wtorek, 16 października 2012

biały pikantny krem z korzeniowych



Danie by było pyszne musi być właściwie doprawione. Dobry kucharz posiada wiedzę tajemną z zakresu dosmaczania potraw, dobrze wie, jakie zioła, korzenie i przyprawy podbiją walory kolejnych produktów, zwykli śmiertelnicy pewne smaki wyssali z mlekiem matki a innych zestawień muszą uczyć się metodą prób i błędów. Przyprawianie potrawy nietrafionym dodatkiem może być zgubne w skutkach, natomiast zastosowanie tego najodpowiedniejszego tajemniczego składnika banalną potrawę potrafi zestroić w szaty nad wyraz wdzięczne.
Moje kubki smakowe były poddane niemałej próbie ostatniego lata, kiedy to przyszło im zaznawać kuchni hiszpańskiej - dobrej ale zupełnie nieprzyprawionej. Szczęśliwie Hiszpanie przywiązują ogromną wagę do jakości produktów - czego nota bene my Polacy wciąż nie możemy się nauczyć - dlatego mimo oszczędności w doprawianiu, jedzenie jest bardzo smaczne.  Niemniej, to właśnie przypraw w ichniejszym menu brakowało mi najbardziej, sól i oliwa to zdecydowanie za mało jak dla mnie.

Mimo mojego całego uwielbienia dla przypraw mam swój ranking antydosmaczaczy, których użycie w moim domu  można by tłumaczyć wyłącznie kuchennym zamachem stanu. Być może dla innych moje anty-przyprawy to znakomite komponenty dań najlepszych, według mnie jednak potrafią do imentu pozbawić przyjemnych nut smakowych każdą potrawę, której składową będą.





Zielem, którego nie toleruję wybitnie jest kolendra – uwielbiana przez wielu,  wznoszona na piedestały w kuchni meksykańskiej, poważana w coraz większej liczbie knajp – niestety. Jej aromat jest tak dominujący, że żadna inna warstwa potrawy nie jest w stanie się wybić. I choćby najmniejsza domieszka kolendry w daniu mym spoczęła, zaburzy mi ona przyjemność posiłku, zepsuje najdoskonalszą zupę, zniweczy smak najwspanialszej sałatki.
Jakiś czas temu w Magazynie Wino (nr 52, 4/2011) trafiłam na cudowny felieton odnoszący się właśnie do kolendry oraz nietolerancji autora do niej. Okazuje się, że awersja do tego zioła może mieć podłoże genetyczne i niektóre organizmy bronią się zwyczajnie przed jej smakiem. Ja mam ten nietolerancyjny gen z pewnością!!!

Drugie miejsce w moim antyzestawieniu zajmuje anyż, jego smak nijak nie współgra z żadną ze znanych mi na ziemi potraw,  jest egzotyczny i mógłby co najwyżej występować solo ale jako przyprawa zgniecie w przedbiegach wszystkich swoich towarzyszy.
Ilekroć piekę świąteczne pierniki, baczę by przyprawa piernikowa w swym składzie anyżu nie zawierała, bowiem dodatek taki zabija cudnie harmonijny smak mieszanki pozostałych przypraw i bezwzględnie wybija się na pierwszy plan - taki z anyżu kulinarny egocentryk!
Anyż akceptuję wyłącznie pod postacią ouzo, pitego w cieniu tamaryszków na greckim wybrzeżu. Tu jego indywidualizm mnie nie razi, potrafię się w nim rozsmakować bez reszty, ale nie próbuję też go z niczym łaczyć.

Trzecie miejsce na podium ma u mnie pieprz biały, którego zapach jest potworny, według mnie roztacza wokół siebie aromaty stajenne, w żaden z wyobrażalnych sposobów nie korespondujące z szeroko pojętą gastronomią. Tutaj jednak myślę, że moja nietolerancja wynika z braku doświadczenia, wiem, że biały pieprz jest niezbędnikiem wielu dań zacnych, a zrównoważony innymi aromatami cudownie i kształtnie doprawia danie. Mnie uzyskanie takiej równowagi jak do tej pory nie wychodziło.
Dzisiaj, trochę na przkór sobie podjęłam rękawicę i musze powiedzieć, że mimo zastosowania pieprzu w pokaźnej ilości zapach stajenny całkowicie się rozmył wśród innych zupowych komponentów.
Ale zacznijmy od początku...

składniki:

1 duży seler,
3 spore ziemniaki,
3 duże pietruszki,
biała część z pora,
pół dużej główki czosnku,
łyżka masła,
2 litry bulionu warzywnego
4 łyżki kaszy manny,
filiżanka smietany 30 %,
pół łyżeczki białego pieprzu,
dwie duże szczypty pieprzu czarnego mielonego,
dwie duże szcypty czerwonej papryki,
nieco startej gałki muszkatołowej

P.S. do swojej wersji dorzuciłam kalafior, gdyż jego resztka spoczywała na dnie lodówki, nie jest on tutaj jednak składnikiem niezbędnym 


Pietruszkę, selera i ziemniaki pokroiłam w drobną kostkę, pora zaś w talarki. Smażyłam warzywa na maśle przez jakieś 10 minut. Po tym czasie przełożyłam warzywa z patelni do garnka i zalałam całość 2 litrami bulionu. Osoliłam i zostawiłam pod przykryciem na pół godziny. W kolejnym kroku zmiksowałam zupę blenderem na gładki krem. By delikatnie zróżnicować i ukonkretnić fakturę dodałam nieco kaszy manny.
W zupie korzeniowe rozwijają się w sposób wyborny acz łagodny, więc aby podbić rozgrzewające walory kremu, należy go umiejętnie dosmaczyć.
Wydobyłam białe ziarna z pieprzowej, kolorowej mieszanki i zatkawszy nos, ubiłam je na miazgę w moździerzu.  Zawierzając internetowym przepisom na krem z białych warzyw postanowiłam dosypać ową miazgę do zupy - wielu uważa, że z białymi warzywami biały pieprz wypada najkorzystniej. 
Po połączeniu pieprzowej miazgi z gorącym kremem aromaty uwydatniły się jeszcze bardziej, sprowadzając na mnie obawę, że klamka zapadła i teraz zupy odratować się już nie da za nic...
W akcie lekkiej desperacji sięgnęłam wiec po gałkę muszkatołową, potem po pieprz czarny i nieco papryki mielonej, jako ostatnią deskę ratunku zastosowałam pieczony czosnek i to był absolutny strzał w dziesiątkę! Po wmiksowaniu pieczonego czosnku i zabieleniu zupy śmietanką całość stała się spójna. Zapach zupy został zrównoważony, a smak ostateczny był nad wyraz harmonijny. Bardzo udana zupa, mimo dodatku białego pieprzu a być może właśnie dzięki niemu..: ).
Podałam z grzankami, bo lubię w zupach element chrupiący..





Wygląda na to, że od dziś nieco przychylniej i odważniej odnosić się będę do białego pieprzu, w kwestii kolendry nie widzę na to najmniejszych szans, ale może kiedyś za sprawą jakiegoś kosmicznego impulsu nauczę się rozumieć i smakować anyż, kto wie?
Zupa z warzyw korzeniowych jest bodaj najlepszym rozwiązaniem na polskie chłody, aż dziw bierze, że seler i pietruszka są przez nas zupełnie niedoceniane! 
Polecam na jesień korzeniowe eksperymenty!!!

35 komentarzy:

  1. kolendrę uwielbiam! za to przez długi czas odrzucał mnie kmin idyjski, teraz uczę się go tolerować, w niewielkich ilościach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widać nie masz tego nietolerancyjnego genu, który ja posiadam..:) kmin też jest trudny, przyznaję ale skoro zaczynasz się uczyć go tolerować to być może awersja jest uleczalna... u mnie z kolendrą nie ma takiej szansy;)

      Usuń
    2. uwierz mi lub nie, ale ja w Indiach przez dwa miesiące chodziłam prawie zawsze głodna, bo we wszystkim czułam tylko kmin ;) a Ty jeszcze trochę poczekaj, na kolendrę przyjdzie czas ;)

      Usuń
    3. Wierzę, jak najbardziej! Do niektórych smaków trzeba dojrzeć...a niektórych mamy prawo nie lubić w sposób nieodwracalny. Katowanie kubków smakowych za wszelką cenę wydaje mi się bezzasadne, gorzej gdy, jak w przypadku Twoich Indii przeklęty składnik jest we wszystkim...tak sobie teraz pomyślałam, że w związku z kolendrą wyprawa do Meksyku mogłaby mnie nieźle wyszczuplić..;)

      Usuń
  2. Ale fajny post, uśmiałam się :) Zgadzam się w całej rozciągłości co do anyżu, ale jeśli chodzi o kolendrę i pieprz, darzę je większą, niż Ty, sympatią :)

    Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jejku jak mi miło!! Winą za niechęć do kolendry obarczam jeden z genów ale z anyżem chyba przyczyna jest inna, po prostu on do niczego mi nie pasuje, sądzę, że radzą sobie z nim tylko najwybitniejsi wirtuozi sztuki kuchennej. Ciepłe uściski!!!

      Usuń
  3. Trzy razy nie!
    A właściwie już tylko dwa.
    Może z czasem pokochasz i pozostałe.
    A mi pasują do wszystkiego.
    Trzymam kciuki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Amber! Widać jesteś jak ten wirtuoz, któremu każda nuta smakowa w daniu zagra dźwięcznie, mi w przypadku anyżu powiewa spektakularnym fałszem, kolendry nie znoszę w sposób wyjątkowy i nikt mnie nie przekona, że jest pyszna. W przypadku anyżu jest cień takiej szansy...
      pozdrawiam z tonącej w strugach deszczu drugiej strony miasta;)

      Usuń
  4. Bardzo fajnie się czyta Twoje posty:) Co do przypraw...zgadzam się w 100% z nietolerancją anyżu. Nawet ouzo mi nie podchodzi:P
    pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogromnie mi miło, dziękuję :) w kwestii anyżu pamietam takie kolorowe cukiereczki z czarnym anyżowym środkiem, które przywozili krewni z 'dalekich krajów' - środek był paskudny ale kolorowa otoczka ogryzana była przeze mnie nad podziw dokładnie...już jako pięciolatka wiedziałam, że anyż nie dla mnie!!!

      Usuń
    2. hehe mi te cukierki kojarzyły się z tabletkami o anyżowym posmaku:P ale podziwiam za determinację przy obgryzaniu ;D

      Usuń
  5. Świetny post, bardzo lekko i przyjemnie się czyta. Z przyprawami tak już jest, trzeba uważać co się dodaje. Ja też nie jestem fanką kolendry, jedynie mogę ją znieść w postaci pieprzu młotkowego z kolendrą. W wersji solo unikam jej jak ognia. Przeszkadza mi nawet odrobinka. Krem wygląda doskonale!!! Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ogromnie!! Badania dowodzą, że ludzi kolendrze nieprzychylnych jest cała masa, kiedyś myślałam, że to z moim smakiem jest coś nie tak ale okazuje się, że kolendra ma tyleż samo zwolenników, co wrogów.
      PS Dla mnie ta z młynka jest strawna, to świeża jest przedmiotem mej wybujałej niechęci:)

      Usuń
  6. a propos komentarza pod tortillami, cieszę się bardzo że Ci pasują! swoją drogą, odkryłam jeszcze jeden sposób, prostszy i bezjajeczny, więc się z Tobą podzielę nim :D do blendera wrzucam mniej więcej w równych proporcjach otręby owsiane i kaszę gryczaną niepaloną, mielę na pył.
    na jedną tortillę biorę 3 łyżki tego proszku, dolewam chłodnej wody tak żeby otrzymać konsystencję naleśnikowo-glutową. smażę na patelni nasmarowanej za pomocą palców minimalną ilością nierafinowanego oleju kokosowego.
    przyznam się, że jestem uzależniona od tej tortilli, jem ją na 2 śniadanie i na kolację!
    do środka przeważnie daję jakiś sos z serka homo, oleju lnianego i domowego przecieru pomidorowego albo resztki warzyw z obiadu, kawałek placka z soczewicy który też umieszczałam u siebie, 3 płaty glonów Nori (uzależniłam się <3) i trochę zieleniny.
    polecam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. aaaa i tak w ogóle, to nie przepadam za zupami, ale jeżeli już bym się miała skusić, to taki kremik z warzyw korzeniowych bym zjadła :D
      no może z małymi modyfikacjami (nie lubię śmietany ani kaszy manny) no ale jednak bym zjadła <3

      Usuń
    2. Dzięki, wypróbuję na 100%. Mam super patent na falafela, więc będę miała czym faszerować. Kasza manna w mojej zupie jest niemal niezauważalna, delikatnie tylko wzbogaca fakturę. Ja sobie jesieni bez zupy nie wyobrażam zupełnie ;)

      Usuń
  7. Wydawało mi się że toleruję wszystkie przyprawy ale po dłuższym zastanowieniu przypomniałam sobie o kminku (nie mylić z uwielbianym przeze mnie kminem rzymskim czyli kuminem:), kiedy przypadkiem go rozgryzę przechodzę prawdziwe katusze :)
    Krem wygląda bardzo apetycznie, ale mam swoje anty-typy warzywne, są nimi pietruszka i seler, jeśli nie dominują w smaku, mogę je zaledwie tolerować :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rany, ale Ci polewkę zafundowałam w takim razie!! :) Ja jestem nimi zachwycona w tym kremowym wydaniu. Moja Połowa nie znosi kminku w sposób wyjątkowy, z pewnością istnieje gen odpowiedzialny za tę nietolerancję.. Bardzo Cię pozdrawiam!!!

      Usuń
  8. Właśnie się zastanawiałam jaką by tu zupkę upichcić i chętnie spróbuję Twojej korzeniowej :) musi być pyszna! A za anyżem zazwyczaj też nie przepadam, ale zawsze dorzucam jeden kwiatuszek do jesiennej, rozgrzewającej herbaty i wtedy jest pycha, polecam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zupę Co polecam a jeżeli nie masz wstrętu do białego pieprzu jak ja, to proces jej przygotowania też będzie bardzo przyjemny i relaksujący...
      W kwestii herbaty, wierzę, że pyszna z anyżem ale spróbować mimo wszystko się boję taki mi ten anyż straszny!!

      Usuń
  9. Uwielbiam kolendrę ale nie przepadam za białym pieprzem. Dawno, dawno temu mój organizm nie tolerował kminku natomiast teraz się to zmieniło :) Ostatnio zajadam się zupami - kremami to takie cudne jesienne danie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też jestem w zupowym nastroju, dziś gotuję barszcz!! Doprawię go całkiem tradycyjnie, bez udziwnień. Bedzie rozgrzewająco i pysznie. Serdecznie Cię pozdrawiam!!

      Usuń
  10. Hmmm...tak myślę i myślę i wszystko wskazuje na to, że jesteś Księżniczką Przypraw!;) Tak w ogóle to się zastanawiam, co komu kolendra biedna winna? A to widzisz, nieprzychylność z każdej strony ;)Wspaniały post, czytam i chłonę każde Twe słowo...;)Serdeczności!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci Renula, za tak miły komentarz. Kolendra winna nie jest, po prostu ja nie czuję do niej mięty - to takie kontrowersyjne zioło, więc u jednych wzbudza sympatię a drugich do siebie zniechęca. Serdeczności!!

      Usuń
  11. Bardzo ciekawa zupa, z pewnością pyszna.
    Ja kolendrę uwielbiam, anyż toleruję, a w pieprzu białym nic złego nie widzę. Ale ja ogólnie raczej tolerancyjna jestem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też jestem tolerancyjna generalnie. Ale próg tolerancji wyznacza anyż, kolendra i niewątpliwie andouillette, o której pisałam jakiś czas temu przy okazji uszysk z dynią :) Pieprz biały chyba udało mi się oswoić. Bardzo Ci dziękuję za przemiłe odwiedziny.

      Usuń
  12. Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie tak!! Bardzo Ci ją polecam :)

      Usuń
  13. Dosmaczanie sztuką jest tak jak Słowacki wielkim poetą był!;) Wszelkie wątpliwości zostały rozwiane.
    Tak sobie myślę, czy ja mam jakąś przyprawę, której wybitnie nie znoszę... Kolendra? Nie. Kminek? Nie. Hmmmm. Jest już późno, więc wyznając zasadę Scarlet O'Hara - pomyślę o tym jutro:)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa jestem co wymyśliłaś...
      Cieszę się bardzo, że jesteś po dłuższej przerwie :)

      Usuń
    2. Trochę mi to myślenie zajęło ale koniec końców wyszło na to, że nie toleruję niektórych suszonych wersji przypraw. Jedną z nich jest sproszkowany imbir, a drugą suszona bazylia. I jeden i drugi składnik w wersji suszonej, suchej tudzież sypkiej ma zupełnie inny (moim zdaniem zdecydowanie gorszy) smak niż wersja świeża.
      Po odkryciu przeze mnie:) tego fenomenu zaprzestałam korzystać z pomocy powyższych:)

      Usuń
  14. Odpowiedzi
    1. Uwierz mi, że smakuje też wspaniale. Pietrucha i seler są niewystarczająco doceniane w naszym kraju, a to feler!! ;)

      Usuń
  15. Ależ chce mi się tej zupy :)
    Co do przypraw, to anyż wzbudza moje lekkie animozje ;)
    Ściskam gorąco!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chętnie bym Cię nią nakarmiła ;) Jest pyszna i wydaje mi się, że w Twoim smaku - skorzonera pewnie też by tutaj wypadła jako wdzięczny komponent ale nie spotkałam jej niestety w swoim rewirze...
      ja Ciebie również najgoręcej!!

      Usuń