foodów i hipermarketów odradzała się kulinarna ciekawość Polaka. Kuchnia na nowo stawała się przygodą. W ogromnych, wielobranżowych sklepach znajdował on rarytasy wcześniej nieznane - bakłażany, awokado, torty serowe z orzechami, chleby tostowe, soję czy soczewicę. Kupował, targał to do domu w nieskończonych ilościach toreb, a potem dumał, co z tym wszystkim uczynić. Inspiracji było jak na lekarstwo, knajp z dobrą kuchnią ze świecą można było szukać, zresztą wszystkie drogi i tak prowadziły do osiedlowej pizzerii albo do otwartego niedawno Mc Donalda. Zdarzało się jednak, że inspiracje przychodziły do nas same. Wobec niezwykłego urodzaju spożywczego pojawiały się nowe możliwości, do domów zapraszano prezenterów z garnkami, patelniami, wielofunkcyjnymi robotami. Prezenterzy targali ze sobą nie tylko inwentarz mechaniczny, ale również pokaźne zapasy jedzenia, które w trakcie pokazu miały zmienić się nie do poznania i nasycić gremium potencjalnych nabywców. Podczas prezentacji okazywało się jak nieświadomymi konsumentami byliśmy do tej pory, jakie zło drzemie w naszych wiekowych garnkach, jak marnotrawimy czas, który moglibyśmy miast na krojeniu marchewki spędzić czytając dziecku bajkę...
...bo przecież blender w okamgnieniu zmieli na papkę marchew i jabłko, dzięki czemu nasze niemowlę będzie szczęśliwsze, a my mniej styrane.
Od dziś za sprawą sokowirówki nasze zdrowie się polepszy, jeśli tylko zdecydujemy się na jej zakup, będziemy codziennie przygotowywać świeże soki z buraków, a one fantastycznie usuną toksyny z naszego organizmu.
Gotowanie na parze pozwala warzywom zmięknąć bez uszczerbku na zawartości witamin więc nigdy już, przenigdy nie zechcemy gotować w wodzie, nawet kartofli!
Patelnia nieprzywierająca pozwoli nam usmażyć rybę bez tłuszczu, a kosmicznie drogi mikser wart jest swej ceny, wszak nie tylko mieli i miesza ale także gotuje!
Gdy już zakupimy któryś z gadżetów, brudny sprzęt z łatwością umyjemy dzieki hiper skutecznym środkom myjącym, które pozostawią naczynia czystsze niż przed użyciem… Żyć nie umierać! We wszystkie obietnice - wiadomo - wierzyło się bezgranicznie. Mam zresztą wrażenie, że wiele z nich nie było obietnicami bez pokrycia - gotowanie na parze zrewolucjonizowało domowe menu i do dzisiaj nie wyobrażam sobie pewnych rzeczy ugotować w wodzie ( m.in.: kalafiora, brokułów, bobu, marchewki) że gotuję je przy użyciu wkładki za całe 10 zł to już inna sprawa - dawniej kompromisów nie było, albo gary o grubym dnie ze szlachetnej stali, albo jedzenie odparowane ze wszystkiego co najlepsze i kropka. Wielozadaniowy mikser, który wyniosłam z domu służy mi do dzisiaj - mąż robi w nim najpyszniejszy ajerkoniak świata, a ja regularnie, używając magicznego przycisku TURBO mielę w nim suche pieczywo na bułkę tartą, sok z buraka się nie przyjął za to z jabłek jak najbardziej (w następstwie prezentacji sokowirówka innej - 10 razy tańszej marki pojawiła się w domu). Dawniej dziedziczyło sie zastawy po babciach, ciociach i wujkach - ja otrzymałam w posagu wielofunkcyjny robot kuchenny i nieskończoną ilość wspomnień z przezabawnych i niezwykle odkrywczych jak na tamten czas produktowych prezentacji. Jedno i drugie bezcenne, na dodatek z dożywotnią gwarancją :)




Dziś mój wysłużony mikser dał radę po raz kolejny, nie miał wiele roboty, płynna zupa nie stawiała dużego oporu. Przedstawiam fantastyczny, prosty sposób na zupę - jedną z ulubionych zup boskiej Ree z Oklahomy (przepis oryginalny tutaj), od dziś niewątpliwie także jedną z moich ulubionych, konkretną, kremową zupę z cheddarem i brokułem. U Ree spadł już pierwszy śnieg w tym roku, u nas też zima u bram, więc ta propozycja będzie jak znalazł na chłody!  Polecam serwować ją w małych miseczkach lub w filiżankach - po zjedzeniu małej porcji będziemy nasyceni po uszy.


składniki:

2 spore cebule, 
50 g masła,  
1/3 szklanka mąki,
litr mleka 3,2 %,
1 duży brokuł (bez głąba, same różyczki),
gałka muszkatołowa, 
pieprz, 
sól ostrożnie,
ser cheddar 200 g,
+ ewentualnie bulion lub odrobina wody do rozcieńczenia


W ulubionym mikserze rozdrobnić cheddar. W sporym garnku zrumienić na maśle pokrojoną w drobną kosteczkę cebulę, następnie zmieszać ją z mąką i zalać mlekiem. W tym momencie zacząć intensywnie mieszać by nie porobiły się grudki. Zetrzeć gałkę i pieprz, delikatnie dosolić i wrzucić posiekane drobno brokuły. Pod przykryciem gotować zupę przez ok 20 minut, aż brokuły zmiękną. Zupa ma tendencję do przywierania zatem należy ją gotować na wolnym ogniu i małym palniku. Gdy brokuły będą miękkie zawartość garnka przelewamy do ulubionego - odpornego na wysoką temperaturę miksera, lub miksujemy blenderem ręcznym. Na sam koniec dorzucamy zmiksowany na wstępie cheddar, który pięknie doprawi całość. 
Jeśli czujesz niedobór którejś z nut smakowych, to jest moment by go wyrównać - dosól, dopieprz, dodaj gałkę… przelej zupę do filiżanek i racz się, na zdrowie!