środa, 16 lipca 2014

garstka chorwacko-czarnogórskich klimatów i żaby na zakąskę


Nie powiem Wam o ciepłych wodach Adriatyku, o obezwładniającej, bujnej linii brzegowej, ani o cevapcici, które po kilku dniach bokiem wychodzą, nie powiem o pachnących olejkiem do opalania tłumach sunących wraz z nurtem nadmorskich promenad, nie wspomnę o boskich marinach i wysokich górach, które wprost z morza wyrastają, powiem natomiast, co dzieje się gdy człek postanawia góry przekroczyć i zbadać jak wygląda chorwacki ląd z dala od wrzawy kurortów. Pretekstem do przekroczenia ogromnych niczym urwiska Mordoru gór było wino, a ściślej winnica Grabovac w powiecie Imotskim, którą udało mi się namierzyć za pośrednictwem internetu - w przypadku tamtejszej produkcji nie jest to takie oczywiste wcale...


winko z widokiem na Zatokę Kotorską


widok ewoluował, winko pozostało wciąż białe i dobrze schłodzone...


tam gdzie cyprysy rosną dziko - tu majestatyczny jegomość w Czarnogórze

Z Makarskiej, za góry przedostać się można w sposób lekki łatwy i przyjemny - rok temu zakończono budowę czterokilometrowego tunelu, który jest zbawieniem dla osób nienawidzących posadowionych wysoko nad poziom morza serpentyn (patrz ja). Opuszczając więc muskane morską bryzą stoki, mijając nieskończone ilości aut na czeskich, polskich, słoweńskich, rosyjskich i niemieckich rejestracjach, pokonawszy długaśny i dziwnie opustoszały tunel znajdujesz się nagle w innym świecie. Po drugiej stronie nie ma wrzawy, nie ma turystów, nie ma tandetnych kramików ani ulicznych naleśnikarni, jest za to wieś najprawdziwsza, najzwyczajniejsza, w której kot ociera się o blaszaną balustradę, gdzie starsza pani na widok samochodu wstaje od obierania kartofli (tudzież czegokolwiek innego, bo nie dopatrzyłam co to było w istocie) i serdecznie machać ręką zaczyna, w której winne nasadzenia przeplatają się z parcelami łąkowych chwastów, gdzie w domkach firanki, a w przedogródkach piękne fioletowe malwy. I ja taką Chorawcję wolę, nic nie szkodzi, że nie ma tu widoków na lazur - jest za to prawdziwość, którą lubię i jest wino Grabovac - białe Kujundzusa najpyszniejsze i jest knajpa, w której podają żaby. Wybrzeże nie oferuje żab tylko śliczne i pożądane przez masy owoce morza, grillowane warzywa i mielone mięso z grilla. W Imotskim, z widokiem na bujną łąkę i przejrzystą rzeczkę, płynącą tuż u nóg naszego restauracyjnego stolika jemy żaby - po podaniu wyglądają zupełnie niegroźnie zatopione w głębokim cieście, po przegryzieniu ukazują się w pełnej krasie. Posiłek dość makabryczny, bo żabom jedynie głów brakuje, ale po przyjęciu znaczącej porcji wspomnianego wyżej wina jem je z dużym smakiem.

Poniżej przedstawiam krótki rys gastronomiczny odbytej podróży. Zdominowały go owoce morza, plejskavica, cevapcici z ajwarem i grillowane warzywa. Najbardziej w mą pamięć zapadła oczywiście żabia uczta, ale poza nią i inne smaki przypadły mi do gustu.

Wróciłam i wiedziona jakimś szaleńczym impulsem ugotowałam barszcz czerwony, siedzę teraz i piję go na kubki. Barszcz czerwony co prawda zupełnie do upałów nie pasuje, lecz ja go mogę pić niezależnie od aury, więc choć pot po skroni spływa, łykam kolejne hausty czerwonej substancji i znów czuję całą sobą jak bardzo kocham powroty do domu. Muszę przyznać, ze barszcz deklasuje nawet panierowane żaby :)


hm...

przejrzysty strumyk płynący obok naszego stolika


gwiazda drugiego planu - kaczor, który towarzyszył nam przy posiłku

a tutaj typowe, wszem dostępne dary morza - częściowo czarnogórskiego, częściowo chorwackiego pochodzenia

to lubię najbardziej 


ser z wyspy Pag i lokalna dojrzewająca szynka


ostrygi i langustyki, których słodycz do mnie nie przemawia

wtorek, 24 czerwca 2014

pierogi z jagodami - najprostsze przyjemności




Moja tęsknota pozostaje uśpiona przez niemal pół roku, budzi się z zimowego snu dopiero wówczas, gdy w lasach zaczynają kwitnąć konwalie, nasila sie wraz z nieposkromioną eksplozją majowego urodzaju. Czekam niecierpliwie wypraw po pieczywo do byłego Gieesu,  następujących tuż po nich przedpołudniowych śniadań i towarzyszących im dźwięków przejeżdżającego po starym moście pociągu. Marzę by znów obierać fasolkę szparagową na drewnianym ganku, a potem gotować ją godzinami na mało wydajnej kuchence elektrycznej i o tym jeszcze marzę, by w drodze powrotnej ze spaceru kupować jak zwykle wiosenne cukierki i drugie - paskudne, pudrowe, które moi brydżowi kompani tak lubią zajadać przy robrze. Czuję motyle w brzuchu, gdy myślę o czyszczeniu maluteńkich kurek leśnych i o jajecznicy o nadprzyrodzonym aromacie. Chcę zapachu grillowanej na ogniu kukurydzy i smaku smażonego sera z kminkiem, chcę słuchać deszczu, który nigdzie tak nie brzmi jak tam, kiedy obija się o spadzisty, blaszany dach. Chcę rąk fioletowych od jagód i tego poczucia radości z każdej najprostszej, najbardziej przewidywalnej chwili. 

Dziś czekając, lepię pierogi wypchane jagodami, po takim posiłku tęsknota niewątpliwie przybierze na sile, ale lubię ją, bo wiem, że jak w każde wakacje, doczeka się spełnienia.




składniki:

200 g mąki pszennej, 
200 g semoliny, 
3 jajka szczęśliwe, 
solidny chlust wody gazowanej,

0,5 kg jagód,
cukier

do podania topione masło lub kwaśna śmietana z cukrem


Semolinę mieszam z mąką pszenną  w mikserze, dodaję całe jaja i na koniec chlust wody mineralnej. Dobre ciasto poznacie po konsystencji - powinno być plastyczne, ale spójne i stawiać spory opór pod ciężarem wałka. Jagody posypuję cukrem - moje były umiarkowanie słodkie, więc dałam go sporo. 

Ciasto rozwałkowałam, powykrawałam z niego kółeczka, a potem na każdym układałam małą łyżeczką porcję czarnych jagód. 
Zaklejałam zgodnie z pierogową sztuką i gotowałam na silnym ogniu przez 3 minuty. 
Gotowe, wciąż ciepłe polałam śmietaną zmieszaną z cukrem
Z podanych składników wychodzi 80 pierogów.


 ...są pyszne - jak wszystkie proste przyjemności!



wtorek, 17 czerwca 2014

knekkebrød - wspólne czerwcowe chrupanie


To nie mogło się nie udać! Mimo abstrakcyjnie brzmiącej nazwy i skandynawskiej proweniencji, która pozostaje dla mnie wciąż słabo zgłębiona, udało mi się sprostać zadaniu i upiec nasz czerwcowy chleb . Chleb szyty na miarę dla mnie - bo bez zakwasu, który przeto lubi mi figle płatać i bez mozolnej procedury wyrabiania, wałkowania, maglowania, które to czynności cierpliwość moją na próbę za każdym razem wystawiają. Dziś było idealnie, obyło się bez wyrabiania, bez zakwasu - ba! nawet obeszło się bez drożdży, do tego wszystkiego wypiek znakomicie wpisuje się w mój dietowy nastrój, śmiem twierdzić, choć dietetykiem nie jestem, że jego spożycie sprzyjać będzie dalszej, lawinowej utracie kilogramów no bo błonnik, otręby, naturalna miotełka dla naszego układu trawiennego i tym podobne. Sprostawszy więc wyzwaniu, zagryzam rozkoszne, wiosenne, wyszczuplające kanapeczki i myślę o tym, jak świetnie wyglądać będę już lada chwila w bikini...





Składniki:
200 ml otrębów pszennych

200 ml płatków owsianych

200 ml pestek dyni

200 ml pełnoziarnistej mąki żytniej

200 ml ziaren słonecznika
100 ml siemienia lnianego
100 ml ziaren sezamu
2 łyżeczki soli
700 ml wody






Wszystkie składniki wymieszać i odstawić na 10 minut. (Leń mną zawładnął, zatem uprościłam sobie tę i tak prostą procedurę miksując wszystkie składniki w malakserze)
Wykładamy blachę papierem i rozsmarowujemy ciasto cieniutko  równą warstwą. ( moje ciasto było dość jednolite, bo wszytko sprytnie zmiksowałam, ale z wierzchu potraktowałam je siemieniem i sezamem by było ładniej)
Wstawiamy do nagrzanego piekarnika do 150 stopni z termoobiegiem na 10 minut (u mnie bez termo, bo nie działa, górna i dolna grzałka dały radę)
Po 10 minutach wyciągamy i kroimy na prostokąty. Wstawiamy ponownie do piekarnika jeszcze na 30-40 minut.
Wyciągamy i odstawiamy do wystygnięcia – po ostygnięciu stwardnieje.
Najlepiej przechowywać w szklanym lub ceramicznym pojemniku z przepuszczalną pokrywką.

Mój chrupki chlebek potraktowałam wszystkim, co miałam pod ręką. Stworzyłam sobie wiosenną rozpustę na śniadanie - były szparagi, przepiórcze jajko, rzodkiewki, Philadelphia, zioła, młody bób i piękne słońce za oknem. Oby tak dalej! Jutro powtarzam tę przemiłą poranną sytuację.
Sceptyków (ja też do nich należałam, bo za chrupkim pieczywem nie przepadam) zachęcam do wypróbowania tej arcyprzyjemnej, bezinwazyjnej receptury, zapraszam także na wnikliwe przestudiowanie blogów pozostałych uczestników chrupiącej czerwcowej piekarni! Oto one:


Smacznego :)







czwartek, 12 czerwca 2014

Eton Mess - każdy ma taki deser na jaki zasłużył...




Wszystko zaczęło się od białek, które od pewnego czasu misternie były przeze mnie zbierane do zamykanego pudełeczka w zamrażarce. Z każdym zużytym do sosu holenderskiego żółtkiem, przy każdym lemon curd, ilekroć robiłam bajeczny domowy makaron jajeczny - a robię go nader często - białko lądowało w zbiorczym pojemniku. Planowanym finałem dla kosmicznej liczby białek miała być wielka niczym słoń Pavlova, podana na jakiejś tłumnej imprezce, Pavlova miała być tyleż ogromna, co idealna  i wszyscy zgromadzeni mieli jęknąć z zachwytu na jej widok...
Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy na wpół rozmrożone białka odkryłam dnia któregoś spoczywające na kuchennym, mocno nasłonecznionym blacie... pomyślałam więc o Pavlovej, ale jako, że aktualnie dręczę się dietą nie był to pomysł najlepszy. W ramach ocalenia arsenału białek popełniłam więc całkiem niegroźne beziki, które zamknąć można przecież w szczelnej puszeczce i zapomnieć o ich istnieniu na czas jakiś. 





Wbrew przypuszczeniom beziki nie dały o sobie zapomnieć, do dziś pozostało ich zaledwie kilka, jednak ja - przysięgam - nie zjadłam ani jednej. Pozostałam obojętna (pozornie acz skutecznie), popijając koktajl z banana i truskawek. Dzieciom serwowałam bajeczny Eton Mess - angielski warstwowy deser z kruszoną bezą, bitą śmietaną i owocami. Coby było im jeszcze przyjemniej, w deserze znalazły swoje miejsce także lody śmietankowe, warstwy następowały naprzemiennie - kruszonej bezy nie należy żałować! Eton Mess jest chwalony, robię go już któryś dzień z rzędu, bezy znikają.  
Cóż, zaczynam więc znów kolekcjonować białka...



składniki na bezę:

białka,
cukier puder

(na 6 białek - 300 g cukru pudru)

+
truskawki krojone i miksowane,
bita śmietana z odrobiną cukru pudru,
lody

lub w wersji dla nieposiadających białek, lub czasu, lub ochoty na suszenie - gotowe bezy z cukierni


Wobec braku wiedzy na temat faktycznej liczby białek ustalenie właściwych proporcji odbywało się na oko. Powyższe proporcje są jednakowoż sprawdzone więc podaję, jeśli ktoś natomiast jest w posiadaniu niepoliczonej liczby białek w zamrażalniku, należy badać konsystencję piany, a robi się to tak:
Zaczynamy od ubijania mikserem samej piany bez cukru. Gdy będzie już sztywna, stopniowo dosypujemy cukier puder miksując, aż piana stanie się lśniąca i ciągnąca. 
Papier do pieczenia smarujemy niewielką ilością oleju, a następnie wykładamy zgrabne kopczyki z piany tworząc u góry zawijas. Wkładamy blachy z kopczykami do piekarnika nagrzanego do 100 stopni, gdzie suszyć się będą przez ok 3 godziny. Po wyjęciu bezików dajemy im ostygnąć na kratce, a potem chowamy do zamkniętego pojemnika.



Eton Mess udokumentowałam, polecę za sprawą rekomendacji gości i potomstwa, ze swojej strony mogę za to polecić miksowanego z truskawkami banana :)

A Wy? Zasłużyliście sobie na Eton Mess?




poniedziałek, 2 czerwca 2014

estragonowa tarta z białymi szparagami




Była niesamowita. Przychodziła do mnie co najmniej raz w tygodniu i opowiadała o swoich nowych kulinarnych odkryciach. Ja zresztą nie pozostawałam jej dłużna, gdy tylko zdarzyło mi się w kuchni coś niezwykłego śpieszyłam, by jak najszybciej jej o tym donieść. Przybiegała do mnie i od progu z nieposkromioną radością oznajmiała, że oto kupiła niespotykaną odmianę pomidorów, że skorzystała ze znalezionego w 'Chwili dla Ciebie' rewelacyjnego przepisu na zapiekankę warzywną i, że rzecz jasna jedno i drugie przytargała dziś dla mnie bym mogła podzielić jej entuzjazm. Była otwarta na nowe, z rozkoszą eksplorowała tajniki kuchni dalekich, na jej stole obok dań codziennych pyszniły się rarytasy pozornie wyrwane z kontekstu, a znakomicie oddające jej naturę i ciekawość świata. To ona pierwsza powiedziała mi o szparagach, to ona nakarmiła mnie zupą z białych łebków - była to zupa finezyjna, kremowa, zagęszczona płatkami ryżowymi, kremówką i ubarwiona dużą ilością świeżego koperku. Z lubością i sentymentem wracam do tej zupy, zawsze gdy sięgam po biały pęczek cofam się myślami do naszych chwil i do tej radości ze wspólnego odkrywania. 

Dziś sięgnęłam po białe łebki pierwszy raz w tym roku i usadowiłam je na tarcie z mocnym estragonowym akcentem. Estragon suszony dodał charakteru ciastu, świeży natomiast dopełniał smak zalewy serowo-jajecznej, sama nie wiem, kto jest bohaterem pierwszoplanowym tego dania - szparag i estragon równie intensywnie zaznaczają tu swą obecność.  
Piękne, delikatne danie, piękne aromaty, piękne wspomnienia. 




składniki:

na spód

dwie szklanki mąki pszennej,
150 g masła, 
łyżka suszonego estragonu,
jedno jajko, 
łyżeczka soli


pęczek białych szparagów lub 15-20 białych łebków na wagę
100 ml śmietanki kremówki
100 g tartego Emmentalera
3 jajka,
cebula,
pieprz, 
sól, 
gałka muszkatołowa,
świeży estragon


Zagniotłam ciasto na tartę - masło miałam niemiłosiernie twarde więc je starłam na grubych oczkach tarki, dosypałam mąkę, sól, dodałam jajo i estragon po czym maglowałam w łapkach do uzyskania kształtnej kulki (gdy ciasto jest mało plastyczne można dodać łyżkę kwaśnej śmietany). Sztuka nakazuje schłodzić przygotowane ciasto, ale nie miałam ochoty czekać, więc z miejsca wyściełałam nim formę do tarty. Ponakłuwałam delikatnie i wstawiłam do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni na 15 minut. Gdy spód się rumienił ugotowałam szparagi - białe potrzebują 8-10 minut, jako, że miały być poddane dalszej obróbce cieplnej wyłowiłam je niedogotowane i przelałam zimną wodą. Na patelni podsmażyłam pokrojoną drobno cebulkę. W misce wymieszałam jajka, świeży estragon, śmietankę i utarty Emmentaler, cebulę, posoliłam, doprawiłam gałką muszkatołową. Gdy spód był rumiany wyjęłam go, udekorowałam białym szparagami, a na koniec wszystko zalałam czekającą w miseczce masą. Tarta wróciła do piekarnika, potrzebowała 25 minut by stać się idealna.





wtorek, 20 maja 2014

truskawkowa charlotte


Leżę. Oczy mam zamknięte, bo wolę nie patrzeć. Wokół zgliszcza. Odsunąwszy stertę prezentowych toreb leżę rozpłaszczona na ulubionej kanapie. W plecach czuję przeszywający ból, więc leżę by ukoić styrane kręgi. Z kuchni dobiega mnie melodia pracującej już od wielu godzin zmywarki. Otwieram jedno oko by ocenić skalę czekającego mnie przedsięwzięcia - po chwili zamykam je znowu i leżę. Jeszcze nie jestem gotowa. Brudne gary nie uciekną. Nie wabi mnie wcale wciąż stojąca na stole patera z ciociną karpatką ani maminą pyszną szarlotką, nie kusi brytfanna w której zrazy pojedyncze się były ostały. Przypuszczalnie nie tknę jedzenia przez najbliższe stulecie, nie dlatego, że się objadłam do nieprzytomności, lecz dlatego, ze zwyczajnie przedawkowałam kuchnię...  Leżę, ledwo żyję i czuję, że przepełnia mnie niewymowne szczęście porównywalne przypuszczalnie ze szczęściem maratończyka, który dobiegłszy do mety ma ochotę skakać z radości pod niebiosa. Ja nie skaczę, lecz leżę i nie wiem kiedy wstanę, kiedy coś ugotuję, bo na chwilę obecną wydaje mi się, że od teraz będę stołować się u innych. Odessanie z energii jest jednak tylko pozorne, doświadcza go wyłącznie moja powłoka - duch się cieszy, pozytywnie naładowany poprzez obcowanie z bliskimi.




Skoro w najbliższym czasie planuję nie gotować (jakkolwiek nieprawdopodobna wydaje się moja deklaracja i mało realna, biorąc pod uwagę wilczy apetyt współdomowników) podzielę sie z Wami charlotte, którą przygotowałam na przedwczorajszą okoliczność rodzinną. Wyszła przepiękna i przedelikatna, była także znakomitym pretekstem do zainaugurowania sezonu truskawkowego. Przewiązana kremową wstążką wspaniale wpisywała się w charakter przyjęcia - polecam na chrzciny, komunie i wesela. Charlotte uwiodła mnie w książce Rachel Khoo, gdzie zdobiły ją kwiatowe płatki w cukrze, jednak nie skorzystałam z jej przepisu, postawiłam na improwizację i jestem zadowolona.


składniki:

kocie języczki,
dwa opakowania mascarpone 500 g
400 ml śmietanki 36%,
cukier puder - u mnie skromna ilość,
400-500 g truskawek,
laska wanilii,
4 łyżeczki żelatyny rozpuszczone w połowie szklanki wody,
owoce, kwiaty i liście mięty bądź melisy na szczyt charlotte





A zrobiłam to tak ;)
Zaczęłam od konstrukcji z herbatników. Dno tortownicy  ( o 20 cm średnicy) przykryłam papierem do pieczenia, następnie zamknęłam obręcz, potem należało ułożyć płotek i dno z biszkoptów.
Żelatynę rozpuściłam w gorącej wodzie, a następnie wzięłam się za ubijanie śmietany. Cukier puder, mascarpone i wanilię dodałam gdy śmietana była już dość sztywna. Do połowy masy wblendowałam garść truskawek. Na sam koniec w oba kremy wmieszałam przygotowaną wcześniej żelatynę. Masę różową wyłożyłam na biszkoptowe dno, potem utworzyłam pięterko z plasterków truskawek i drugą - białą warstwę kremu.  Zwieńczeniem charlotte były truskawki w całości, przepołowione i małe morelki. Charlotte chłodziła się całą noc.
Tuż przed podaniem dodałam miętę i bratki, oprószyłam ciasto cukrem pudrem, uwolniłam z obręczy i przewiązałam kremową wstążką. Wnętrze się nie rozjeżdżało, delikatny róż i biel wyglądały pięknie w przekroju, konsystencja mojej wersji była tortowa, ale można ją nieco usztywnić dodając więcej żelatyny, by uzyskać coś na kształt sernika na zimno. Bardzo fajny zamiennik dla tortu! A a propos tortów - taki klasyczny też powstał ( na wypadek gdyby eksperymentalna charlotte nie wyszła :)). Bratki bardzo ładnie prezentują się na białym śmietankowym tle.





piątek, 9 maja 2014

suflet ze szparagami i serem szwajcarskim z Grzybowa




Jest takie miejsce w mazowieckim, do którego wrócić od dawna chciałam. Gdy byłam w nim po raz pierwszy z grupą przedszkolnych dzieciaków, zamarzyłam by w przyszłości zabrać tu własne pociechy. Rzecz się ziściła w tym tygodniu.
Gospodarstwo ekologiczne Państwa Ewy i Petera Stratenwerth to nie tylko cudowna, dziewicza okolica, nie tylko zwierzaki i świetne produkty, ale także i przede wszystkim eko-edukacja.  Dzieciaki uczą się rozróżniać gatunki zbóż, przesiewać mąkę, wyrabiać chleb, słuchają fascynujących opowieści o owadach, obserwują jak wygląda gniazdo trzmiela od wewnątrz, robią świece z pszczelego, pachnącego wosku, wąchają zioła, uczą się o ich właściwościach, sadzą drzewa, tworzą śliczniutkie wycinanki, z zaciekawieniem oglądają grill słoneczny i zachłystują się urokiem wsi bez końca.
Kolejny raz przywiozłam z Grzybowa wspaniałe wspomnienia, przywiozłam także fantastyczny chleb razowy wyrabiany na miejscu już od ponad 20 lat oraz przepyszny dwumiesięczny ser szwajcarski - trzeba nadmienić, że gospodarz Peter pochodzi z Bazylei, więc zacięcie do sera ma we krwi :) Gospodarze są wegetarianami, dlatego tutejszy ser powstaje przy użyciu podpuszczki mikrobiologicznej.

Grzybów to cudowne miejsce na wycieczkę, albo Zieloną Szkołę (grupy do 15 osób). Grzybowskim arcypysznym chlebom przyjrzeć się można bliżej na stronie Biopiekarni, na terenie Gospodarstwa działa odpowiedzialne ze organizację opisanych warsztatów Stowarzyszenie Ziarno, jednym z głównych jego celów jest edukacja i promowanie ekologicznego sposobu na życie. To bardzo świetny cel, oby więcej i więcej takich miejsc w Polsce!

....skoro mam ser z Grzybowa i mam także szparagi z Gospodarstwa Państwa Majlertów, co oczywiste bo mam je w sezonie codziennie, dziś serwuję wiosenny suflet z udziałem obojga, na który najserdeczniej zapraszam.








Sezon szparagowy w pełni, nie umiem się oprzeć tym warzywom, powiem zresztą szczerze, że nawet nie próbuję.  Szparagów nie widać co prawda na zdjęciach, ale zapewniam, że w jajecznym wnętrzu aż się od nich roiło :)


inspirowałam się przepisem od Amber


składniki na dwie porcje: 

2 jajka od zielononóżek - żółtka oddzielamy od żółtek,
10 g mąki, 
10 g masła,
100 ml mleka,
4 zielone szparagi,
estragon,
cztery łyżki tartego sera z Grzybowa (mój był krowi, dojrzewał dwa miesiące, miał wyrazisty smak, myślę, że można spokojnie zastąpić go charakternym Gruyerem),
odrobina młodego szczypioru z parapetu, 
sól
nieco masła do wysmarowania foremek


Zaczęłam od ugotowania szparagów, wrzuciłam je jak zawsze na osolony i lekko osłodzony wrzątek, dałam im 3 minuty, po czym ostudziłam przelewając lodowatą wodą.
Na patelni przygotowałam zasmażkę z masła i mąki, stopniowo dolewałam do niej mleko. Gdy masa była spójna i gładka wtarłam ser szwajcarski i dodałam sól. Odstawiłam do przestygnięcia.
Jajka oddzieliłam od żółtek, po czym z białek ubiłam sztywną pianę. Żółtka dolałam do wystudzonej masy serowej, wymieszałam i doprawiłam estragonem (może być suszony jak i świeży), następnie bardzo delikatnie wmieszałam ubite białka, na sam koniec wrzuciłam drobno pokrojone szparagi i szczypior. Wlałam do sufletówek wysmarowanych masłem, piekłam w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni, na środkowej blaszce przez 20 minut.


Połączenie szparagów i szwajcarskiego sera to nie nowość, dlatego wiedziałam, że duet ten wypadnie wybornie w suflecie, poza wszystkim suflet miły jest dla oczu. :) Wbrew temu, co niektórzy sądzą nie jest też wcale daniem trudnym, pracochłonnym, czy wymagającym. Polecam!