niedziela, 29 marca 2015

torcik czekoladowy z wiśniami (zawiera gluten, tłuszcz i najgorsze alergeny)



Aktualnie w dobrym tonie jest nie jeść glutenu - cichego zabójcy, który niepostrzeżenie trawi nasze organy wewnętrzne, wystrzeganie się nabiału jest również mile widziane, laktoza = zło wcielone. Mięso też, aby być na czasie, należałoby ominąć, ewentualnie możnaby zrobić ukłon w stronę piersi z indyka, ponieważ dietetycy krzyczą, że to najchudsze, tym samym najzdrowsze mięso. Wielce pożądane jest posiadanie zaprzyjaźnionych sklepów w których każdy dostępny produkt opatrzony jest certyfikatem super ekologicznej, wolnej od chemii żywności. W takim sklepie kupimy przecież olej lniany, którym płukać będziemy usta z rana na poprawę ogólnej kondycji psychofizycznej, dostaniemy tu również fantastyczną wędlinę sojową o smaku salami, która nie zawiera białka zwierzęcego, a to nas cieszy. Chcąc być na czasie należy raz na jakiś czas zamówić sobie dietę cud z dostawą do domu, wówczas zbilansowany posiłek wyląduje na naszym stole bez cienia naszego wysiłku. Dieta cud będzie rzecz jasna wolna od glutenu, nabiału i czerwonego mięsa. Kawę zbożową suto podlejemy z rana mlekiem migdałowym, na śniadanie kupimy sobie paczkowany chleb z gwarancją bezpieczeństwa "gluten free" a do niego zjemy miks sałat z folijki, no bo wiadomo, że warzywa zielone więcej witamin zawierają niż te pieczone, gotowane, smażone. Biały cukier na stałe zastąpimy stewią, czarne jak smoła, wypłukujące magnez espresso zamienimy na rumianek, względnie na pokrzywę, a watowaty chlebuś posmarujemy  margarynką obniżającą zły cholesterol. Będziemy się czuli wspaniale, nasze trzewia wreszcie będą wolne od złogów, cały organizm wypłukany z toksyn, cera stanie się promienna, nie do poznania! Stracimy w niedługim czasie 30% masy ciała. Wszyscy wokół będą zachwyceni naszą konsekwencją i przemianą na lepsze.
Wchodzicie w to? Ja nie, dziękuję, mimo wszystko. Trudno się mówi, nie będę trendy… zjem kosmicznie niezdrowy, słodki, mocno czekoladowy torcik, a potem nie będę się wcale bić w piersi. Przyjemności też są przecież ważne w życiu.

* Posłowie.
Żeby nie było. Ludziom, którzy cierpią na nietolerancję bądź dotkliwą odmianę alergii współczuję straszliwie i trzymam za nich kciuki by mimo rygorów dietetycznych ich życie miało smak. Nie umiem natomiast zrozumieć jak można nie będąc alergikiem, wybierać paczkowany, nafaszerowany chemią chleb bezglutenowy w miejsce razowca i odczytywać to jako wybór dla zdrowia (oczywiście niektórzy pieką sami fajne bezglutenowe pieczywo, ale nie jest to normą). Nie umiem zrozumieć jak można zajadać się wędliną sojową lub dietetyczną piersią z kurczaka dzień w dzień skoro można raz w tygodniu przygotować sobie gęś albo jagnię, o rezygnacji z masła na rzecz utwardzonych tłuszczów roślinnych nie potrafię nawet myśleć, bo z miejsca musiałabym zalać się łzami.


Tym, którym gluten, czekolada i jajka niestraszne polecam mój urodzinowy torcik - pyszny! Na spodzie brownie z czekoladowym musem i wiśniami. Poezja! Nie da się go zjeść dużo, więc nie grozi  nam chyba gwałtowny skok glukozy.




składniki na torcik o średnicy 24 cm:

spód brownie:

0,5 kostki masła (prawdziwego, nie można zastąpić margaryną)
dwa jajka ( kurze, jak najbardziej szczęśliwe jajka)
0,5 szklanki cukru białego ( najbielszego pod słońcem)
0,5 szklanki białej mąki (najbielszej pod słońcem)
gorzka czekolada 100g


mus:

0,5 kostki masła
gorzka czekolada 100 g
3 jajka
2 kopiaste łyżeczki kakao, 
100 g cukru,
2 łyżeczki żelatyny rozpuszczone w 1/4 szklanki wody

garść wiśni mrożonych (resztę spożytkujcie na kompot)


do ozdoby:
bratki od znajomego hodowcy, aby bezpiecznie można je było zjeść


Zabawę z ciastem zaczynamy od upieczenia spodu. Stratujemy od rozpuszczenia czekolady z masłem - ja robię to na najmniejszym palniku, nie w kąpieli wodnej. Gdy masa ostygnie dorzucam cukier jajka i mąkę. Cisto na brownie wlewam do foremki wysmarowanej masłem i wstawiam do piekarnika  rozgrzanego do 180 stopni na 25-30 minut.
Dalszym krokiem jest przygotowanie musu czekoladowego, warto zacząć od rozpuszczenia i dokładnego wymieszania żelatyny. Podobnie jak w przypadku spodu rozpuścić należy czekoladę i masło, a później ostudzić tę obłędnie pachnącą masę. Następnie oddzielamy żółtka od białek. Białka ubijamy na sztywną pianę z cukrem, żółtka mieszamy z kakao. Potem stopniowo łączymy wszystko razem, dodając pianę na samym końcu i delikatnie mieszając dużą łychą.
Rozmrożone wiśnie układamy na ostudzonym spodzie brownie i zalewamy musem czekoladowym. Wstawiamy na noc do lodówki aby od rana móc cieszyć się tym czekoladowym cudem od rana.
Przed podaniem z okazji wiosny ozdobiłam mój egzemplarz bratkami z Rysin.
Jest cudnie!


wtorek, 24 marca 2015

spaghetti z pulpecikami - szałowe bo szałwiowe, z winem na dodatek!






Ja, mała w gęstym, starym sadzie, wokół niemal wszystko zielone - dom, soczysta poprzetykana tu i ówdzie mniszkami wysoka trawa, kształtne liście owocowych drzewek tworzące gęstą girlandę niewiele ponad moją głową, drewniany domek pomalowany jest także na zielono. W oddali kontrastuje z otoczeniem jedynie biała sukienka innej dziewczynki, która wspina się wysoko na palcach by dosięgnąć najdorodniejszej czereśniowej parki. Chodzimy po soczystej trawie na bosaka. Zrywamy najczerwieńsze okazy, zawieszamy je sobie na uszach, a potem porównujemy czyje kolczyki są ładniejsze. 
Najprostsza chwila szczęścia utrwalona i zachowana na później.

Wspomnienie to przyszło do mnie nagle i od kilku tygodni nie daje o sobie zapomnieć, za sprawą narady rodzinnej udało się ustalić tożsamość sadu oraz jego właścicieli, wiadomo także, że wszystkie pękate od czerwieni czereśnie były pełne lokatorów i że pestkami pluło się dalej niż sięga wzrok. Nieznana jest natomiast przyczyna dla której sad wrócił do mnie akurat teraz, może jest to element mojej ulubionej koloroterapii? Pewnie tak, wiosna dopiero się budzi do życia, a u mnie zielono już od jakiegoś czasu, w soczystych wspomnieniach z wczesnego dzieciństwa. Czuję się świetnie, marzec to mój czas! Na dowód przedstawiam jedno z moich dokonań, a jest ich sporo ostatnio, uwierzcie, choć niestety nie wszystkie mają szansę być utrwalone. Dla tych, których martwi moja rzadsza aktywność w naszej blogosferze - pocieszam, mój blog nie umiera, zapału nie brakuje, tylko czasu na utrwalanie i pozbieranie myśli trochę mniej. Niniejszy makaron to klasyk gatunku, u mnie musi być mocno szałwiowy i podlany czerwonym winem, dzieci za nim przepadają, dorośli również. Wspaniałe danie na rodzinny obiad.





składniki na obiad dla czterech osób na dwa dni, tj 8 solidnych porcji:

0,5 kg mielonego mięsa wołowego,
0,5 kg mielonego mięsa wieprzowego,
4 ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę,
kilka dorodnych listków szałwii 
garść świeżej bazylii, 
sól

dwie puszki pomidorów krojonych (znakomicie sprawdzi się także dobrej jakości passata),
dwie duże cebule,
4 gałązki selera naciowego, 
1 duża marchew,
3 ząbki czosnku pokrojone w talarki,
pół butelki czerwonego wytrawnego wina,
sól, 
pieprz, 
łyżka cukru,
świeża szałwia i bazylia

+ do podania
spaghetti i parmezan


Mięso wyrabiamy wraz z przyprawami w sporej misce, niechaj nam się wszystkie mięsa ładnie wymieszają z ziołami i solą. Następnie formujemy malutkie pulpety, które obsmażyć należy ze wszystkich stron na niewielkiej ilości oleju. Gotowe kulki wkładamy do żeliwnego garnka, zalewamy winem pozostawiając bez przykrycia by alkohol odparował. Na patelni w tym czasie podsmażamy drobno pokrojoną cebulę, seler naciowy, marchew startą na grubej tarce i czosnek, gdy zmiękną dorzucamy je do wina, odbezpieczamy dwie puszki z pomidorami, zawartość także umieszczamy w żeliwnym garnku. Mieszamy, solimy, pieprzymy i przykrywamy pokrywką. Po 30-40 minutach jest czas by dosypać świeże zioła - drobno posiekaną szałwię i bazylię.
Szałwia w połączeniu z winem potrafi zdziałać cuda, dzięki niej to proste danie zyskuje finezję i zaciekawia wielością aromatów. Polecam :)



środa, 25 lutego 2015

wołowina po burgundzku





Siwiuteńka, z włosami upiętymi w kształtny koczek, lekko zgarbiona, ubrana w milutki sweter, spódnicę za kolano i przyciasne, karmelowe podkolanówki, w oprawkach pamiętających początki minionego wieku, z laską lub bez, zawsze za to w moherowym berecie. Podobna do tej z ilustracji w Czerwonym Kapturku. Pod puchową pierzyną otoczona nieskończoną ilością krzyżówek i gazet z programem, albo w kuchni, nad parującym garem gołąbków tuląca do swej obfitej piersi ukochane wnuki. Karmiąca gołębie w parku, z upodobaniem upychająca naftalinowe kulki między kolejnymi warstwami wykrochmalonych obrusów… archetypowa babunia - taką nigdy nie będę, niestety. Żadne z moich wnucząt nie będzie zasypiać w sztywnej od krochmalu pościeli, ani nie pozna zapachu naftalinowych pastylek, nie wtuli się ani razu w moherowy sweter, nie poczuje jak smakuje jajecznica jedzona srebrną, wiekową łyżeczką, nie wypije herbaty ze szklanki z koszyczkiem. Nie będzie koszyczka, nie będzie koczka, nie będzie pewnie też siwizny, babcia pójdzie z duchem czasu, będzie przedsiębiorcza i bardziej skupiona na sobie, zamieni moher na modne ciuchy dla pań dojrzałych, wsmaruje w twarz serum przeciwzmarszczkowe, wieczorem wyjdzie na spacer z kijkami, być może nawet osiedlowe gołębie będą musiały się usamodzielnić. Babcia nie będzie wyglądać jak babcia mojego dzieciństwa. Wielu rzeczy nie będzie, będzie za to obiad z deserem - spuścizna po archetypowych babuniach, ten wspaniały punkt zaczepienia, który mimo upływu czasu, mimo zmian smakował będzie wybornie - tak jak tylko u babci smakować może.

Dziś na obiad wołowina po burgundzku, kiedyś nakarmię nią wnuki, to pewne!


składniki:

1 kg udźca albo ligawy wołowej,
6 wąskich marchewek,
3 ząbki czosnku,
8 szalotek,
8 pieczarek pokrojonych na ćwiartki, lub więcej drobnych łebków, których kroić nie trzeba
flasza czerwonego wytrawnego wina ( nadmieniam, że do brytfanny wlewamy pół litra, resztę zaś w siebie, gotując…  )
puszka pomidorów bez skórki,
bulion wołowy,
pieprz świeżo mielony,
tymianek świeży i suszony - nie żałować!
2 łyżki masła,
2 łyżki mąki,




Całą procedurę rozpoczynamy od pokrojenia mięsa w centymetrową kostkę, gdy już to uczynimy, należy niezwłocznie przerzucić je na patelnię z rozgrzanym olejem. Zrumienione mięso przerzucamy do brytfanki - przy czym żeliwna będzie tu najlepszym rozwiązaniem. Marcheweczki obieramy i kroimy w kształtne talarki, dorzucamy do mięsa, zalewamy winem i bulionem - tak by przykrył wszystkie składniki. Doprawiamy pieprzem, solą i dwoma rodzajami tymianku, wrzucamy ząbki czosnku. Brytfankę przykryć trzeba pokrywką i wstawić do piekarnika nagrzanego do 160 stopni. Po 2,5 - 3 godzinach oddzielamy płyn od reszty i zagęszczamy zasmażką, w tym momencie dodajemy także pomidory (o tej porze roku zdecydowanie winny być to pomidory z puszki). Zagęszczony sos o pięknej, ceglastej barwie wlewamy z powrotem do brytfanki, dodajemy podduszone szalotki i pieczarki, a potem pieczemy całość jeszcze jakąś godzinę.

Jeść tę potrawę można i z chlebem i z kartoflami i, jak my dzisiaj, z kopytkami. Wołowina tak przygotowana malowniczo rozlewa się na powierzchni talerza, sos należy bezwzględnie zjeść do ostatniej kropelki i choć podczas tych czynności nie będziemy zachowywać się jak państwo z wyższych sfer (zlizując resztki, przechylając talerz by strużka sosu spłynęła wprost do naszej paszczy, wycierając za pomocą palca wskazującego ostatnie kropelki sosu z talerza współtowarzysza, odrywając kolejną porcję bagietki, by talerz wytrzeć do czysta itp). Nie mogę opędzić się od wspomnień z urokliwej Prowansji, gdzie w oberży Lilas, boeuf bourguignon to jedna ze specjalności, talerz wycierało się, a jakże, pajdą chleba i było to jak najbardziej w dobrym tonie.



środa, 4 lutego 2015

krem ziemniaczany z prawdziwkami - to mnie grzeje!


Samochód toczy się z zawrotną prędkością 10 km/h, toczy się i buja we wszystkie świata strony, najintensywniejszy jest ruch góra-dół, gliniaste podłoże z każdym bujnięciem wymalowuje rudawe ornamenty na szybach i żółtej karoserii. Droga jest dziurawa, z każdym nowo przebytym centymetrem czeka na nas przygoda, nigdy nie wiadomo na ile głęboka jest kałuża, której nijak ominąć się nie da. Bujanie więc nie jest jednostajne, czasem przechodzi w intensywne szarpnięcia. Kawka wylewa się z termo-kubka - nic to jednak, bo doświadczony kierowca ma na tę okoliczność przyszykowany stos arcychłonnych ręczników papierowych. Na wysokości starego dębu szarpnięcie wbija głowę w sufit. Próbując ominąć wyrwę z prawej strony wpadamy oponą w dziurę z lewej, na środku natomiast, przyjezdni z pewnością tego nie wiedzą, kałuża jest najbardziej głęboka, trzeba więc tak manewrować by do niej nie wjechać. Kłopot jest wtedy, gdy na trasie pojawi się inny uczestnik ruchu, zmotoryzowany, lub nie daj Bóg, pieszy, wówczas należy zwolnić do 5 km/h  ryzykując, że auto może ugrzęznąć tu na wieki. W tych uroczych okolicznościach przyrody nie trudno sobie wyobrazić jak auto topi się w glinie. Wyobraźnia podsuwa najczarniejsze obrazy - chcemy jak najszybciej się stąd wydostać. Wycieraczki nie nadążają ze zmywaniem błotnistej substancji z tylnej szyby ale jest światełko w tunelu - widać już zakręt, a za nim przecież czeka nas błogosławiony asfalt! 

Nie jest to bynajmniej opis trasy wiodącej przez środek kolumbijskiej dżungli, to droga miejska, nie mieszkają tu kapibary, małpy, agamy błotne jest za to sporo mieszkańców z gatunku homo sapiens, którzy o tej porze roku dzień w dzień przechodzą przez to samo. 
To także element mojej codzienności. 
W moją codzienność zimą, poza błotem, wpisana jest także zupa. Tym razem serwuję rewelacyjny krem ziemniaczany (przywiozłam go sobie z Austrii, gdzie na stoku rozgrzewał pierwszorzędnie). Zupa ziemniaczana brzmi banalnie, jednak ta podkręcona jest prawdziwkami, więc jest intensywnie grzybowa, bardzo aromatyczna.




składniki:

6 dużych ziemniaków (około 1 kg)
łyżka oleju rzepakowego,
250 -300 g pieczarek, 
4 l wywaru warzywnego, 
4 ząbki czosnku,
dwie łyżki masła,
200 g grzybów - u mnie mrożone borowiki, 
pęczek natki pietruszki, 
kilka gałązek tymianku,
pieprz, 
sól, 
bita śmietana 36% lub małe opakowanie serka mascarpone
do podania podsmażone na maśle grzanki z białego pieczywa

Zakładając że mamy już bulion warzywny, zabawę zaczynamy od obrania i podsmażenia pieczarek - nie jestem zwolenniczką ich mycia, bo absorbują wodę, wolę obierać. Smażymy na niewielkiej ilości oleju aż delikatnie się 'zbursztynią'. Ziemniaki obieramy i drobno kroimy, wrzucamy razem z pieczarkami do jednego garnka i zalewamy bulionem. Gdy kartofle będą miękkie, ręcznym blenderem miksujemy wszystko na jednolity krem, doprawiamy go natką, drobno posiekanym tymiankiem i zgniecionym czosnkiem. Główny punkt programu czyli prawdziwki smażymy na maśle - warto pozostawić je w dość dużych kawałkach. Gdy dorzucimy zrumienione prawdziwki do kremu, doprawmy zupę solą i pieprzem, ewentualnie mascarpone, o ile zrezygnujemy ze śmietany.

Zupa potrzebuje czasu by prawdziwek doaromatyzował całość, dlatego zostawmy ją w spokoju na co najmniej 2 godziny. Po tym czasie możemy przygotować grzanki z białego pieczywa, ubić śmietanę, ewentualnie pokroić dodatkową porcję natki.

Coś pysznego i wspaniale rozgrzewa w chłodne dni!


niedziela, 11 stycznia 2015

Lazania ze szpinakiem, gorgonzolą i orzeszkami piniowymi


Orkan Feliks stuka do drzwi i z uporem maniaka wyważyć chce szyby w oknach, pamiętam gdy w zeszłym roku po Polsce pałętał się imć Ksawery i szkód narobił co niemiara. Marudyzm nie ima się mnie ostatnio, ale wiatru nie znoszę nawet wówczas gdy tryskam optymizmem. Nie cieszy mnie bałtycka bryza nawiewająca do oczu nieskończone ilości mikro-ziarenek, nie cieszy kochany przez windsurferów wiatr w Zatoce Puckiej, nie korcą wyjazdy na wyspy omiatane solidnym wichrem przez rok cały, halny mnie nie cieszy, a już wietrzysko w pakiecie z marznącą mżawką jest kwintesencją całego pogodowego zła. 
Co począć? 
Boję się wychylić nos poza bezpieczne domowe ramy, gotuję a przy tym niebezpiecznie wybiegam myślami w przód. Widzę siebie rozpartą przy stole ogrodowym, z nogami bezwstydnie opartymi o blat. Wiosenne słońce rzuca światło zza mojej ulubionej brzozy tworząc impresjonistyczny rysunek na trawniku, siedzę, suszę paznokcie, słucham poćwierkiwania wróbli, piję kawkę, albo kręcę kieliszkiem - w zależności od nastroju, czasem przejedzie samochód, czasem przejdzie ktoś z sąsiedztwa, a ja siedzę, milczę i jest mi dobrze. Otula mnie ciepły, wiosenny zefirek i zapach zieleni. 

Zdecydowanie za wcześnie na takie marzenia, ale jestem bezradna wobec tego, co widzę za szybą.   Sądzę zresztą, biorąc pod uwagę okoliczności, że nie jestem osamotniona w tej tęsknocie. :) Wspomagam się wizją kolejnego sezonu i serwuję lazanię pachnącą Italią.
Na śnieg się nie obrażę, w końcu to jego czas, ale wiatr niech idzie precz skąd przyszedł!




składniki dla 4 osób:

8 płatów lazanii,
paczka mrożonego szpinaku w liściach,
opakowanie gorgonzoli,
1 duża cebula, 
4 ząbki czosnku, 
sól

beszamel:
0,5 l mleka
50 g masła,
50 g mąki,
gałka muszkatołowa, 
sól,
parmezan utarty na wierzch,
garść orzechów pinii

Lazania to danie banalne, powstaje raz dwa i można ją faszerować na milion sposobów. Niespecjalnie przepadam za klasyczną mięsno-pomidorową wersją, wolę warzywne z serowymi dodatkami. Nie trzeba płatów makaronu obgotowywać, wszak zmiękną pod wpływem beszamelu i sosu, jednak, ja lubię je zanurzyć we wrzątku na 2 minuty by stały się plastyczne. Dzięki temu gotowa lazania w przekroju wygląda ciekawiej, jest mniej regularna.

Zaczynamy od sosu szpinakowo-serowego. Drobno posiekaną cebulę delikatnie dusimy, gdy jest miękka dorzucamy czosnek w plasterkach a następnie szpinak. Przykrywamy pokrywką na 10 minut. Po tym czasie jeśli na patelni pozostał płyn, warto go odparować. W końcowej fazie dodajemy rozdrobnioną w palcach gorgonzolę i nieco soli. Beszamel przygotowujemy na drugiej patelni. Połowa sukcesu to zasmażka z masła i mąki, potem stopniowo należy ją mieszać za pomocą trzepaczki z mlekiem. Gdy sos będzie jednolity - konsystencję powinien mieć nieco bardziej gęstą niż ciasto naleśnikowe - dodajemy sporo gałki i soli. Dno naczynia żaroodpornego smarujemy warstewką masła, wykładamy pierwsze dwa lekko obgotowane płaty ciasta, na nie kolejno szpinak i beszamel. Nie trzeba się silić by szpinak ułożony był równo, szpinakowe góry i doliny fajnie zadziałają na stronę wizualną dania. Ostatni płat makaronu przykryjemy tylko beszamelem, na wierzch pójdzie już tylko tarty parmezan i orzeszki piniowe. Tak przygotowaną lazanię pieczemy 25-30 minut w 180 stopniach. 




Mimo całego mojego uwielbienia dla dań miejscowych jestem zdania, że gotowanie śródziemnomorskich specjałów zimą wpływa korzystnie na psychikę, dlatego aplikuję sobie tę przyjemność gdy tylko najdzie mnie ochota. 





poniedziałek, 5 stycznia 2015

kalafiorowe risotto i miłość w słoiku


Gdyby Stwórca poskąpił mi miłości do garów, gdybym nie była stąd, a chciałabym w Warszawie osiąść na dłużej, z pewnością byłabym słoikiem. Z lubością napełniałabym szklane i plastykowe pojemniki pysznościami przygotowanymi przez mamę, ciocię i babcię, a potem odgrzewając dobra z rodzinnych stron czułabym się kochana w nieznanym mieście. W największym słoju byłoby leczo albo gołąbki do odgrzania, w mniejszych pojemnikach pyszniłaby się sałatka jarzynowa, w ogromnym plastykowym pudełku z przegródką upakowane by były kopytka i sos mięsno-grzybowy, w półtoralitrowych zapasteryzowanych słoikach kusiłaby krwistą czerwienią najlepsza pomidorówka na świecie. Miałabym też zapas maminych przetworów zarezerwowanych na okoliczności śniadaniowe. W słoiku kryje się nie tylko strawa, ale przede wszystkim miłość, czułość i troska. Dla dzieci, które postanowiły wyfrunąć z gniazda daleko, mamy przyprawiają dania nieprawdopodobną porcją miłości. Obiad ze słoika musi smakować nieziemsko i niezaprzeczalnie służy zdrowiu. Umiem to sobie wyobrazić, bo dawniej, gdy niedomagałam, albo miałam dużo nauki, Babcia przynosiła mi obiady do odgrzania. Każdy człowiek przy zdrowych zmysłach powinien domową kuchnię cenić bardziej niż miejski, tani fastfood, a ten, który musi odnaleźć się w nowym miejscu intuicyjnie wspiera się dawką miłości ze słoika.  
W kontekście minionych świątecznych chwil i lekkiego kuchennego wypalenia, którego doświadczam życzyłabym sobie kilku słoiczków od serca.



Jeżeli jesteś słoikiem doświadczasz przywileju, którego miejscowi zaznają z rzadka, lub wcale. Niejeden patrząc tęskno na zawartość Twojej wałówki będzie wyklinał marnotę słoikowej egzystencji. Wszystko z zazdrości. Jeżeli właśnie dostrzegłeś dno zapełnionych przed kilkoma dniami pojemników  - zrób sobie risotto, będzie miłą odmianą po swojskiej, polskiej kuchni w której specjalizuje się mama.
Jeśli nie jesteś słoikiem - musisz gotować sam, nie ma wyjścia. Ugotuj sobie z tej okazji risotto i kategorycznie nie dawaj go nikomu na wynos, danie to ma rację bytu wyłącznie jedzone natychmiast.

Wpis powstawał inspirowany książką, jedną z wielu, które łyknęłam na przełomie starego i nowego roku "Zachłanni" Magdaleny Żelazowskiej to bardzo wciągająca powieść o pokoleniu słoików właśnie. Przepis natomiast podpatrzyłam u Jamiego (Włoska wyprawa Jamiego) i dostroiłam do własnych potrzeb.


składniki dla 6-8 osób (w zależności od pojemności):

jeden nieduży kalafior - ja dałam pół białego pół Romanesco
1 litr bulionu warzywnego lub z kurczaka, w sytuacjach awaryjnych nada się też woda - sprawdziłam
1/4 kostki masła,
2 ząbki czosnku, 
1 duża cebula, 
kilka łodyg selera naciowego, 
0,5 l białego wina wytrawnego (ja zawsze mam na stanie kilka win z niższej półki, ale wciąż pijalnych, specjalnie po to by doprawiać nimi sosy i risotto)
400 g ryżu Arborio
120 g parmezanu,
rozgniecione w moździerzu suszone papryczki, każdy musi sypnąć tyle ile zdoła znieść

Przy risotto trzeba być. Nie można go stracić z oczu, należy czule mieszać, doprawiać, polewać, gdy tego wymaga. Jeżeli zatem dysponujesz dwoma kwadransami i głeboką patelnią. Zaczynamy!
Rzecz rozpoczynamy przygotowując bazę pod risotto bianco na którą składa się seler naciowy, cebula i czosnek, jednak w tym przypadku czynność tę poprzedzimy podsmażeniem na łyżce masła drobno posiekanych kalafiorowych różyczek. Gdy aromaty się uwolnią, a kalafior z lekka zarumieni możemy, wrzucić wspomniane składniki bazy. Wszystko razem pozostawimy na małym ogniu na 15 minut. Po tym czasie dodajemy resztę masła i wsypujemy ryż. Gdy po chwili stanie się szklisty należy zalać go winem i mieszać by każde ziarnko zaabsorbowało odpowiednią ilość płynu, do pełnego wchłonięcia, potem czynimy to samo z bulionem, który podlewamy chochlą pozwalając na stopniowe wchłanianie go przez ryż. Przy okazji możemy delikatnie uciskać kalafiora by smaki się połączyły. Po około kwadransie ryż powinien mieć właściwą konsystencję, wówczas doprawiamy całość solą i ostrą papryczką, zdejmujemy z ognia. Kropką nad 'i'jest dodanie łyżki  masła i tartego parmezanu. Niezwłocznie po postawieniu tejże kropki i wymieszaniu wszystkiego szybciuteńko nakładamy risotto na głębokie talerze, posypujemy raz jeszcze parmezanem by było jeszcze ładniej i jemy z rozkoszą.






poniedziałek, 8 grudnia 2014

piróg biłgorajski - pyszny czy niezjadliwy ? * niepotrzebne skreslić


Mąż wgryzł się w kształtną porcyjkę upieczonego przeze mnie piroga biłgorajskiego, piroga tak kształtnego, tak równiuśkiego i tak pysznego, że cała chodziłam z poczucia dumy.  Pierwszy raz piekłam, a wyszedł jak z obrazka. Nie znoszę kaszy gryczanej, ale w nim mnie ujęła, była absolutnie czarująca, zgrabnie wtopiła się w ziemniaczano-serowe tło. Czekałam więc na jęk zachwytu nad tą nowinką kulinarną, która choć tradycyjnie polska, to zupełnie nam do tej pory nieznana… Piróg mężowi musiał przypaść do gustu, wszak on za kaszą gryczaną przepada. Wraz z pierwszym kęsem twarz mojej drugiej połowy wykrzywiła się w grymasie nie do opisania, oczy zdawały się krzyczeć - "Dlaczego mi to zrobiłaś?! i Ty przeciwko mnie?!" Jakbym oto dokonała skutecznego zamachu na subtelny, wysublimowany gust smakowy męża. Nie mogłam uwierzyć w ten zupełnie bezpodstawny sprzeciw wobec smaku pysznego, faszerowanego kaszą, serem i kartoflami placka, zdołałam więc     namówić ślubnego na drugie podejście, było tylko gorzej. Poczucie krzywdy przybrało na sile, a ja zgłupiałam. Po raz kolejny przekonałam się jak odmienne mogą być smaki. Syn nie odważył się nowego spróbować, córka zjadła, ale nie okrzyknęła dania hitem sezonu.



Piróg biłgorajski zjadłam w całości więc sama, bo smakował mi ogromnie, było to zgubne w skutkach dla mojej figury, ale trudno. Ze swojej strony mogłabym go polecić, jednak onieśmiela mnie nieco opinia bliskich. Przedstawię więc pewne sugestie, a czy piróg pyszny czy wręcz przeciwnie niech każdy kto się po moim wstępie nie boi, oceni sam we własnej kuchni.
- niechaj ci, którzy kaszy gryczanej nie lubią nie żywią zbytniej obawy przed pirogiem, nie gra tu ona pierwszych skrzypiec
- jeśli nie lubią tej kaszy wybitnie niech zamienią, tak jak ja, gryczaną paloną na niepaloną, która jest łagodniejsza
- jeśli za piróg wziąć się chcą bezglutenowcy nic nie stoi na przeszkodzie, można go zrobić bez spodniej i wierzchniej warstwy ciasta, jeżeli natomiast pirogiem zainteresuje się wegetarianin niechaj pominie dodatek boczku i zastąpi go tą samą ilością masła. Weganom nie po drodze z pirogiem, bo bez jajek i masła nie ma on racji bytu...
- piróg może nie smakować tym, którzy nie lubią tart wytrawnych i ruskich pierogów. Mój mąż szczerze nie znosi jednego i drugiego, a piróg  takie właśnie przywołał w nim skojarzenia.



Korzystałam z przepisu na najpiękniejszy piróg w internetowej przestrzeni z bloga Kamarki Every cake you bake. Wprowadziłam pewne modyfikacje - uszczupliłam ilość jaj, użyłam kaszy niepalonej i zamiast zwykłego sera białego zastosowałam resztkowe sery maści rozmaitej. Ricotta i polskie dania tradycyjne niewiele mają ze sobą wspólnego jednak, jako że kulinarny recykling cenię sobie niezwykle, połączyłam jedno z drugim - według mnie z sukcesem.



składniki:

na ciasto:

3 szklanki mąki,
200 g masła,
20 g drożdży,
szczypta proszku do pieczenia,
1 łyżeczka cukru,
1/2 łyżeczki soli,
2 łyżki kwaśnej śmietany

na farsz:

700 g ziemniaków,
500 g kaszy gryczanej - u mnie niepalona
350 g sera twarogowego - u mnie resztki przywiezionych z ekologicznego gospodarstwa twarogu i ricotty,
1 szklanka śmietany,
3 jajka,

100 g boczku pokrojonego drobno, podsmażonego wraz z wytopionym tłuszczem,
sól, 
pieprz, 


+ na wierzch 
odrobina jajka
czarnuszka

Składniki ciasta połączyłam w malakserze, bo nie lubię zabawy z wyrabianiem. Jedyne co wymieszałam oddzielnie to mieszanina śmietany, cukru i drożdży. Ciasto wyszło świetne! Kaszę miałam ugotowaną od poprzedniego dnia, odmierzyłam jej odpowiednią ilość, połączyłam z gniecionymi ziemniakami i mieszanką białych świeżych serów, na koniec wbiłam jajka, dodałam boczek, sól i pieprz. Nie dodawałam sugerowanej przez Kamarkę mięty, bo podejrzewałam niepokój (który i tak mnie nie ominął) innych potencjalnych konsumentów. Ciastem wyłożyłam dno prostokątnej blaszki, wyłożyłam na nie farsz, który przykryłam drugą warstwą rozwałkowanego uprzednio ciasta. Całość wysmarowałam jajem i posypałam czarnuszką. Piekłam 1,5 h w temperaturze 180 stopni.


W związku z tym, że niemal cały piróg zjadłam w pojedynkę przybyło mi tu i ówdzie, mając na uwadze rychłego Sylwestra i konieczność zmieszczenia się w jakąkolwiek z dostępnych w szafie sukienek, powinnam, do świąt włącznie, rzucić jedzenie. Mimo trzech dni z pirogiem sam na sam, podtrzymuję opinię, że pyszny. Wiem, że istnieją na świecie tacy, którzy się ze mną zgodzą, w moim domu innych ode mnie amatorów piróg niestety nie znalazł.