poniedziałek, 5 stycznia 2015

kalafiorowe risotto i miłość w słoiku


Gdyby Stwórca poskąpił mi miłości do garów, gdybym nie była stąd, a chciałabym w Warszawie osiąść na dłużej, z pewnością byłabym słoikiem. Z lubością napełniałabym szklane i plastykowe pojemniki pysznościami przygotowanymi przez mamę, ciocię i babcię, a potem odgrzewając dobra z rodzinnych stron czułabym się kochana w nieznanym mieście. W największym słoju byłoby leczo albo gołąbki do odgrzania, w mniejszych pojemnikach pyszniłaby się sałatka jarzynowa, w ogromnym plastykowym pudełku z przegródką upakowane by były kopytka i sos mięsno-grzybowy, w półtoralitrowych zapasteryzowanych słoikach kusiłaby krwistą czerwienią najlepsza pomidorówka na świecie. Miałabym też zapas maminych przetworów zarezerwowanych na okoliczności śniadaniowe. W słoiku kryje się nie tylko strawa, ale przede wszystkim miłość, czułość i troska. Dla dzieci, które postanowiły wyfrunąć z gniazda daleko, mamy przyprawiają dania nieprawdopodobną porcją miłości. Obiad ze słoika musi smakować nieziemsko i niezaprzeczalnie służy zdrowiu. Umiem to sobie wyobrazić, bo dawniej, gdy niedomagałam, albo miałam dużo nauki, Babcia przynosiła mi obiady do odgrzania. Każdy człowiek przy zdrowych zmysłach powinien domową kuchnię cenić bardziej niż miejski, tani fastfood, a ten, który musi odnaleźć się w nowym miejscu intuicyjnie wspiera się dawką miłości ze słoika.  
W kontekście minionych świątecznych chwil i lekkiego kuchennego wypalenia, którego doświadczam życzyłabym sobie kilku słoiczków od serca.



Jeżeli jesteś słoikiem doświadczasz przywileju, którego miejscowi zaznają z rzadka, lub wcale. Niejeden patrząc tęskno na zawartość Twojej wałówki będzie wyklinał marnotę słoikowej egzystencji. Wszystko z zazdrości. Jeżeli właśnie dostrzegłeś dno zapełnionych przed kilkoma dniami pojemników  - zrób sobie risotto, będzie miłą odmianą po swojskiej, polskiej kuchni w której specjalizuje się mama.
Jeśli nie jesteś słoikiem - musisz gotować sam, nie ma wyjścia. Ugotuj sobie z tej okazji risotto i kategorycznie nie dawaj go nikomu na wynos, danie to ma rację bytu wyłącznie jedzone natychmiast.

Wpis powstawał inspirowany książką, jedną z wielu, które łyknęłam na przełomie starego i nowego roku "Zachłanni" Magdaleny Żelazowskiej to bardzo wciągająca powieść o pokoleniu słoików właśnie. Przepis natomiast podpatrzyłam u Jamiego (Włoska wyprawa Jamiego) i dostroiłam do własnych potrzeb.


składniki dla 6-8 osób (w zależności od pojemności):

jeden nieduży kalafior - ja dałam pół białego pół Romanesco
1 litr bulionu warzywnego lub z kurczaka, w sytuacjach awaryjnych nada się też woda - sprawdziłam
1/4 kostki masła,
2 ząbki czosnku, 
1 duża cebula, 
kilka łodyg selera naciowego, 
0,5 l białego wina wytrawnego (ja zawsze mam na stanie kilka win z niższej półki, ale wciąż pijalnych, specjalnie po to by doprawiać nimi sosy i risotto)
400 g ryżu Arborio
120 g parmezanu,
rozgniecione w moździerzu suszone papryczki, każdy musi sypnąć tyle ile zdoła znieść

Przy risotto trzeba być. Nie można go stracić z oczu, należy czule mieszać, doprawiać, polewać, gdy tego wymaga. Jeżeli zatem dysponujesz dwoma kwadransami i głeboką patelnią. Zaczynamy!
Rzecz rozpoczynamy przygotowując bazę pod risotto bianco na którą składa się seler naciowy, cebula i czosnek, jednak w tym przypadku czynność tę poprzedzimy podsmażeniem na łyżce masła drobno posiekanych kalafiorowych różyczek. Gdy aromaty się uwolnią, a kalafior z lekka zarumieni możemy, wrzucić wspomniane składniki bazy. Wszystko razem pozostawimy na małym ogniu na 15 minut. Po tym czasie dodajemy resztę masła i wsypujemy ryż. Gdy po chwili stanie się szklisty należy zalać go winem i mieszać by każde ziarnko zaabsorbowało odpowiednią ilość płynu, do pełnego wchłonięcia, potem czynimy to samo z bulionem, który podlewamy chochlą pozwalając na stopniowe wchłanianie go przez ryż. Przy okazji możemy delikatnie uciskać kalafiora by smaki się połączyły. Po około kwadransie ryż powinien mieć właściwą konsystencję, wówczas doprawiamy całość solą i ostrą papryczką, zdejmujemy z ognia. Kropką nad 'i'jest dodanie łyżki  masła i tartego parmezanu. Niezwłocznie po postawieniu tejże kropki i wymieszaniu wszystkiego szybciuteńko nakładamy risotto na głębokie talerze, posypujemy raz jeszcze parmezanem by było jeszcze ładniej i jemy z rozkoszą.






24 komentarze:

  1. Już czuję tę rozkosz na podniebieniu... A najlepiej gdyby mi ktoś podał pod nos, nawet nie musi być w słoiku :-D
    A co do miłości zapakowanej do słoika to święta prawda, pięknie to napisałaś, bo ja jestem taką mamcią i za każdym razem wraz z gulaszem czy kapuśniakiem ładuję Martikowi i Jurandowi moje serce (i tu zachlipałam ze wzruszenia i usmarkałam se troszku klawiaturkę "-D)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też będę taką mamcią :) Kocham karmić dobrymi emocjami, dziś dzieci mają mnie na co dzień, ale z czasem to się zmieni. Będę napełniać słoiki po samiuśką nakrętkę!!!

      Usuń
  2. Och, przepis na risotto ciekawy, ale Twój opis miłości w słoiku... bezcenny. Doświadczają tego teraz moje dzieci, młode małżeństwo remontujące swój dom. Dbają o nich i babcia i ciocia i obie mamy:-) Czasem brak im miejsca w małej jeszcze lodówce...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem zazdroszczę tym, którzy całą lodówkę mają zastawioną słoikami. Cóż za oszczędność czasu (zbędne zakupy, kuchenkę odpalić trzeba tylko na 5 minut), a wszystko, co najlepsze zagwarantowane. Dobrze Twoim dzieciom, nieraz wspominać będą te początki i smak obiadów ze słoika. Risotto z kalafiorem robiłam już wiele razy i jest zaskakująco pyszne.

      Usuń
    2. Dzieci przyjaciółki wracały wczoraj do Niemiec : pełen bagażnik słoików i ... pierogów różnej maści:-) Drugą przyjaciólkę z kolei raz na jakiś czas odwiedza mama Kaszubka: jest np. tydzień i pichci. Zostawia Gosię / i jej rodzinę/ z lodówką pełną słoików. Nawet są w nich zimne nogi :-)

      Usuń
    3. U mnie też są zimne nogi dziś w lodówce. Wczoraj pichciłam pół dnia, choćby z tej przyczyny wolałabym wersję ze słoika, bo obrabianie świńskich kończyn to umiarkowana radocha :)

      Usuń
  3. Serce w słoiku zamknięte.
    Kto nie zna takiego zjawiska jest ubogi w coś zupełnie niezwykłego.
    Słoikowe pokolenie pamiętam ze swoich studenckich czasów. Kiedy odwiedzałam Koleżanki w akademiku na Smykach, każda przywoziła z domu słoiki.
    Do słoików pakuję teraz pyszności moim Dzieciom.
    Koło mnie mieszkają młodzi Słoikowcy. Kiedy wracają ze swoich miast i miasteczek do stolicy, wnoszą do domów całe bagażniki słoików...
    Moja sąsiadka Włoszka nie zna zjawiska, bo w Jej kraju zupełnie brak słoikowych tradycji.
    Ale i tak przez płot podrzucamy sobie słoiki z czymś smakowitym.
    Niech kobieta poczuje klimat
    Twoje risotto też można zapakować w słoik,chociaż wolałabym zjeść je od razu,w sezonie,kiedy kalafiory na polu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mamy takich znajomych, z którymi 'przerzucamy' się słoikami, dziś to rzadkość, przynajmniej w moim pokoleniu, dlatego wygrzebuję ze słoiczków wszystko do ostatniej kropelki i cieszę się, że są tacy, którzy chcą mnie karmić. Powiem Ci jednak Aniu, że brakuje mi tych babcinych obiadów, które po wyjęciu z plastykowych pojemników mogłam jeść przez kilka dni… ciepło mi się robi gdy je wspominam :) Z kalafiorem racja, w sezonie to risotto będzie jeszcze pyszniejsze.

      Usuń
  4. Moja latorośl jeszcze słoiczków nie potrzebuje, ale mam nadzieję, że pewnego dnia przyjdzie mi taki rodzaj miłości jej podarować:-). Pamiętam ja też dostawałam od mamy słoiki pełne dobroci jak mieszkałam w Poznaniu, potem w Krakowie. Nawet przez pierwszy rok mieszkania w UK, mam wysyłała mi kurierem słoiki z leczem:-) i gołąbkami:-). Ja też zamykam w słoiki nasze obiady:-). Gdy ugotuję rosół, zanim go podam odlewam 2 słoiczki i wstawiam do lodówki. Jeśli coś nam zostanie z obiadu, siup do słoiczka i zjadamy w inny dzień:-), zawsze smakuje lepiej:-). Risotto wygląda bajecznie, do słoika nic by nie zostało:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O Matko! Słoiki kurierem! Cudowne!!! Ja rosół często mrożę, by był na potrzeby sosów albo risotto chociażby, risotto nie lubi się ze słoikiem - widać we Włoszech (co już potwierdziła powyżej Amber) nie ma słoikowych zwyczajów - ani pizza, ani pasta, ani risotto do słoika nie bardzo :)

      Usuń
  5. Aguś, wypalona? Takie pyszne risotto przygotowałaś! Mniam! A słoiczki nadal od mamci wożę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Delikatnie wypalona, potwierdzam :) Szczęściara z Ciebie, że wracasz ze słoikami, ech… rozmarzyłam się.

      Usuń
  6. Ale się rozmarzyłaś słoikowo, Aguś.
    Jestem taką słoikową mamą, mimo,że moje dzieciska mają swoje domy , pieką , gotują i lubią kucharzyć, to z wdzięcznością zabierają do Warszawy i Krakowa smaki mamine skrzętnie poukładane w pojemnikach, kartonikach i słoikach.
    Ja nie mam takich wspomnień i dlatego realizuję swoje niespełnione marzenia upychając je w słoikach.
    Przepis na risotto genialny, koncertowo skomponowany, zabieram go ze sobą i pozdrawiam Cię noworocznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Risotto koniecznie. Aż dziw bierze, ze pospolity kalafior potrafi wspiąć się na takie wyżyny. Romanesco nie jest tutaj konieczny, robiłam już kilkakrotnie ze zwykłym i było doskonale. To moje odkrycie i nawet mąż potwierdza, co jak wiesz nie jest znowu taką normą (wspominając piróg chociażby) :)
      A propos słoików, też będę wyznawać ideę słoicyzmu, gdy dzieci wyfruną, póki co karmię na co dzień.

      Usuń
  7. Sama byłam słoikiem na studiach. Świetnie opisałaś znaczenie słoika, haha:-) Tylko jak to czytałam teraz to rozumowanie słuszne i ma wielki sens, ale wtedy to była oszczędność czasu i kasy ;-)) Kto myślał o przyprawach maminej miłości;-)? Ale fakt ratowały życie niejednokrotnie;-)
    A risotto przepyszne musi być z tym kalafiorem. Mam na nie ochotę od razu:-) Tylko słoiki wykończę i zabieram się za nie;-)

    OdpowiedzUsuń
  8. …bo to się Marzenko docenia z czasem. Tak sądzę. Miłość ze słoika działa i tak, nawet jeśli obdarowywany nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Nigdy nie byłam słoikiem, ale miłość do mnie pakowała do pojemników Babcia i kochałam jeść, to co mi przynosiła. Risotto z kalafiorem możesz sobie przygotować od razu, bo po co czekać? Jesteśmy w tym korzystnym położeniu, że kalafior do zdobycia mimo zimy i chociaż nie przedstawia on tylu zalet, co nasz miejscowy, letni, to wart jest grzechu i tak :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Odpowiedzi
    1. Nic innego tu nie pokazuję, same rzeczy smakowite, chyba że wpis opatrzony jest przestrogą jak dajmy na to "porażka z sarniny". Skoro cokolwiek tu ląduje, znaczy, że jest godne :)))) Kalafiorowi w risotto mówimy głośne TAK!

      Usuń
  10. Uwielbiam słoiki. Dawać, dostawać, otwierać, zamykać. Często coś kupuję tylko dla urody słoiczka.
    Ale przyznam (nie bez wstydu!), że tak ciepło o nich jeszcze nie myślałam.
    Dziękuję, że je dla mnie na nowo "otworzyłaś"
    A risotto? No cóż... nie lubię kalafiora. Przepraszam (-:
    Pozdrawiam cieplutko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myszeńko! Jak miło Cię widzieć :)))
      Jakoś Ci wybaczę to, że nie lubisz kalafiora, każdy ma swoje anty-typy, wiadomo. Gdy widzę, jak młodzi przywożą z domów rodzinnych słoiczki, słoiki i słoiczydła napełnione miłością wzruszam się straszliwie. Blog jest miejscem, gdzie mogę swoje impresje i wzruszenia utrwalić, podzielić się nimi. Fajnie, że ciepło Ci się zrobiło od nich!

      Usuń
    2. Zawsze mi się robi ciepło gdy TU wpadam (-: Zawsze.

      Usuń
  11. nie byłam słoikiem więc nie doświadczyłam takiej słoikowej miłości, ale za to pamiętam świetnie pogotowie obiadowe czyli niedzielne wypady do babci lub mamy na to co tylko one potrafiły zrobić. Miałam blisko więc słoiki nie były potrzebne. Risotto świetne wypróbuję i choć podobnie jak ja moje dzieci nie wyjechały (jeszcze) nigdzie to zaproszę je na niedzielny obiad z Twoim risotto w roli głównej :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Musi byc pyszne. W przepisie jest wszystko co lubie :)

    OdpowiedzUsuń