Ostatnie weekendy nie rozpieszczają pogodą - przynajmniej w Warszawie. Moja skłonność do czarnowidztwa każe mi być pewną, że o ile w tygodniu, spędzonym w biurze będzie ciepło, ba! wręcz upalnie, to w sobotę chmury czarne nadciągną, lunie deszcz, spadnie ciśnienie i wietrzysko nieznośne wiać zacznie. Nie inaczej sprawa się przedstawi w drugi, długi weekend majowy, kalosze będą nieodzowne, a grill będzie miał rację bytu tylko w sytuacjach z zadaszeniem...
Oto moja czarna prognoza, szczęśliwie nie mamy gwarancji, że się sprawdzi.
Mimo braku słońca i szaro-burych warunków atmosferycznych, w minioną niedzielę za sprawą transportu dwukołowego udaliśmy się całą rodziną do knajpki położonej na warszawskiej Choszczówce. Wiedziałam o tym miejscu niewiele, ale tym, co kazało mi dowiedzieć się o nim więcej była informacja o daniach z pieca opalanego drewnem. Więcej rekomendacji nie potrzebowałam, już pizza z takiego pieca daje nam gwarancję znakomitych doznań.
Głodni bylismy niemiłosiernie, więc przypuszczalnie potrawy każdej klasy okazałyby się dla nas satysfakcjonujace, jednak to co spotkało nas w niepozornym lokalu Bosko Włosko zachwyciłoby nas nawet gdybyśmy byli po czterodaniowym obiedzie. Focaccia z pieca - znakomita, pizza bezapelacyjnie przepyszna - Pepperoni z włoską ostrą kiełbasą a nie z byle podróbą salami, przecudowny makaron Alfredo, fantastyczna mozzarella zapiekana z pancettą, w gęstym, aromatycznym sosie pomidorowym. Świeże składniki, mnogość dodatków, porcje od serca, prawdziwe czarne oliwki, wyborne Prosecco. Gdy tylko posmakowałam pierwszy kęs mojego tagliatelle wiedziałam, że niczego mu nie brakuje, w tym jedzeniu była pasja, konsekwencja, było wszystko to, co każe mi wrócić tam nie raz, ani nie dwa, lecz wiele razy. Wystrój subtelny, nienachalny, nieprzestylizowany, na ścianach zdjęcia z włoskich podróży właściciela knajpy, a właściciel przemiły, jego zaangażowanie w to miejsce widać w każdym słowie, jak również w każdym kęsie kosztowanego dania. Bez zadęcia - z miłością do jedzenia, do ludzi, do życia. Według mnie jego oraz kucharza możnaby spokojnie ozłocić za to co robią, bo robią to bosko!! Nazwa knajpy jest więc jak najbardziej adekwatna.
Mimo braku słońca i szaro-burych warunków atmosferycznych, w minioną niedzielę za sprawą transportu dwukołowego udaliśmy się całą rodziną do knajpki położonej na warszawskiej Choszczówce. Wiedziałam o tym miejscu niewiele, ale tym, co kazało mi dowiedzieć się o nim więcej była informacja o daniach z pieca opalanego drewnem. Więcej rekomendacji nie potrzebowałam, już pizza z takiego pieca daje nam gwarancję znakomitych doznań.
Głodni bylismy niemiłosiernie, więc przypuszczalnie potrawy każdej klasy okazałyby się dla nas satysfakcjonujace, jednak to co spotkało nas w niepozornym lokalu Bosko Włosko zachwyciłoby nas nawet gdybyśmy byli po czterodaniowym obiedzie. Focaccia z pieca - znakomita, pizza bezapelacyjnie przepyszna - Pepperoni z włoską ostrą kiełbasą a nie z byle podróbą salami, przecudowny makaron Alfredo, fantastyczna mozzarella zapiekana z pancettą, w gęstym, aromatycznym sosie pomidorowym. Świeże składniki, mnogość dodatków, porcje od serca, prawdziwe czarne oliwki, wyborne Prosecco. Gdy tylko posmakowałam pierwszy kęs mojego tagliatelle wiedziałam, że niczego mu nie brakuje, w tym jedzeniu była pasja, konsekwencja, było wszystko to, co każe mi wrócić tam nie raz, ani nie dwa, lecz wiele razy. Wystrój subtelny, nienachalny, nieprzestylizowany, na ścianach zdjęcia z włoskich podróży właściciela knajpy, a właściciel przemiły, jego zaangażowanie w to miejsce widać w każdym słowie, jak również w każdym kęsie kosztowanego dania. Bez zadęcia - z miłością do jedzenia, do ludzi, do życia. Według mnie jego oraz kucharza możnaby spokojnie ozłocić za to co robią, bo robią to bosko!! Nazwa knajpy jest więc jak najbardziej adekwatna.
Ogródek jest spory, z miejscem zabaw dla dzieci, szczególnym powodzeniem cieszy się wśród najmłodszych trampolina. W sezonie letnim gospodarz uruchomi dodatkowy piec w ogródku, tak, że goście siedzacy na zewnątrz będą mogli przyglądać się jak powstaje ich specjał.
Kończąc swoją porcję makaronu Alfredo żałowałam koszmarnie, że nie urodziłam się Włoszką, że nie dam już rady drugiemu daniu, ani deserowi ani nawet kawie. Wrócę po więcej niebawem.
Co by nawiązać, choć nieco do tematu mojego dziesiejszego wpisu posilę się na nędzny falsyfikat - nędzny nie dlatego że miłości mi brakuje czy pasji do gotowania, lecz dlatego, że póki co nie dorobiłam się pieca opalanego drewnem. Aromat dania, które zapiekało się wśród drew jest niepowtarzalny. Potraktujcie więc mój przepis jako próbę odtworzeniową, jednak daleką od ideału po ideał zapraszam do 'Bosko Włosko' - nie będziecie żałować.
Muszę powiedzieć, że w warunkach tarasowych, ta domowa wersja także była dalece satysfakcjonująca, danie powinno być podane w formie gorącej przystawki, mi sie sprawdziło w roli kolacji. Nie próbowałam na siłę podrobić smaku, wręcz przeciwnie, uciekłam się do ulubionego przepisu na sos pomidorowy, gotowany z mnogością innych, poza pomidorami składników - musiałam jakoś uzupełnić niedobory tych aromatów jakie prawdziwy ogień z potraw wydobywa. Pancettę zastapiłam szynką parmeńską, bo miałam ją na stanie.
Bardzo przyjemnie mi było z tym daniem przy jednym tarasowym stole. Trzeba się w końcu nacieszyć jedzeniem na świeżym powietrzu póki deszcz nie leje :))
składniki na dwie porcje, z czego jak się okazuje jedną trudno zjeść w pojedynkę:
150-200 g mozzarelli pokrojonej na 8 części,
8 plasterków szynki parmeńskiej,
a na sos pomidorowy:
3 młode marchewki,
wewnętrzna część selera naciowego wraz z nacią 1-2 gałązki,
4 szalotki,
2 ząbki czosnku,
kilka gałązek natki pietruszki,
garść świeżej bazylii,
puszka pomidorów bez skórki,
łyżeczka cukru,
sól do smaku,
oliwa z oliwek
Sos pomidorowy aby był wyborny należy długo gotować, wszystkie warzywa, poza pomidorami powinny się gotować w niewielkiej ilości wody, wkładamy je do garnuszka w całości. Gdy zmiękną, dopiero dodajemy pomidory, solimy i słodzimy. Całość na wolnym ogniu powinna sobie dochodzić przez około godzinę. Warzywa miksujemy, pod koniec można dorzucić kilka listków świeżej bazylii, co ja uczyniłam z niekrytą rozkoszą :)
Kawałki sera owijamy szynką, układamy po cztery w kokilce do zapiekania, zalewamy sosem i odrobiną oliwy. Opiekamy w temperaturze 200 stopni około 20 minut.
Muszę powiedzieć, że w warunkach tarasowych, ta domowa wersja także była dalece satysfakcjonująca, danie powinno być podane w formie gorącej przystawki, mi sie sprawdziło w roli kolacji. Nie próbowałam na siłę podrobić smaku, wręcz przeciwnie, uciekłam się do ulubionego przepisu na sos pomidorowy, gotowany z mnogością innych, poza pomidorami składników - musiałam jakoś uzupełnić niedobory tych aromatów jakie prawdziwy ogień z potraw wydobywa. Pancettę zastapiłam szynką parmeńską, bo miałam ją na stanie.
Bardzo przyjemnie mi było z tym daniem przy jednym tarasowym stole. Trzeba się w końcu nacieszyć jedzeniem na świeżym powietrzu póki deszcz nie leje :))



















