czwartek, 24 kwietnia 2014

wiosenny bulion z tortellini - prosto z Jamie's Italian


Nigdy Wielkanoc nie smakowała mi tak bardzo jak w tym roku.




Wróciłam z podróży na święta - wygłodniała i wytęskniona prawdziwej domowej kuchni. Zawsze tęsknię, mimo znakomitych wrażeń kulinarnych tęsknię za polskim obiadem, w ten sam oczywisty sposób w jaki tęskni się za domem rodzinnym, tym razem tęsknota miała jednak inne podłoże - wynikała mówiąc wprost z totalnej kulinarnej miernoty jakiej przyszło mi doświadczać przez tydzień.
Z zasady nie ufam stereotypom muszę jednak przyznać, że ten dotyczący powszechnej kuchni angielskiej jest jak najbardziej zasłużony. Produkty smażone w hektolitrach oleju to tamtejszy chleb powszedni, nawet na śniadanie w hotelu serwowana jest opcja frytkopodobna pod postacią hash browns, do tego sławetna fasolka w masie keczupowej - niewątpliwie z puszki, jajo i bekon, tost oraz jako ukłon w stronę entuzjastów warzyw - grillowany pomidor, który mając na uwadze porę roku też nie smakuje pysznie. Dobrze, że Anglicy piją chociaż dobrą herbatę, której często brakuje mi w innych krajach, herbata łagodziła nieco niesmak oraz poczucie wyrządzonej na własnym żołądku krzywdy.
Jeśli chodzi o obiady czy kolacje temat powinnam pominąć milczeniem, bo nie ma zupełnie o czym mówić. Niewątpliwie w Anglii zdarzać się muszą dobre knajpy, ale trzeba wiedzieć gdzie ich szukać - niestety krajobraz dominują smażalnie fish and chips, marne knajpy z fast foodem, hamburgerownie, Mc Donaldy i KFC, to u ich bram skupiają się największe tłumy - tak jakby ich oferta była spełnieniem doczesnych marzeń każdego śmiertelnika, to z nich wychodzą radzi dwustukilowi konsumenci dźwigając pod pachą nieskończenie wielkie paki frytek, ziemniaczków w mundurkach z majonezem, dorszów z frytury i cheeseburgerów z potrójnym serem...
Wiedziałam czym rozświetlić ten smutny, tandetny, ociekający tłuszczem landszaft. Słodką okrasą moich kulinarnych wspomnień miał być Jamie Oliver.




W Nottingham jedliśmy w Jamie's Italian, kolacja w tym miejscu złagodziła ogólny niesmak wynikający z obserwacji  zwyczajów żywieniowych Brytyjczyków. Jedliśmy znakomite kalmary, sałatkę z kozim serem i z miętą, całkiem sympatyczny makaron z dzikim królikiem i cytrynowym mascarpone, dzieci pochłonęły klasyczne Bolognese i Penne Pomodoro tak jakby były najwybitniejszymi daniami tego świata, znajomi zamówili cudnej urody tortellini w rosole.
Muszę powiedzieć, że odetchnęłam z ulgą, bo obawiałam się, że Oliver zblednie w moich oczach po posiłku - nic takiego sie jednak nie stało, podobnie jak już nie raz przekonałam się gotując z jego książek czy programów, tak i teraz pozostałam zachwycona. Talerze skomponowane były finezyjnie, acz swobodnie, bez zadęcia za to z pieczołowitą dbałością o jakość.

Z radością wróciłam do polskiej Wielkanocy, na którą pierwszy raz w historii nic nie ugotowałam bo czasu nie było. Dziś celebruję pierwsze zielone szparagi i gotuję zapamiętaną u Jamiego wiosenną zupę.

składniki bulionu:

1 kurczak - u mnie 6 pałeczek z kurczaka 
3 marchewki,
2 pietruszki, 
2 łodygi selera naciowego, 
1 cebula, 
5 litrów wody

składniki tortellini (na 24 duże egzemplarze):

300 g semoliny,
3 jajka ekologiczne,
ok dwie chochle bulionu, 
łyżka oliwy z oliwek,

na farsz:

ugotowany kurczak - najlepiej posiekany nie zmiksowany,
pół ugotowanej marchewki,
tarty parmezan  2-3 łyżki
estragon - słuszna łycha, 
sól, 
pieprz

groszek i łuskany bób
szparagi zielone, 
płatki parmezanu, 
sporo świeżo mielonego pieprzu na wierzch


Instrukcja gotowania rosołu myślę, że jest zbędna - taki wyłącznie na kurczaku wymaga krótszego gotowania, w godzinę, będzie gotowy.
Ostudzone części z kurczaka siekamy drobno nożem wraz z marchewką, mieszamy z estragonem - to on powinien stanowić o smaku farszu, gra tu kluczową rolę - Jamie proponuje świeży u mnie był suszony. Doprawiamy tartym parmezanem, pieprzem i solą.
Składniki ciasta mieszamy w malakserze, gdy jest za twarde można chlusnąć nieco więcej bulionu. Potem warto je odstawić by odpoczęło w lodówce, wymaglować łapkami i w fazie przedfinałowej cienko rozwałkować i wykroić z niego kółeczka. Gdy ciasto odpoczywa możemy się zająć przygotowaniem warzyw na parze, gotujemy je na półtwardo, by nie straciły ładnego koloru i by zachowały jak najwięcej smaku. 
Bób i groszek dzisiaj u mnie z mrożonki, ale już lada chwila będzie można uskuteczniać wersję ze świeżo zerwanych warzyw. Szparagi jak najbardziej świeże i miejscowe z ukochanego Gospodarstwa Państwa Majlertów . Przed gotowaniem pokroiłam je na cienkie plastry - trzeba kontrolować na ile są miękkie, bo przegotowane będą niejadalne.

Na kółka z ciasta wykładamy farsz, tortellini formujemy niemal jak uszka tylko łączymy je w tej samej płaszczyźnie, w której uformowany został pierożek - łączenie możemy figlarnie wydłużyć w dzióbek.
Rzecz arcyważna: tortellini gotujemy w rosole.
Gdy pierożki wypłyną na powierzchnię bulionu, po około minucie możemy je śmiało wyłowić, zalać rosołem, obłożyć zielonymi warzywami, posypać pieprzem i parmezanem, a potem jeść z rozkoszą z widokiem na kwietny, bujny kwiecień...



Ów przepis jest kompilacją tego co widziałam w knajpie Jamie's Italian oraz tego, co podpatrzyłam w  przepisie z Jamie's Magazine. Bardzo fajne lekkie i konkretne zarazem danie mi wyszło.
Cieszę się ogromnie na tę naszą piękną polską wiosnę i na pierwsze zielone smaki nowego sezonu!

21 komentarzy:

  1. Agatko, piękna zawartość talerza. O matko, pragnę tego...:-)) Zazdroszczę pobytu w restauracji Jamiego:-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jamie's Italian to taka jego sieciówka - w każdym większym mieście w Anglii ją znajdziesz, jest bardzo fajna, serwis profesjonalny, ale tym co zrobiło na mnie największe wrażenie był sposób aranżacji potraw - były jak żywcem wyjęte z pięknych fotografii w książkach Olivera. Cud miód, a kalmary będą mi się śniły po kres. Z przyjemnością nakarmiłabym Cię moją zupą, ale tak daleko jesteś ode mnie... Gnaj po szparagi i zrób sobie taką, będzie prościej!

      Usuń
  2. Zupa pyszna.Co do angielskiej kuchni,to tylko lokale z wyższej półki,albo Chińczyki.Gotowałem w Anglii 4 lata,oczywiście kuchnię polską i głównie dla Polaków.O tej typowo angielskiej jedynie mogę powiedzić brzydko jest gówniana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chińczyka zaliczyliśmy jednego - też był słaby, ale najpotworniejsza była włoska knajpa ( z przemiłą polską obsługą) Pronto a Mangia w Londynie. Apeluję do wszystkich, którzy będą w okolicach Buckingham Palace, nie dajcie się zwieść tłumom siedzących w niej turystów, ani sensownym opiniom w necie to miejsce jest STRASZNE!! Zastanawiam się jak Polacy dają radę w tym kraju, biedacy zdani są tylko na siebie i innych polskich przyjaciół- kucharzy...

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Bierzcie z niego wszyscy. Jamie ma łeb do fajnych przepisów, trzeba korzystać :)

      Usuń
  4. Zupa bardzo by mi smakowała,bo i pierożki,i szparagi ,polskie!
    Natomiast tę restaurację J.O. zapamiętałam jako tłoczną i hałaśliwą.
    Własnych myśli nie słyszałam, a rozmawianie z współbiesiadnikami nie miało sensu.
    Mam nadzieję,że lepiej trafiłaś,choć wiadomo mi,że tam tak po prostu jest.
    Pozdarwiam Cię

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Nottingham nie było tłumów, owszem stoliki w większości były zajęte, ale dało się rozmawiać, było to zdecydowanie najprzyjemniejsze miejsce do rozmowy, w którym przyszło nam biesiadować. Poza wszystkim - byliśmy 10 osobową drużyną, więc podejrzewam, że to nas słychać było najbardziej... :) Zupa ze szparagami od Majlerta jest przepyszna!

      Usuń
  5. Zupa z pewnością wyśmienita, a kulinarne dywagacje londyńskie bardzo interesujące.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy nowy sposób na szparagi mnie nurtuje i szybko mu ulegam, a że szparagi mam z pierwszej ręki - warto tym bardziej :) Moje obserwacje pochodzą nie tylko z Londynu, kilka dni spędziliśmy w Nottingham - to tam jedliśmy u Jamiego i tam można było wyraźniej poobserwować zwyczaje tubylców - w Londynie jak zwykle był rój turystów. Niemniej oba miasta jak najbardziej świetne, poza sferą gastronomiczną.

      Usuń
  6. Wyglądają bosko. Narobiłaś mi apetytu :) Ja wczoraj pierwszy raz robiłam szparagi, ale niestety trafiły mi się jakieś niespecjalne okazy. A co do Anglii to dodam tylko, dzięki Bogu, że mają imigrantów i ich kuchnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U Majlertów mam zawsze gwarancję pierwszej świeżości, moje były wybitne, dziś dla odmiany mam ochotę na białe. Zupa warta uwagi - to dwa dania w jednym, bo nie tyle płyn, co zieloności i pierożki grają tu pierwsze skrzypce, polecam :)

      Usuń
  7. jesteś "Mistrzynią Lepienia" !! Twoje pierogi, pierożki, tortellini i wszystkie inne kluseczki wychodzą Ci idealnie, masz rękę Dziewczyno :)

    OdpowiedzUsuń
  8. bo ja bardzo lubię lepić :) Dzięki Marta!
    z moich dotychczasowych kluchowych zmagań - orecchiette były zdecydowanie największym wyzwaniem, któremu nie do końca sprostałam - w pierożkach mam wprawę największą, bo często je popełniam bez okazji.

    OdpowiedzUsuń
  9. oooooooooooooooooooooooo Mammmmaaaaaaaa Mia jakie one są BAJECZNE <3 idealne !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooooo taaak!!! A do tego cudownie wiosenne, bierz się za nie póki szparagów dostatek. Jamie wie co dobre :)

      Usuń
  10. Bosko wygląda Twoja propozycja, staję w długiej kolejce do próbowania. Zdjęcia cudnie zachęcają, są tak piękne, że prawie czuje zapach tego bulionu. :) Ach szkoda,że to tylko marzenie (siedzę w pracy nad kanapka :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Udało mi się podrobić efekt z knajpy Jamiego - tam talerz był niczym obraz, jeszcze ładniejszy niż mój, szparagowe wstęgi i łuskany bób nadają wiosennej finezji temu daniu. Kochana kanapka, ileż to razy ratuje nas z głodowej opresji... bulion zrealizujesz kiedyś w wolniejszej chwili - trzeba na niego trochę czasu, bo i pierożki i łuskanie wymagające. pozdrawiam!

      Usuń
  11. Przeczytałam z przyjemnością :-)
    Zdanie co do kuchni angielskiej podzielam całkowicie, a miałam okazji zakosztować jej w "domowym" wydaniu. I pomyśleć, że po tym, jak karmili mnie smażoną kiszką w towarzystwie ociekającego tłuszczem pomidora, frytek, kiełbaski (i sama wiesz co tam jeszcze wchodzi na lunch), i kiedy na trzeci dzień zażądałam soli do tostów zamiast ohydnego smarowidła zwanego chyba double cream - to tłumaczyli mi przez pół godziny, że SÓL TO BIAŁA ŚMIERĆ :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O Matko z córką!!! Rozkosz w wydaniu domowym musiała być jeszcze mocniej przesiąknięta duchem rodzimej gastronomii. Wierzę jednak, że brytyjska kultura kulinarna w zacnym wydaniu się gdzieś tam powolutku odradza... i gołąb i paje i rozmaite puddingi wezmą kiedyś górę nad straszliwością, jakiej nam obu przyszło doświadczać. Amen.

      Usuń
    2. ...a pomidor w tamtejszym wydaniu to zło wcielone, jest niewątpliwie gorszy niż wszystkie fryty, hash browns i plastikowe tosty wzięte za przeproszeniem do kupy. Rzekome zdrowie na talerzu. Zupełnie jak z tym białym smarowidłem. Fe!

      Usuń